Andrzej Duda musi uważać, by nie przesadzić z ocieplaniem wizerunku.
Andrzej Duda musi uważać, by nie przesadzić z ocieplaniem wizerunku. Fot. facebook.com/andrzejduda

Andrzej Duda świetnie sprawdził się w kampanii. W pierwszych godzinach po ogłoszeniu wyników zachowywał się jednak tak, jakby kampania nadal trwała. Potrzebny jest nam prezydent bliżej ludzi, ale polityk PiS musi uważać, by nie przesadzić z gadżetami. Inaczej może skończyć jak premier Kazimierz Marcinkiewicz, który przez jeżdżenie na quadach i wizyty na studniówkach stał się obiektem do żartów.

REKLAMA
Andrzej Duda wygrał wybory nie tylko dzięki odpowiedniej konfiguracji nastrojów społecznych, ale też dzięki pokazaniu się jako energiczny, młody polityk, który nie boi się kontaktu z ludźmi. Był przeciwieństwem statycznego Komorowskiego, który lepiej czuł się wręczając nominacje profesorskie, niż zderzając się z niezadowoleniem i gniewem wyborców na ulicach. Oczywiście Duda miał łatwiej, bo nie krępowała go ochrona BOR, ale w typowo kampanijnej robocie wypadał lepiej niż konkurent.
Kampanio, trwaj!
Ale Duda nie wyszedł z kampanijnego trybu. W powyborczy poniedziałek, kiedy już wszystko było rozstrzygnięte i pozostawało czekać tylko na oficjalne wyniki Państwowej Komisji Wyborczej, prezydent-elekt znowu rozdawał kawę w centrum Warszawy. Później w świetle reflektorów pojawił się pod pomnikiem rtm. Pileckiego, na Jasnej Górze oraz na Wawelu. O ile ostatnie punkty dnia nie odbiegają od typowej aktywności prezydenta, to rozdawanie kawy na ulicy jest pewnym novum.
Otoczenie Dudy już w wieczór wyborczy mówiło, że ich kandydat zmieni sposób prowadzenia kandydatury. Pałac ma być otwarty, a prezydent Duda ma się spotykać z grupami społecznymi, które będą oczekiwały jego interwencji. To cenna zmiana, bo prezydent może być mediatorem. Musi jednak uważać, by jego gabinet nie stał się biurem skarg i wniosków, by nie angażował się w drobne sprawy, które nie mają znaczenia w skali całego kraju.
Wiarygodność
Przyszły prezydent musi też znaleźć odpowiedni balans między pielęgnowaniem powagi urzędu a nadążaniem za wymogami współczesnej polityki, która wymaga zdejmowania krawata. Podstawą jest tutaj konsekwencja. Bronisław Komorowski przez pięć lat był prezydentem salonowym. Nie ruszał się z Pałacu nawet na wywiady.
Kiedy więc pod koniec kampanii zaczął się pojawiać w studiach telewizyjnych (łącznie z programem Kuby Wojewódzkiego) nie wyglądało to naturalnie. Szybko pojawiły się komentarze, że udział w tego typu programach urąga urzędowi. Jednak dzisiaj to na świecie norma. Dlatego jeśli Duda na początku nie usztywni się zbytnio, będzie mógł bez negatywnych konsekwencji występować w programach o satyrycznym rysie.
Bez przesady
Duda nie powinien być posągiem, jakim stał się Komorowski, ale nie powinien też stać się kumplem wszystkich. W tę pułapkę wpadł Kazimierz Marcinkiewicz, który dekadę przed Dudą otrzymał od prezesa równie ważną misję. Były premier sporo czasu i uwagi poświęcał na promowanie się, kreowanie i ocieplanie swojego wizerunku.
Pokazywał się więc na studniówkach i młodzieżowych imprezach. W Zakopanem lepił bałwana, pozwolił nawet mediom wejść do mieszkania. Ale tego wszystkiego było za dużo. Premier przesadził z wizerunkiem luzaka. – Kiedyś się tym ekscytowałem i popełniłem totalny błąd, wchodząc w mariaże z kolorowymi gazetami. Drugi raz tego błędu nie popełnię. Prywatne życie zostawiam zamknięte na klucz w domu – mówił po latach Marcinkiewicz.
Lekcja stylu
Marcinkiewicz starał się za wszelką cenę pokazać, że nie jest taki jak w tym okropnym PiS-ie. Że jest sympatyczny, pogodny, że da się lubić. Podobna pokusa może się wzbudzić w Andrzeju Dudzie. I o ile przyszły prezydent jest znacznie bardziej rozsądny od byłego premiera, to pozostaje jeszcze kwestia otoczenia, które czasem dla własnych celów źle kieruje politykiem. Marcinkiewicz miał sporo czasu, bo realnie rządził Kaczyński.
logo
Kazimierz Marcinkiewicz na studniówce w Gorzowie Wielkopolskim w 2006 r. Fot. Piotr Iytnicki / AG
Duda także nie będzie tak zapracowany jak premier (realny, nie malowany), bo takie są prerogatywy prezydenta. Dobrze, gdyby znalazł taki sposób na jego zagospodarowanie, by nie powtórzyć drogi "premiera z Gorzowa". Znacznie lepiej ze zmiękczaniem wizerunku radził sobie Donald Tusk, który pojawiał się w lifestylowych programach telewizyjnych i na okładkach kolorowych pism czy dawał się fotografować podczas joggingu.
W powszechnym odbiorze prezydent jest trochę bardziej majestatyczną postacią niż premier. Andrzej Duda będzie musiał wziąć to pod uwagę. Jeśli nie przesadzi z żadnym z komponentów, może tylko zyskać. A przede wszystkim nie może miotać się od wizerunku luzaka do wizerunku majestatycznego Ojca Narodu. Bo dla polityka najgorsza jest niekonsekwencja.

Napisz do autora: kamil.sikora@natemat.pl