Polska z powszechną referendalną władzą nie spodobałaby się wielu obywatelom
Polska z powszechną referendalną władzą nie spodobałaby się wielu obywatelom Fot. Sławomir Kamiński / AG

Dla wielu osób referendum stało się fetyszem. Teraz nawet prezydent chce, by to "głos ludu" zdecydował o zmianie ordynacji wyborczej, a jego główny rywal planuje dać społeczeństwu powszechną referendalną władzę. Hasła brzmią może szlachetnie, ale czy ktoś wyobraża sobie praktykę? Jest duża szansa, że nie spodobałaby się ona nawet najbardziej zagorzałym zwolennikom instytucji referendum. Wyobraźmy sobie, jak wyglądałąby Polska, gdybyśmy często sięgali po referendum.

REKLAMA
Dyktat niekompetentnych
Temat referendum ogólnokrajowego wrócił "na tapetę" za sprawą kampanii prezydenckiej, w której docenienie tak wyrażonego głosu obywateli stało się nagle priorytetem kandydatów. Bronisław Komorowski chcąc pozyskać elektorat Pawła Kukiza zaproponował, by społeczeństwo rozstrzygnęło trzy kwestie: Jednomandatowych Okręgów Wyborczych, finansowania partii z budżetu państwa i zmian w systemie podatkowym. Wynik wyborów rzekomo uświadomił mu, że "konieczne są zmiany w relacji między obywatelem a państwem oraz wzmocnienie mechanizmów, które pozwalają obywatelom wpływać na bieg spraw w Polsce".
Z kolei kandydat PiS Andrzej Duda jeszcze przed pierwszą turą obiecał, że jeśli zostanie prezydentem, da obywatelom prawo do takiej decyzji za każdym razem, gdy pod wnioskiem pod referendum zostanie zebranych milion podpisów. Teraz sprecyzował, że wyjątkiem miałyby być sprawy światopoglądowe i podatkowe.
Wiadomo – druga tura za pasem, więc retoryka kandydatów dziwić nie może. Problem jednak w tym, że kwestia referendum i ewentualnego oddawania kluczowych spraw pod osąd "vox populi" jest zbyt poważna, by w ten sposób rzucać słowa na wiatr. Populistyczne zapędy polityków PO i PiS nie powinny przysłaniać racjonalnej oceny tego, co mogłoby się wiązać z upowszechnieniem instytucji referendum. A ta jest druzgocąca i już na przykładzie JOW-ów widać to doskonale.
– Zacząć trzeba od wniosku, że nie ma literalnie najmniejszego sensu pytać ludzi o rzeczy, o których nie mają zielonego pojęcia – mówi w rozmowie z naTemat politolog prof. Radosław Markowski. – Gdyby to było tak, że pan Kukiz do mnie i do ludu mówi: "chcę wzmocnienia siły partii, systemu dwupartyjnego i jednopartyjnych rządów, dlatego wprowadzam JOW-y", to ja bym tylko powiedział, że mi się to nie podoba. Ale kiedy ten słabo douczony człowiek mówi, że wprowadzi JOW-y, by odpartyjnić politykę i wprowadzić społeczników, to bezczelnie kłamie, bo takie cuda się nie dzieją pod żadną szerokością geograficzną – dodaje.
Eksperci potwierdzają, że jednomandatowe okręgi w praktyce działają dokładnie odwrotnie, niż chciałby tego Kukiz i jego zwolennicy. Tyle że ludzie tego nie wiedzą (co potwierdzają sondaże) i w referendum z pewnością daliby temu wyraz. Jak przekonuje prof. Markowski, jeśli takie głosowania staną się powszechne, zadziała dokładnie ten sam schemat.
Prof. Radosław Markowski

Referendum na sens, kiedy np. pyta się ludzi w zakresie ich kompetencji - np. czy chcą asfaltowej drogi czy most przez rzekę, który skróci podróż. Jeśli zaczniemy pytać o to, czy mamy kupić F-16 czy Su-27, to sobie tego nie wyobrażam. To będzie władza ludzi niekompetentnych, która nam grozi w przypadku upowszechnienia referendum.

Pożegnanie z euro, religia zostaje w szkołach
Dziś, kiedy kandydaci na prezydenta na poważnie mówią o organizowaniu referendów, trzeba brać pod uwagę każdy scenariusz. I pytać, czy Polska, w której lud miałby referendalną decyzję na wyciągnięcie ręki, rzeczywiście wyglądałaby lepiej. Wyobraźmy więc sobie, że wyniki referendów w konkretnych sprawach pokrywałyby się z sondażami... Oto lista przykładowych zmian, które niesie za sobą wola społeczeństwa.

Obniżka zarobków prezydenta i posłów
W sondażach CBOS obywatele przekonują, że politycy zarabiają za dużo. I mówią o konkretach. Zdaniem większości prezydent powinien zarabiać nie 20 tys., a 14 tys. złotych. Z kolei zarobki posłów należy obciąć o ponad połowę – z 12 do 5,8 tys.. Dlaczego (do czego zachęca też przyszły prezydent) nie zebrać podpisów i nie zrobić z tym “porządku”?

