
Marek Falenta, biznesmen, o którym zrobiło się po raz pierwszy głośno za sprawą tzw. afery taśmowej, znowu ma kłopoty. Tym razem jest oskarżany o łapówkarstwo. Miał dać lekarzowi 500 zł za to, by ten wystawił mu fałszywe zwolnienie. Dzięki temu dokumentowi Falenta uniknął wizyty w sądzie.
REKLAMA
Zarzuty postawiła mu Prokuratura Okręgowa w Warszawie, a sam oskarżony już przyznał się do winy i wręczenia łapówki. Lewe zwolnienie miało być pretekstem do niestawienia się na przesłuchaniu w Prokuraturze w Białymstoku, gdzie toczy się proces w sprawie podsłuchów założonych w jednej z firm w Bielsku Podlaskim. W marcu biznesmen usłyszał zarzuty w tej sprawie. Nie przyznał się, a wcześniej - najprawdopodobniej, żeby ich uniknąć, migał się przed wizytą w sądzie, zasłaniając się fałszywym zwolnieniem.
Oprócz Falenty, zarzuty ciążą także na lekarzu, który wystawił lewe zaświadczenie o stanie zdrowia i osobie pośredniczącej w transakcji. Na początku Falenta stwierdził, że to "kolejne nieporozumienie", ale szybko przyznał się do winy. Teraz grozi mu do trzech lat pozbawienia wolności.
Kłopoty biznesmena z prawem zaczęły się w zeszłym roku w wyniku tzw. afery taśmowej z udziałem kelnerów i biznesmenów podsłuchujących m.in. prominentnych polityków w dwóch warszawskich restauracjach. W tej sprawie toczy się obecnie pięć postępowań prokuratorskich. Falenta nie przyznaje się do stawianych mu zarzutów i odcina się od spekulacji łączących go z aferą.
Źródło: Onet
