Jaki jest stosunek Polaków do pieniędzy?
Jaki jest stosunek Polaków do pieniędzy? pexels/CC0

Kiedy przychodzi do rozmowy o pieniądzach, u Polaków pojawiają się mieszane uczucia. Z jednej strony jesteśmy jednym z najciężej pracujących narodów w Europie, z drugiej zaś – mamy problem z zarządzaniem zarobionym kapitałem. O zarobkach niechętnie mówimy, bo „pieniądze lubią ciszę”, a zresztą – „pierwszy milion trzeba ukraść”, nie ma się więc czym chwalić. Czy na pewno? Jaki jest Polak w świecie finansów osobistych?

REKLAMA
– Statystyczny Polak nie istnieje. O ile oczywiście to wygodne narzędzie do podejmowania decyzji politycznych i ekonomicznych, o tyle – z punktu widzenia nauk społecznych – trzeba sobie uświadomić, że nie istnieje jeden, zbiorczy stosunek narodu do pieniędzy – wyjaśnia mi w rozmowie profesor Małgorzata Bombol z Instytutu Bankowości SGH. W swojej pracy naukowej zajmowała się m.in. badaniami wpływu transformacji na procesy konsumpcji.
Ale istnieją pewne twarde dane, które pokazują m.in., jak wygląda hierarchia wartości Polaków. Jak wynika z badań CBOS-u, zdaniem większości z nas o udanym życiu najbardziej świadczą zdrowie (49 proc.), pieniądze (46 proc.) i praca (29 proc.), która nierozerwalnie wiąże się z zarobkami.
Profesor Bombol wskazuje na kilka faktów, które wynikają z jej własnych badań. Przede wszystkim, dla dużej części społeczeństwa pieniądze stanowią środek komunikowania własnej wartości i budowania wizerunku. Dają poczucie prestiżu. Służą do zdobywania akceptacji społecznej, ale stanowią także narzędzie pomocy społecznej, na przykład w kontekście działalności charytatywnej.
Z psychologicznego punktu widzenia z kolei, mentalność Polaków dzieli się na dwie główne kategorie: oszczędzających oraz wydających nieroztropnie. Zarówno jednak ci pierwsi, jak i ci drudzy, mogą w ten sposób zaspokajać swoje pragnienia, a sposób, w jaki posługują się pieniędzmi świadczy o tym, czy mają awersję do ryzyka, podejmując przemyślane działania, czy też akceptują pewien poziom nieprzewidywalności w życiu.
Prof. dr hab. Małgorzata Bombol, Instytut Bankowości SGH

Pieniądze mogą być narzędziem stygmatyzacji (np. „tak dużych pieniędzy nie sposób zarobić uczciwie”) lub tworzenia stereotypów (np. „pieniądze ma dzięki układom”). Ponadto pieniądze są miarą wartości naszej pracy (stawki godzinowe, pensje), pomagają w wycenie wartości dóbr i usług (ceny), ale są także miarą samego człowieka (np. kody konsumpcyjne emitowane za pomącą marek produktów). To rodzi problem postrzegania pieniędzy przez pryzmat pewnych norm (np. „wielkie pieniądze lubią ciszę”) i swoistej wstydliwości mówienia o pieniądzach – jeśli już, to bardziej w kontekście afer z nimi związanych niż uczciwego i systematycznego pomnażania kapitału.