Odrzucenie euro
Z badań wynika, że większość Polaków, dziś około 53 proc., jest przeciwnych przyjęciu wspólnej, europejskiej waluty. Można mieć wątpliwości, czy obywatele wiedzą, z czym by się to wiązało, ale prawa do decyzji przecież nie można im odmówić, prawda?

Obniżenie wieku emerytalnego, podwyższenie szkolnego
Powszechne przekonanie mówi, że nie powinniśmy pracować do 67. roku życia, a dzieci nie powinny chodzić do szkoły w wieku sześciu lat. Zbierano już podpisy pod referendami w tych sprawach – w sumie było ich około 1,5 miliona. Jeśli posłuchać tych głosów, trzeba by odwrócić dwie wprowadzone przez obecnie rządzących reformy.

Wprowadzenie minimalnej stawki godzinowej
Zdaniem 3/4 Polaków oprócz płacy minimalnej w Polsce powinna obowiązywać również minimalna godzinowa stawka, dotycząca też osób zatrudnionych na umowie-zleceniu. Powinna ona wynosić około 15 złotych. Losy ewentualnego referendum w tej sprawie są więc teoretycznie przesądzone.

Dodatkowy podatek dla najbogatszych Większość Polaków jest za wprowadzeniem dodatkowej stawki podatkowej dla najlepiej zarabiających. Ich zdaniem obowiązujące progi 18 i 32 proc. to za mało. Być może przy referendum kusząca okazałaby się propozycja Sojuszu Lewicy Demokratycznej, który chciał nałożyć na najbogatszych 50-proc. podatek.

Religia w szkołach
Religia nie ma ostatnio “dobrej prasy” i słychać głosy, że powinna być wyprowadzona ze szkół. Sondaże pokazują, że “wola ludu” jest inna. Większość chce, by lekcje odbywały się w szkołach, tyle że bez finansowania państwa. W innych sprawach dotyczących Kościoła też jest ciekawie. 88 proc. Polaków nie chce usuwania krzyża z miejsc publicznych, 81 proc. nie razi udział księży lub biskupów w uroczystościach państwowych, 78 proc. jest za święceniem przez nich miejsc i budynków użyteczności publicznej. “Świeckie państwo” z powszechnym referendum? Niekoniecznie…

Bez pomocy dla Ukrainy
65 proc. Polaków nie chce, by nasze państwo sprzedawało broń walczącej z prorosyjskimi separatystami Ukrainie. Jeśli dodać do tego sondaże, które mówią, że połowa obywateli jest nawet przeciwko pomocy politycznej, wniosek jest prosty – społeczeństwo nie chce zaangażowania w ten konflikt. Zgoda na powszechne referendum to zgoda także na taką decyzję.

Podobnych spraw, w których referendalny wynik mógłby być zaskakujący, jest z pewnością więcej. Stanowiska Komorowskiego i Dudy, którzy mówią o większym "wpływie obywateli na bieg spraw w Polsce", sugerują, że wachlarz ewentualnych referendalnych tematów jest naprawdę szeroki. Co prawda nie ma co straszyć likwidacją podatków, gwarancją zatrudnienia dla każdego obywatela i podobnymi absurdami, ale obywatelskie decyzje na innych polach mogłyby wyrządzić poważne szkody. A na pewno często stałyby w kontrze do wiedzy i interesu publicznego.
Fikcja zaangażowania
Problem z upowszechnieniem referendum nie polega jednak wyłącznie na tym, że władza społeczeństwa mogłaby np. zrujnować budżet. Spekulować w ten sposób można, ale w rzeczywistości idea organizacji ogólnokrajowych głosowań skompromitowałaby się na wcześniejszym etapie.

Ile kosztuje ogólnopolskie referendum?

Dwudniowe referendum jest bardziej opłacalne dla państwowego "portfela". Na jednodniowe głosowanie musielibyśmy wydać 60 mln zł, a przedłużenie go o jeden dzień i dopłacenie 30 mln zł z pewnością zapewni większą frekwencję. Czytaj więcej

źródło: TVN24bis.pl
– Żyjemy w dość dziwacznym kraju, gdzie od kilku dni słyszę, jak fatalne są elity polityczne, które rwącemu się do wyrażania głosu narodowi nie dają na to szansy. Chcę przypomnieć, że ten sam lud nigdy, poza przypadkiem wejścia do Unii Europejskiej, gdzie referendum rozłożono na dwa dni, nie korzystał z referendum w proporcji, która miałaby prawne konsekwencje – przypomina prof. Markowski.
Słowem – by referendum było wiążące, frekwencja musiałaby przekroczyć 50 proc.. – Jakoś zapomina się o tym, że w Polsce to często pułap nie do osiągnięcia. Idea referendum jest taka, by wypowiedział się cały naród. Gdyby tak założyć, trzeba byłoby na wzór australijski wprowadzić obowiązek głosowania, tak jak jest obowiązek składania PIT-ów – przekonuje politolog.
– W przeciwnym razie to są wyrzucane w błoto miliony. Po co więc ten cyrk? Po to, by politycy nabijali sobie sondaże. Oszczędźmy sobie tego – kwituje.

Napisz do autora: michal.gasior@natemat.pl