
Monika Czaplicka w branży social media pracuje od 9 lat. Jest specjalistką w zakresie kryzysów, a wiele z nich komentuje na swoim fanpage'u Kryzysy w social mediach wybuchają w weekendy. W wywiadzie dla naTemat opowiedziała m.in. o znaczeniu personal brandingu oraz o wyścigu po lajki.
REKLAMA
Wybucha właśnie kryzys w social mediach. Jaka jest pierwsza pani myśl?
Cieszę się, że mam treść na swojego fanpage’a i nie będę musiała nic szukać. Ale tak na poważnie to jest mi przykro i myślę – dlaczego to zrobiliście? Naprawdę nikt nie pomyślał i wrzucił to świadomie? A jeśli problemem nie jest post, to często reakcja na problemy klientów. Obsługa klienta jest dla mnie najważniejsza. To z nią klient styka się od razu i po tym spotkaniu decyduje czy dokona ponownego zakupu. To smutne, że firmy słabo opłacają pracowników obsługi i traktują ich per noga. Z kolei klient jest postrzegany jako samo zło. A jak u kogoś komunikacja działa fajnie, to jest takie wielkie zdziwienie.
To się nie zmienia?
Nie sądzę. Rzadko kiedy coś jest rozstrzygane na korzyść klienta, a przecież dzięki temu firma mogłaby zyskać dużo więcej. Zadowolony klient powie o tym dalej, a inni zwracają uwagę na takie gesty. Sama ostatnio miałam sobie kupić kolejny produkt Sony, ale jak zobaczyłam ich odpowiedź na tekst jednego blogera, to zrezygnowałam i wybrałam Samsunga.
Tego typu sprzęty nie kosztują 100 zł, tylko znacznie więcej. Płacimy też za godziwą obsługę klienta. Kupiłam więc produkt konkurencyjnej firmy. Miałam problem z aparatem, napisałam do nich, a pani z obsługi klienta rozmawiała ze mną pół godziny i próbowała rozwiązać problem. Zaproponowała, że jeśli coś się jeszcze działo, to wyślą kuriera na swój koszt.
Co to jest personal branding?
To coś, co ma każdy z nas. Niezależnie, czy dopiero się uczymy, czy pracujemy, czy jesteśmy na emeryturze, to i tak mamy swoją życiową osobistą markę. Najłatwiejszą definicją własnej marki jest to, co myślą o nas ludzie, kiedy wychodzimy z pokoju.
Każdy powinien o to dbać?
Kreujemy swoją markę osobistą niezależnie od tego, czy robimy to świadomie czy nie. Im więcej o tym wiemy, tym lepiej dla nas.
Czego pracodawca nie powinien zobaczyć na naszej tablicy na Facebooku?
Nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Każdy ma inne podejście. Czego innego będzie oczekiwać pracodawca w dużej korporacji, w której obowiązuje dress code, od managera na wysokim stanowisku i zupełnie inny zbiór zasad będzie obowiązywać pracownika burgerowni podającego dania klientom.
Są dwie uniwersalne zasady. Przed opublikowaniem posta zastanów się, co by powiedziała na niego twoja babcia i czy taki obrazek umieściłbyś na billboardzie obok swojego imienia, nazwiska i twarzy.
A co jeżeli pracownik burgerowni kiedyś zechce zostać managerem, ale jego profil aż roi się od treści, które są, delikatnie rzecz biorąc, dalekie są od standardów korporacyjnych?
Wtedy warto poświęcić trochę czasu i przejrzeć swoją tablicę. W dowolnym momencie można usunąć wybrane treści oraz zmienić ustawienia prywatności. Pamiętajmy, że przyszły pracodawca albo rekruter może zostać także naszym znajomym. Treści publiczne są pozycjonowane w Google i zostaną w internecie na długo.
Właśnie trwa drugi etap rekrutacji do pani firmy. Z jakim wyzwaniem mierzą się chętni?
Należy nakręcić filmik o dowolnej tematyce, ale musi mieć energię i być opublikowany w sieci. Jutro mam otrzymać raporty z tych działań. Pojawiły się przeróżne pomysły od wpisów sponsorowanych poprzez wzywanie celebrytów i różnych ekspertów.
Mail wysłałam do ponad 30 osób, ale wiele z nich od razu zrezygnowało, bo nie czuli się na siłach, by nagrać film albo obawiają się publikowania treści pod swoim nazwiskiem ze względu na obecną pracę. Nie zaznaczyłam, że trzeba to robić pod imieniem i nazwiskiem. Jedna dziewczyna fajnie z tego wybrnęła i zrobiła fanpage.
Na chwilę obecną filmik nakręciło kilkanaście osób, ale ile z nich otrzyma pracę, nie wiem. Wiadomo, że jakbym zatrudniła więcej niż jedną osobę za 3 tys. zł to też może przekroczyć mój budżet. Nadal jestem jednoosobową działalnością.
