"Deplatformizacja" państwa to właściwie główny pomysł, jaki proponuje Polakom prawicowa opozycja.
"Deplatformizacja" państwa to właściwie główny pomysł, jaki proponuje Polakom prawicowa opozycja. Fot. naTemat.pl

Paweł Kukiz długo nie miał ochoty przedstawiać nawet fragmentu programu swojego ruchu. PiS program jakiś tam ma, ale nie zna go nawet spora część pierwszoplanowych polityków tego ugrupowania. Nic dziwnego, skoro od pomysłów na gospodarkę, politykę społeczną i dyplomację lepiej działają programy, które da się streścić najlepiej w jednym zdaniu. Przez wiele lat tak działała Platforma Obywatelska, dla której najlepszą propozycją dla Polski straszenie PiS-em. Na jeszcze bardziej syntetyczny program stawiają teraz Kukiz i Kaczyński. Co oni nam właściwie proponują? Mówiąc krótko: deplatformizację.

REKLAMA
Straszenie jedynym pomysłem na Polskę
Co de facto jest sięgnięciem po dotychczasowy główny pomysł na politykę Platformy. Ta straszyła prawicą tak długo, że najpierw PiS, a teraz i Paweł Kukiz postanowili uczynić z tego własne oręże i przekonują, że jest się czego bać. Kaczyński i Kukiz – przebąkujący coraz częściej o stworzeniu jesienią koalicji – sugerują, że po ich zwycięstwie w październikowych wyborach parlamentarnych oczyszczenie państwa obejmie tylko tych, którzy czerpali największe korzyści z funkcjonowania tego, co Jarosław Kaczyński nazywa "kondominium rosyjsko-niemieckim", a w czym Paweł Kukiz upatruje przede wszystkim działań biznesu zza Odry.
Przeciętni Polacy wierzą dziś, że to szansa na odebranie choćby części wpływów i majątków najbogatszych ludzi w państwie, w tym przede wszystkim polityków i ich przyjaciół, którzy mogli dorobić się właśnie dzięki udziałowi we władzy. Doświadczenia z IV RP, którą przed dziesięcioma laty Jarosław Kaczyński powołał do życia w celu przejęcia pełni władzy od poprzednich ekip rządzących, wskazują jednak raczej na to, że i tym razem na oczyszczaniu państwa z wpływów poprzedników najmocniej ucierpią zwykli ludzie.
- Idziemy do przodu po Polskę - grzmiał Paweł Kukiz po ogłoszeniu wyników I tury wyborów prezydenckich. / Fot. Polsat News
– Ten rząd musi odejść – powtarza od lat wielokrotnie Jarosław Kaczyński, a jego zwolennicy dodają, że wraz z rządem muszą zmienić się zarządy najważniejszych państwowych spółek i relacje państwa z najbardziej wpływowymi przedsiębiorcami. – Pogonimy ich – grzmi przy każdej okazji Paweł Kukiz, którego wyborcy wyraźnie dają do zrozumienia, że od swojego idola oczekują pogonienia nie tylko ministrów, lecz także najpopularniejszych dziennikarzy, czy najbogatszych biznesmenów.
Podobne oczekiwania – za którymi stoi frustracja spowodowana wyjątkowo niesprawiedliwą redystrybucją dochodów w Polsce i pogłębiającą się różnicą pomiędzy majętnością poszczególnych grup społecznych – Polacy mieli też w 2005 roku, gdy po raz pierwszy oddawali władzę Prawu i Sprawiedliwości. Machina stworzona wówczas przez braci Kaczyńskich sprawiła, że w ciągu kilkunastu miesięcy rzeczywiście wielu ludzi dawnej ekipy poczuło, że przyszło nowe.
