PZU przejmuje Alior Bank. Czy repolonizacja banków w ogóle jest możliwa?

Tak naprawdę przydomkiem "polski" może się posługiwać sześć instytucji.
Tak naprawdę przydomkiem "polski" może się posługiwać sześć instytucji. fot. Jakub Ociepa / Agencja Gazeta
Najpierw PKO przejęło Nordea Bank, teraz PZU kupiło pakiet kontrolny akcji Alior Banku. To początek repolonizacji banków. Ale wynik meczu to wciąż 32 banki zagraniczne i raptem 6 naszych.


– Przejmujemy władzę w jednym z najciekawszych bankowych startupów. To początek, konsolidacji rynku bankowego – powiedział Andrzej Klesyk po podpisaniu umowy kupna 26 proc. akcji Alior Banku. Prezes PZU sugeruje, że to nie koniec podobnych transakcji. Potencjalnymi celami są jeszcze oddział austriackiego Raiffeisena, a także kontrolowany przez Amerykanów BPH.


Andrzej Klesyk mówi, że chodzi o zarabianie pieniędzy i odżegnuje się od udziału w repolonizacji branży bankowej. Jednak właśnie w ten sposób transakcję skomentował Włodzimierz Karpiński, minister skarbu państwa. – Mam nadzieję, że jest to dopiero początek dalszej konsolidacji sektora wokół tego banku, na bazie polskiego kapitału – cytat z oświadczenia. Akurat w tym wypadku, hasło repolonizacji jest trochę na wyrost. Bo tak naprawdę Alior Bank był polski. Zakładali go Wojciech Sobieraj i Cezary Smorszczewski, a 400 mln euro na start wyłożył w 2008 roku Roman Zaleski, przedsiębiorca działający we Francji, Polak z pochodzenia.

Jeszcze niedawno wydawało się, że coś takiego jak przejmowanie banków przez firmy z udziałem skarbu państwa nigdy nie przejdzie przez usta przedstawicielom rzekomo liberalnego rządu. Według popularnych teorii kapitał nie ma narodowości, jest globalny i aby móc procentować swobodnie przepływa przez różne gospodarki. Teoria ta zbankrutowała wraz z kryzysem finansowym w 2008 roku.

Niemal z dnia na dzień wiele polskich firm zostało pozbawionych dostępu do kredytów. Kilka miesięcy później wybuchła afera finansowa z opcjami walutowymi. Oferowane przez banki produkty mające pomóc polskim firmom w okiełznaniu ryzyka kursowego nagle okazały się wędką zarzuconą dla frajerów. Po nagłym osłabieniu się polskiej waluty to nie banki pomagały firmom, ale przedsiębiorcy zanosili do skarbców worki z pieniędzmi. Wielomilionowe straty na opcjach poniosły Jastrzębska Spółka Węglowa, Ciech, Cersanit, Sanwil, producent mebli Forte. Wtedy też wielu polityków przekonało się i prawdziwości powiedzenia barona Rotschilda "kto ma banki, ten ma władzę".


– Firmy ograniczały ryzyko związane z ruchem kursu w jedną stronę, a podwajały to związane z ruchem w drugą i wiedziały co robią. Banki na ruchu waluty w drugą stronę nie zarabiały, więc wędka na frajerów raczej to nie była – odpiera, prosząc o anonimowość, ekonomista, który na co dzień pracuje w dużym banku.

Polska reprezentacja finansowa
Według osobistych szacunków Zbigniewa Jagiełły, prezesa PKO BP ponad 60 procent kapitału banków leży w rękach zagranicznych udziałowców. Ale to i tak głównie dzięki pozycji rynkowej jego PKO. Gdyby banki liczyć na sztuki jesteśmy w mniejszości we własnym kraju. Tak naprawdę w polskich rękach jest PKO, grupa banków Leszka Czarneckiego (Getin Noble oraz Idea), Plus Bank, Zygmunta Solorza- Żaka, Bank Pocztowy, Bank Gospodarstwa Krajowego i grupa banków spółdzielczych. Sześciu przeciw 32 instytucjom. Czy to ma jakieś znaczenie? Sam Jagiełło przekonuje, że tak.
Zbigniew Jagiełło, prezes PKO BP o bankach polskich i zagranicznych

