Laibach: Jesteśmy narodowymi socjalistami w tym samym stopniu, co Hitler był malarzem

"Iron Sky" – kadr z filmu
"Iron Sky" – kadr z filmu
Chociaż wizja nazistów dokonujących anihilacji Ziemi z pokładów latających spodków z wygrawerowanymi swastykami brzmi, nie powiem, zachęcająco, „Iron Sky” jest filmem tak cienkim, że w zasadzie nie ma co się nad nim rozwodzić – lepiej powtórzyć sobie norweski „Dead Snow” albo „Stawkę większą niż życie”. Jeśli jest w nim cokolwiek wartego uwagi, to tylko ścieżka dźwiękowa słoweńskiej grupy Laibach. Mija właśnie 30 lat, od kiedy wydali swój debiutancki album.

Trudno o lepszą wisienkę na torcie. Bo jeśli ktoś jest stworzony do pisania soundtracków do filmu o hitlerowskiej inwazji z księżyca, to tylko... nie, nie naoliwieni chłopcy z Rammstein, jak chciałby pewien dziennikarz. Rammstein to ubodzy erefenowscy krewni Laibacha, którzy z marszowych rytmów i chropawych teutońskich recytacji uczynili, pozbawiony jakiejkolwiek intelektualnej otoczki, znak rozpoznawczy.

“Iron Sky”, przy całej swojej niedorzeczności, jest filmem wprost stworzonym dla zespołu, który od początku lat 80. korzysta z arsenału środków zaczerpniętych ze świata polityki, przeplatając je z mitami pop kultury. W istocie, reżyser Timo Vourensola wpadł na pomysł scenariusza po wysłuchaniu ich płyty “Volk” i kręcił go z myślą o przyszłej ścieżce dźwiękowej Słoweńców.


Radykalne wystąpienia sceniczne Laibacha w byłej Jugosławii powodowały konsternację władz, gdy przebrani w hitlerowskie mundury i wystylizowani na radykalnych narodowych socjalistów, w takt marszowych rytów bombardowali publiczność chrześcijańską ikonografią, narodowymi symbolami i socrealistycznymi, posągowymi pozami.


Ich cel mógł mieć charakter polityczny, ale mógł być tylko taktyką szoku, charakterystyczną dla industrialnych zespołów tego okresu. Dość, że posługując się totalitarnym enturażem dotrwali końca systemu, z którym tak długo polemizowali. Ale niezależnie od tego, czy nad Europą powiewał sierp i młot, czy flaga Unii, Laibach grał trasy koncertowe pod hasłem “Okupowanej Europy”, zawsze podejrzliwie patrząc na wszelkie hierarchie i formy organizacji społecznej. To jeden z powodów, dla których w 1991 roku proklamowali własne państwo NSK (Neue Slovenische Kunst), od nazwy kolektywu artystycznego, w którym realizowali pozamuzyczne idee.

Poczytaj o estetyzacji Holokaustu


Później sięgali po ikoniczne dzieła dinozaurów rocka, traktując je jako punkt wyjścia do remiksów i przeróbek. “Let It Be” Beatlesów, “Sympathy For The Devil” Stonesów, utwory Opus Dei, przerabiali na karykaturalne monstra, uzmysławiając nam każdorazowo, że pop kultura jest takim samym narzędziem kontroli społecznej i obezwładnia masy w ten sam sposób, co polityczna propaganda. Zwieńczeniem ich romansu z pop kulturą była ostatnia eksploatacja “Sztuki Fugi” Jana Sebastiana Bacha.


Z dzisiejszej perspektywy, w czasach, gdy znaczenia i kody kulturowe są co raz trudniejsze do rozszyfrowania, widać jak celne okazały się strategie twórcze Laibacha. W XXI wieku trudno o lepszą pożywkę dla Słoweńców. Ostatecznii hitlerowcy stali się częścią popkultury w tej samej mierze, co UFO i Hollywood. I Laibach wciąż bawi się ich wizerunkiem, tak jak wcześniej eksploatował prace Malewicza czy płaskorzeźbyy z Tito. Członkowie Laibach wciąż komentują rzeczywistość z pozycji radykalnej opozycji do świata i jakąkolwiek próbę nadinterpretacji zbywają wieloznacznymi komentarzami w rodzaju “jesteśmy narodowymi socjalistami w tym samym stopniu, co Hitler był malarzem”.

Wybierając się na “Iron Sky”, film będący w sumie niczym innym, tylko pełnometrazowym teledyskiem Laibacha, trudno nie dać się uwieść warstwie czysto wizualnej. Orły trzymające w szponach liście dębu, wagneriański patos i czarne esesmańskie mundury mają wciąż niebezpiecznie obezwładniający powab.

Laibach

“We Come In Peace”

Mute, 2012
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...