Bynajmniej nie był to jednak były premier Leszek Miller, czy którykolwiek z ministrów jego rządu, nad którym wciąż unosiło się wówczas odium tzw. afery Rywina i oskarżeń o korupcję. Pracę w ministerstwach, urzędach wojewódzkich i innych podlegających premierowi organach państwowych masowo tracili tymczasem bezpartyjni urzędnicy, a nawet personel pomocniczy. W czasach IV RP kilka ministerstw "oczyszczono" tak, że wymieniono nawet personel sprzątający na ten związany z nową władzą . – Jedne z najkrótszych rządów w III Rzeczpospolitej i jedna z największych mioteł – wspominał tamte czasy w jednym Adam Szejnfeld z PO.
Rykoszetem w zwykłych ludzi
Politykom w czasach "oczyszczania państwa", czy "przeganiania" dawnego układu właściwie nic nie grozi. W przeciwieństwie do części wyborców tych, którzy akurat oczyszczają i przeganiają. – Nigdy nie pomyślałem, że tak to się potoczy – wyznaje znajomy, który w 2004 roku zaczynał karierę urzędniczą w pomorskim urzędzie wojewódzkim. I choć dostał posadę jeszcze w czasach SLD, już wtedy wśród znajomych dość aktywnie zachęcał do głosowania na Prawo i Sprawiedliwość.
Sensem istnienia PiS od lat zdaje się nieustanne ataki na władzę i krytyka otaczającego świata. / Fot. YouTube.com/Kazek 427
– Marzyłem, że oni oczyszczą administrację z obciążenia komunizmem. Tymczasem już w lutym 2006 roku wypowiedzenia dostaliśmy my szeregowi pracownicy. Kolesiów siedzących w urzędzie od lat w ogóle nie ruszyli. A nas zastąpiono krewnymi i znajomymi królika. Poszedłem wtedy do bura poselskiego najbardziej znanego posła PiS z Pomorza. Nawet mnie nie przyjął. Jego asystent powiedział mi tylko, że "na wojnie bywają ofiary rykoszetów" i że zadzwonią. Nie zadzwonili nigdy. Szybciej znalazłem pracę w samorządzie – wspomina mój rozmówca.
Podobnych historii przeciętnych Polaków w minionych latach nie brakowało. Wątpliwe, by teraz było inaczej. Szczególnie, że do PiS już lgną coraz to nowi ludzie widzący w poparciu tego ugrupowania szansę na zastąpienie tych, którzy dla państwa pracują dzisiaj. Raczej niewiele nowego wniesie też Paweł Kukiz, którego zaplecze stanowią dolnośląscy i lubuscy samorządowcy znani w regionie z dbania o swoje rodziny i przyjaciół.
Wpływowi i bogaci się znowu dostosują
Choć Paweł Kukiz zapowiedział, iż "idzie całą armią po Polskę", wątpliwe też, by po powołaniu jesienią koalicji PiS-Kukiz tym razem gorzej miało się żyć najbogatszym biznesmenom, wpływowym politykom, czy nawet tym mediom, których Kaczyński i Kukiz oskarżają o sprzyjanie "reżimowi" PO-PSL. Wszyscy oni od 25 lat, niezależnie od zmieniających się ekip rządzących są w kampaniach wyborczych głównym chłopcem do bicia, by tuż po wyborach świetnie odnaleźć się w każdym nowym politycznym układzie.
Co ciekawe, na relatywnie delikatne stosowanie powyborczej miotły wymiatającej poprzedników z życia publicznego zdecydowała się w historii III RP tylko Platforma Obywatelska. Po zwycięstwie ekipy Donalda Tuska w 2007 roku w rękach ludzi zatrudnionych przez PiS została długo część organów i państwowych spółek. W tym tak ważnych dla polityków, jak Telewizja Publiczna. I być może to była jedna z recept PO na aż 8-letnie rządy.
Bo jak ostrzegał już po pierwszej turze wyborów prezydenckich polityków kroczącej po władzę prawicy dr Olgierd Annusewicz, skupienie się po wyborach na zemście na przeciwnikach wbrew pozorom może tylko skutecznie odebrać społeczne poparcie. – Jeżeli po powrocie do władzy pójdą w kierunku zastąpienia niegdysiejszej dekomunizacji, "deplatformizacją" życia publicznego, może się to szybko obrócić przeciwko nim – oceniał politolog.

Napisz do autora: jakub.noch@natemat.pl