Bardzo możliwe, że dziś Tadeusz Mazowiecki nie dałby rady przekonać telewidzów do swojej wizji Polski.
Bardzo możliwe, że dziś Tadeusz Mazowiecki nie dałby rady przekonać telewidzów do swojej wizji Polski. Fot. Cezary Piwowarski / TVN, W. Olkuśnik / Agencja Gazeta

Gorący politycznie czas, który nieuchronnie zbliża się ku końcowi, obnażył to, co w polskiej polityce, ale i naokoło niej, małe i słabe. Pal licho, gdyby chodziło tylko o kandydatów. Tu chodzi też o nas, jako obserwatorów jałowych kampanii. Polityk "starej" generacji by się uśmiał.

REKLAMA
Kiedyś wielki format ludzi władzy, czy to polityków – przedstawicieli elit z charyzmą i kindersztubą – mierzyło się inną miarą. Decydujące było nie tylko to, co kto powiedział, ale i jak to uzasadnił, czy przekonał do swych racji. Jako że o sprawach ważnych dla państwa nie rozprawiano na ulicznym bruku, zasadniczo nie wygłaszano wyuczonych na pamięć formułek, bo i po co.
Talleyrand na salonach
Taki XIX wiek – w rozumieniu ludzi Zachodu – rozpoczęła era kongresowa. Nastała wraz z końcem epoki sukcesów cesarza Francuzów, a wielcy tamtego świata, zainteresowani utrzymaniem lub przywróceniem starego porządku, zebrali się w Wiedniu. Tańczono, biesiadowano, a przy okazji rozmawiano o polityce. Koronowane głowy radziły się świetnych dyplomatów. Dość wspomnieć Talleyranda czy Metternicha.
logo
Fot. Wikimedia Commons
To był też czas "realpolitik". Przykładowo Żelazny Kanclerz, wróg polskiej nacji Otto von Bismarck, był politykiem świetnym, ale dziś od kamer by stronił. Zbyt przyzwyczaił się, że przestrzeń do debaty wyznacza zadymiony gabinet obłożony księgami, nie studio telewizyjne. Idziemy z duchem czasu. Ramię w ramię, niekiedy jako jego zakładnicy.
Ekspresowa wizja Polski
Można więc odnieść wrażenie, że dziś politykom albo odbiera się prawo (lub choćby aspiracje), do wielkiego formatu, albo oni sami – tonąc gdzieś w trudach kampanii – się pogrążają. Bo taki polityk, dajmy na to kandydat na głowę państwa, ma dziś niewiele do powiedzenia. Po części sam z siebie – brakuje mu słów; po części – nie dano mu czasu się wykazać...
Pięć pytań w jednym pytaniu, 90 sekund na błyskotliwą odpowiedź. Na co najmniej kilka kwestii, kluczowych z punktu widzenia życia obywateli i funkcjonowania państwa. Odpowiedzieć tak, jak to się często elitom zdarza, to odpowiedzieć niewiele, albo i nic. Zamiast tego mamy podział na "złego" i "dobrego", lepszą i gorszą wizję państwa, Jedwabne, milicjanta, twórczość teścia kandydata. Trudno celnie zripostować, a prowadzący, mówiąc głosem narodu, żąda prostej odpowiedzi: tak czy nie?
logo
Fot. TVN/Cezary Piwowarski
Gdy przychodzi czas prawdziwego starcia – dziś robi się to w gmachach publicznych lub prywatnych telewizji – najmniej oferuje się widzowi. Ale też Kurski czy Kamiński, spece od przygotowania kandydatów, to nie doradcy pokroju Talleyranda. Trudno też sprzeczać się o konkretne obietnice. O sam fakt ich składania, nie proponowany sposób czy czas realizacji.
Kto by chciał średniowiecza?
To wszystko i tak było chyba nieuniknione. Straszenie średniowieczem czy propozycją powrotu do polityki doby Polski przedwojennej. Od zawsze wmawia się nam, że wieki średnie to kolor czarny, a II RP – piękne czasy. Potrzebujemy mitów, choć wcale nie zyskujemy, gdy szermują nimi kandydaci na wizji. Ale nasza wolność to przecież swoboda wypowiedzi.
W gruncie rzeczy dlatego, że można dziś mówić wszystko, co na języku, że dyskusja znaczy często tyle, co słowna przepychanka, wielu znanych i zasłużonych Polaków... nie dałoby rady. Gdyby Józef Beck mówił telewidzom o honorze, wyśmiałby go jego konkurent, a wielu wyłączyłoby transmisję. Nie chcieliby człowieka z "zaścianka" za prezydenta.
logo
Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe
Nie daliby rady...
Inni znani – architekci polskiej wolności po 1989 roku, musieliby wyjść ze studia. Niektórzy nie stanęliby nawet w szranki. Lech Wałęsa broniłby się "rękami i nogami", krzyczałby coś o obalaniu komunizmu i cytowałby znaną, swojsko brzmiącą twórczość Bohdana Smolenia.
Tadeusz Mazowiecki z kolei, polityk rasowy, klasowy i gabinetowy, wstydziłby się fleszy i wszechobecnych kamer. Nie umiałby wiecować, "grać" w otoczeniu baloników. Nie dałby rady w gorącym starciu, bo w żółwim tempie rozważałby "za" i "przeciw". Flegmatykowi w wyborczej debacie nie starczyłoby czasu, on śpieszył się powoli. Ale pozostałby dżentelmenem. Nie podłożyłby przeciwnikowi nogi, za nic w świecie.
logo
Tadeusz Mazowiecki w czasie kampanii prezydenckiej, 1990 rok. Fot. T. Wierzejski / Agencja Gazeta
To, co mamy dziś, to walka na obietnice, dwie wizje Polski, chwyty ringowe. Kandydaci toczą też bój ze stresem, ale na szczęście panują nad emocjami. Taki Józef Piłsudski np. mógłby zwymyślać na wizji. I co gorsza rozpędzić całe towarzystwo.

Napisz do autora: waldemar.kowalski@natemat.pl