Sprawdziła już pani ich profile w mediach społecznościowych?
Oczywiście, nie wszystkie, ale sukcesywnie przeglądam.
Ktoś został już zdyskwalifikowany?
Wolę nie zdradzać takich informacji. Jeżeli chodzi o niewłaściwe treści, to mam dystans. Sama pamiętam, jak było w jednej z moich prac, gdy szef zaprosił mnie na rozmowę. Powiedział, że ma problem z tym, że publikuję dużo informacji na temat LGBT na swoim profilu na Facebooku. Ponoć niektórzy klienci mogą nie być tacy otwarci…
Chyba nie mógł czegoś takiego powiedzieć...
Nie wiem czy mógł, ale sam fakt, że to zrobił spowodował, że po miesiącu postanowiłam się zwolnić. Wychodzę z założenia, że jeżeli ktoś nie wpływa negatywnie na moją firmę, czyli nie publikuje treści rasistowskich, homofobicznych i tak dalej, które uważam za bardzo nieodpowiednie, to fotka z piwem nie jest problemem.
Nie wiem czy mógł, ale sam fakt, że to zrobił spowodował, że po miesiącu postanowiłam się zwolnić. Wychodzę z założenia, że jeżeli ktoś nie wpływa negatywnie na moją firmę, czyli nie publikuje treści rasistowskich, homofobicznych i tak dalej, które uważam za bardzo nieodpowiednie, to fotka z piwem nie jest problemem.
Kryzys wizerunkowy może dotknąć nie tylko osoby publiczne. Czy zdarza się, że tzw. "zwykli Kowalscy" poszukują profesjonalnej pomocy?
Myślę, że takie osoby nie będą poszukiwać profesjonalnej pomocy, ale mogą uczestniczyć w różnych konferencjach czy zakupić na ten temat książki, które nie będą aż tak kosztowne. Uważajmy, bo to normalne, że rekruterzy sprawdzają nas w social mediach, a znam wiele przypadków, gdy ktoś coś nieopatrznie opublikował, a później poniósł tego konsekwencje zarówno w pracy oraz życiu osobistym.
Przykład? Pewna dziewczyna podzieliła się w sieci swoimi zdjęciami, one wypozycjonowały się w Google. Ktoś znalazł je i umieścił na plakacie imprezy alkoholowej, a ona nie zdawała sobie z tego sprawy, że ktoś wykorzystał jej twarz.
Nie ma pani wrażenia, że Facebook przestaje być miejscem, gdzie możemy czuć się swobodnie?
On nigdy nie był takim miejscem. To podstawowy błąd jeżeli ktoś myśli właśnie w ten sposób i publikuje posty pod wpływem emocji. Dzięki niemu możemy dotrzeć do każdej osoby na świecie i to działa w dwie strony.
Przekonała się o tym nawet siostra Marka Zuckerberga – Randi, która, choć miała ustawienia prywatności, to i tak wyciekło zdjęcie jej całej rodziny, które zrobiła dla żartu. Na fotografii wszyscy przy stole patrzyli w ekrany swoich telefonów. Ktoś z jej znajomych udostępnił je na Twitterze i pojawiły się głosy, że Zuckerbergowie nawet przy stole nie potrafią się cieszyć bliskością.
Sama miewa pani kryzysy?
Oczywiście. Zawodowe… Osobiste…
I stosuje się wtedy pani do zasady 5P (Przeproś, Przygotuj się, Przeciwdziałaj, Popraw się, Powetuj)?
Myślę, że kryzysy osobiste są trochę innego typu żebym była w stanie zastosować wprost zasadę 5P. Przy problemie w związku trudno jest się poprawić i to wdrożyć. A jak określić powetowanie? Wystarczą kwiaty i buziak, czy trzeba bardziej się postarać?
Cała moja zawodowa ścieżka zaczęła się od kryzysu w internecie 9 lat temu. Spowodowałam poważny wizerunkowy kryzys mojego pracodawcy po bezmyślnym opublikowaniu informacji o tym, jak wygląda marketing szeptany. Nie pomyślałam, że automatycznie wszyscy pomyślą, że jest on stosowany w firmie, w której pracuję.
Szykowałam się już na wilczy bilet i obawiałam się, że już nikt mnie nie zatrudni. Odzywały się gazety, telewizje… Na szczęście udało mi się wykaraskać i jestem w całkiem sensownym punkcie swojego życia. Każdy kryzys to szansa i możliwość rozwoju.
A co z banami na Facebooku?
Było ich co najmniej kilkanaście. Ostatnio aż serce podeszło mi do gardła, gdy na fanpage’u Kryzysy w social mediach wybuchają w weekendy opublikowałam screena z prywatnego profilu Reni Jusis, na którym znajdowały się linki do seksfilmików.