Z czego to wynika? – Lata życia w gospodarce centralnie planowanej mocno wpłynęły na sposób myślenia o dochodzeniu do majątku – wyjaśnia Bombol.
Okres, w którym większość ludzi funkcjonowała na tym samym poziomie ekonomicznym, a jedynie nieliczni („prywaciarze” czy stygmatyzowani funkcjonariusze systemu) kojarzyli się z bogactwem, sprawił, że w ostatnim ćwierćwieczu mieliśmy sporo do nadrobienia w kwestii zarabiania i pomnażania kapitału.
– Jako Polacy, mamy niską samoocenę i nie doceniamy tego, czego dokonaliśmy przez ostatnie 25 lat, w czasie odpowiadającym mniej więcej od jednej do półtora generacji. To, że „harujemy” – i to pokazują wszystkie dane – wpływa na fakt, iż jesteśmy jednym z najbardziej pracowitych narodów Europy. Problem jednak pojawia się w momencie, gdy owoce tej pracy trzeba właściwie spożytkować – dodaje profesor.
Jak twierdzi naukowiec, wiemy, że należy inwestować w siebie – w zdrowie, edukację, relaks. Ale jeśli chodzi o inwestycję we własną – oraz własnej rodziny – przyszłość, to wychodzą braki.
– Czasem aż przykro patrzeć, gdy ludzie za pewnik przyjmują „zysk” z 1,5-procentowej lokaty. To pokłosie niskiego poziomu wiedzy ekonomicznej, słabego „ubankowienia” Polaków i brak podstawowej zdolności do korzystania z instrumentów finansowych, oferowanych przez banki. Choć badania przeprowadzane w dużych miastach pokazują na przykład, że chętnie korzystamy z kart kredytowych, już statystyki pozamiejskie świadczą o tym, że nadal mamy z tym problem, zwłaszcza w porównaniu do Europy Zachodniej – wyjaśnia Bombol.
Gdy dopytuję, z czego to wynika, słyszę: – To przez brak zaufania wynikający ze stereotypowego myślenia o finansach.
Na przeciw tej nietypowej sytuacji, gdy coraz większa część społeczeństwa posiada kapitał potrzebny do inwestycji, ale nie inwestuje, bo nie wie, że może i powinna, wychodzi Deutsche Bank. Instytucja przeprowadziła ostatnio badanie rynku, z którego wynika, że blisko 80 proc. Polaków słyszało o TFI (Towarzystwach Funduszy Inwestycyjnych), a wśród osób o zarobkach powyżej 4 tys. zł odsetek ten przekracza już 91 proc.
W najbliższym czasie w jednostki funduszy inwestycyjnych zamierza zainwestować jednak niecałe 9 proc. badanych znających ten produkt, zaś prawie 86 proc. nie ma takiego zamiaru.
Ponadto, w przeprowadzonym badaniu, ankietowani najczęściej zgadzali się, że inwestując w fundusze, powierzamy swoje pieniądze profesjonalistom, wiążąc się z tym instrumentem na długie lata. Jednocześnie jednak, większość z nas wie, iż fundusze to elastyczny produkt, który można dostosować do własnych preferencji.
Badani najczęściej nie zgadzali się z twierdzeniem, że fundusze są produktem przeznaczonym przede wszystkim do krótkoterminowych inwestycji, takim który nie zamraża pieniędzy oraz, że to produkt, który nie wymaga dużych wpłat.
Niezależnie jednak od stopnia atrakcyjności TFI oferowanych przez Deutsche Bank (który w niezależnym badaniu portalu Comperia.pl zajął pierwsze miejsce w rankingu banków oferujących fundusze, wyprzedzając innych dzięki najszerszej ofercie z ponad 700 krajowych i zagranicznych produktów 18 TFI), Polacy niechętnie inwestują swoje pieniądze.
Prof. dr hab. Małgorzata Bombol, Instytut Bankowości SGH

Trzeba to przyznać otwarcie – oszczędzanie jest wbrew naszemu egoizmowi. Cały czas wpływają na nas rynkowe pokusy, pokazujące, że lepiej skorzystać z gratyfikacji od razu niż odkładać ją w czasie. Problem w tym, że dopóki nie odwrócimy prymatu potrzeb nad ostrożnością i roztropnością ekonomiczną, dopóty będziemi mieli grupy konsumentów o niepewnej przyszłości.

– Od początku lat 90. chcieliśmy nadrobić stracony czas i bogaciliśmy się bardzo szybko. Jak już zarobiliśmy, to wymienialiśmy stare sprzęty na nowe, stare auta na te z salonu, a wakacje z lokalnych – na zagraniczne. Z czasem część z nas już się nasyciła, a dalsze kupowanie na okrągło nie daje już satysfakcji. Receptą na to może być właśnie oszczędzanie – jesteśmy w dobrej sytuacji gospodarczej jako kraj, mamy ku temu dobre warunki – przekonuje prof. Bombol.
Ale dodaje: sukces długodystansowca buduje się długo – do maratonu ćwiczy się rok albo i półtora. – Do takiego podejścia myśmy dopiero dorośli, potrzeba nam czasu 2-3 generacji, by stało się to normą – podkreśla badacz.
– Musimy przestać być finansowymi romantykami i stać się ekonomicznymi pozytywistami. To już nie jest tak atrakcyjne na pierwszy rzut oka, tak nęcące, ale bez pracy u podstaw nie ma co liczyć na wysoki kapitał na starość – uważa Bombol.
Z tego samego badania Deutsche Bank wynika ciekawa zależność: choć na inwestycje decydują się najczęściej najlepiej sytuowani, wśród osób z deklarowanymi zarobkami do 999 zł jednostki funduszy wśród osób znających produkt posiada 12,8 proc. respondentów. Podobnie w przedziale zarobkowym 1000-1999 zł (12,2 proc.), spadek następuje u tych, którzy zarabiają miedzy 2000 a 3000 zł. Wzrost liczby inwestujących ponownie zwiększa się w gronie najwięcej zarabiających. Obrazuje to poniższy diagram:

Kto inwestuje w TFI?

logo
Wyniki badania Deutsche Bank Polska
– Są różne motywacje, które prowokują oszczędzanie. Owszem, najłatwiej jest zmotywować do tego zamożnych, ale nie jest prawdą, że mniej zarabiający nie mają oszczędności. Myślę, że do akumulowania majątku najbardziej zachęca racjonalizacja celu. Jeśli wiemy, po co to robimy, będzie nam łatwiej. Pewne rzeczy muszą być nazwane, by zaistniały w świadomości. Nie mówiąc o satysfakcji, jaka pojawia się, gdy wbrew chęci natychmiastowej gratyfikacji, wykazujemy się silną wolą. To z pewnością się opłaci – wyjaśnia prof. Bombol.