Część banków ma swoje swoje centrale poza Polską. Oznacza to że to tam zapadają strategiczne decyzje, które na naszym ubogim w kapitał rynku mogą spowodować turbulencje. Przykład. Jeśli daleko poza Warszawą, na poziomie zagranicznej centrali banku, zapada decyzja, że przemysł chemiczny za 5 lat jest "bad" to do 30 krajów z centrali płynie rekomendacja o ograniczaniu kredytowania tej branży. A tymczasem my w Polsce możemy być pokrzywdzeni.

W rozmowie z naTemat, że zdarzały się sytuacje, gdy prezes polskiej firmy prosił o ratunek „bo, ci zagraniczni nie chcą pożyczyć"? – Nie wyobrażam sobie, żeby bank mający w nazwie "polski" nie wspierał naszej gospodarki. Nie chodzi tylko o wielkie słowa. My żyjemy z przedsiębiorców i gospodarki mówi prezes PKO BP – mówił.

Z kolei polski prezes jednego z zagranicznych banków, wspomina jak centrala narzuciła mu plan kredytowania. – W macierzystym kraju kryzys finansowy zebrał o wiele większe żniwo niż tu w Polsce, gdzie biznes wciąż się kręcił. Na nic tłumaczenia, raporty, telekonferencje. Jedyne co słyszałem to „stop kredyt”. Dokonywaliśmy cudów kreatywności, aby na własnym podwórku zebrać trochę lokat i finansować na przykład deweloperów – mówi bankowiec.

Jeśli spojrzeć na wartości transakcji widać, że za firmy, które kiedyś swobodnie wyprzedawano, dziś trzeba by zapłacić miliardy złotych. Zakup Alior Banku kosztował PZU 1,8 mld zł, a aktywa Nordea przejmowano za 2,8 mld zł. To jednak drobniaki. Poza zasięgiem byłby np. Pekao SA – dla Włochów to kura znosząca złote jaja. Tak naprawdę tylko dwie firmy są zdolne do takich transakcji „odzysku” PKO i PZU. Cztery lata temu mówiło się nawet ze powołają wspólny fundusz, który przy nadarzającej się okazji mógłby odzyskać np. Millenium, Bank Zachodni WBK. Wówczas rynek bankowy wyglądałby inaczej.

Goło i niewesoło
O tym, że straciliśmy coś istotnego ostatnio przekonał się Janusz Piechociński, minister gospodarki. Chciał pomóc polskim firmom wspierając sprzedaż produktów made in Poland na rynkach zagranicznych. Piechociński odkrył, że polscy przedsiębiorcy nie mają czegoś, co niemieccy, amerykańscy, chińscy przedsiębiorcy dają w pakiecie – finansowania. – Załóżmy, że w Kazachstanie producent wody mineralnej potrzebuje linii produkcyjnej butelkowania. Niemiec nie tylko pokaże swój produkt, lecz także zachęci do jego zakupu, oferując kredyt w niemieckim banku na preferencyjnych warunkach. Polacy tego nie mają, przegrywają na tym etapie albo muszą konkurować ceną – mówi Jerzy Panasiuk, przedstawiciel polskich firm budowlanych na wschodzie.

Mało tego, polska firma mogła sobie takie finansowanie załatwić np. w HSBC, albo którymś z wyspecjalizowanych niemieckich banków z Warszawy. Nie jest żadną tajemnicą, że przy dużych zagranicznych projektach Niemcy potrafili bardziej zadbać o interes własnych przedsiębiorców.

Dlatego Piechociński proponował ostatnio powołać bank wspierający eskorterów na wzór tzw. exim banków działających na całym świecie. Było nie sprzedawać Banku Rozwoju Eksportu – można skomentować. Powołany za czasów PRL, BRE po przejęciu w 1994 roku przez niemiecki CommerzBank zmienił profil działalności, nazwę i stał się uniwersalnym mBankiem.

Napisz do autora: tomasz.molga@natemat.pl