
Wyniki wyborów prezydenckich pokazały, że polska lewica nie jest w stanie wystawić obecnie nikogo, kto mógłby zdobyć poparcie szerokiego grona wyborców. Brak lewicowego lidera idzie w parze z rosnącą popularnością Roberta Biedronia. Były poseł nie zamierza być jednak „mesjaszem lewicy”.
REKLAMA
O tym, że lewica czeka na przywódcę, który wydźwignąłby ją z kryzysu i ponownie umieścił na pierwszym planie polskiej polityki, Biedroń powiedział w wywiadzie, jakiego udzielił „Gazecie Wyborczej”.
– Lewicy potrzeba teraz kogoś, kto poprowadzi lud na barykady, jak za rewolucji francuskiej. Kto uwiedzie ludzi, jak uwiódł swojego czasu Donald Tusk czy, swój elektorat, Jarosław Kaczyński – zauważył prezydent Słupska.
Biedroń przyznał, że dostrzega kogoś, kto mógłby się sprawdzić w takiej roli. Nie chciał jednak wymienić żadnych nazwisk. Podkreślił jedynie, że nie ma na myśli samego siebie. Były poseł skupia się bowiem na rządzeniu Słupskiem, z którym stworzył „trwały, monogamiczny związek partnerski”.
Deklaracja Biedronia z pewnością zawiedzie tych, którzy widzą w nim przyszłego prezydenta Polski. Takich osób nie brakuje, o czym świadczy spora popularność, jaką po drugiej turze wyborów prezydenckich cieszył się w internecie hashtag #robertmusisz, który namawia byłego posła do ubiegania się w 2020 roku o urząd głowy państwa.
O rosnącej popularności prezydenta Słupska pisaliśmy dwa tygodnie temu.
źródło: Wyborcza.pl