Ktoś to zgłosił, ale na szczęście Facebook tylko skasował ten post. Często dostaję bany, bo piszę o kontrowersyjnych tematach. Kiedyś np. na grupę social media wrzuciłam przykład postu, którego nie należy zamieszczać na Facebooku. Zaraz ktoś go zgłosił… Później jeszcze ktoś odnalazł mój post opublikowany w 2009 roku i też dosięgła mnie sprawiedliwość, choć nawet już nie jestem już administratorem tego fanpage’a.
Ile banów można dostać?
Nie ma odgórnego ustalenia. Wszystko zależy od moderatora. Są takie od kilku godzin, 3 dni, 7 do 30. Ostatnio miałam dwa po 30… Słyszałam nawet, że można dostać 90.
Jest pani właśnie w trakcie pisania drugiej książki. O czym będzie?
Jest już dosłownie skończona, jeszcze tylko muszę poprawić parę uwag prawnych. Nie wiem czy będzie tylko w formie e-booka czy również papierowa. Muszę to przemyśleć.
Jest o social sellingu, czyli zarządzaniu kontaktami w social mediach. Jak je pozyskiwać i co później z nimi zrobić. To wielki problem wielu marketingowców, którzy nadal chcą mieć ogromne zasięgi, jak w mediach tradycyjnych.
Często porównuję działania tradycyjnych mediów do walenia z bazooki, która kogoś tam zawsze zrani. W social mediach jesteśmy snajperem – możemy strzelić dokładnie w tę osobę, w którą chcemy i wiemy o niej wszystko m.in. co robi, kogo zna, czym się interesuje i jakie podejmuje aktywności. Niestety, większość marketingowców tego nie wykorzystuje.
Nadal jest wyścig po lajki?
Oczywiście, chociaż ciągle tłumaczę, że 100 lajków można kupić za 3 zł… Przeglądając Allegro można wywnioskować, że masa firm robi to nagminnie. Te lajki w ogóle nie przekładają się na zaangażowanie w projekt, a nawet jak pojawiają się komentarze to i tak nie spowodują one biznesowego sukcesu. To, że ktoś nas polubi nie oznacza, że kupi nasz produkt. To takie przechwalanie się jak kto ma dłuższego.
Można dobrze zarobić w social mediach?
Jasne, że tak. Dużo zależy jednak, czy dana osoba ma predyspozycje i czy czuje klimat. Wiele osób myśli, że skoro ma konto na Facebooku i wie jak wstawić posta to już jest specjalistą w social mediach. To częściowo prawda, bo ma podstawy, ale nie ma pojęcia jak wygląda codzienność.
Przygotowywanie postów to długie miesiące żmudnej nudnej pracy jak się nie powtarzać i nauki specyficznej terminologii danej branży. Czasem pytania klientów bywają naprawdę trudne, a nie można non stop wypytywać zleceniodawcy.
Potrzeba m.in. zmysłu graficznego, orientowania się w pozycjonowaniu, ogarniania webmasteringu i reklamy. Trzeba to kochać – tylko wtedy da się wypłynąć i zarabiać świetną kasę. Jest wielu rzemieślników, którzy robią to dobrze, ale nie czują tego. Tort cały czas rośnie, a przy tym i budżety, więc zawsze jest okazja.
W Polsce chyba nie mieliśmy jeszcze za wielu spektakularnych kryzysów
Formalnie był jeden – NC+. To wypadkowa nieprzygotowania się platformy N i Cyfry+, które postanowiły się w 2013 roku połączyć w jednego dostawcę telewizyjnego. Mimo obietnic oferta nowego podmiotu okazała się mniej korzystna niż wcześniejsze pakiety dostępne u 2 operatorów. Dodatkowo słaby przepływ informacji i nieprzemyślane działania w ramach firmy doprowadziły do największego, jak do tej pory, ataku konsumentów na markę. Pod wpływem nacisków zarząd firmy ugiął się i zmienił ofertę i warunki przejścia ze starych na nowe umowy. Dodatkowo na firmę nałożono karę z UOKiK, a sama spółka tylko w pierwszym kwartale po połączeniu straciła 250 tys. klientów.
Kryzys jest problematyczny do zdefiniowania. Według jednej z wielu teorii, aby go tak nazwać, muszą pojawić się wzmianki w mainstreamowych mediach, strata wizerunkowa, finansowa, ale wystarczy 100 czy 1 mln zł? Mainstreamowym medium dla małej restauracji będzie lokalny dziennik…
A Otomoto?
Być może, ale ciągle nie mamy pojęcia, jakie są rzeczywiste straty. Nie wiemy też czy firmy mierzą i analizują taki kryzys, a nawet jeśli to nigdy nie wychodzi to na jaw.
Czy Sokołów faktycznie miał mniejszą sprzedaż po tatarze? Przypomnijmy – Marka Sokołów wystosowała pozew do Piotra Ogińskiego, vlogera prowadzącego kanał Kocham Gotować. Przyczyną było zdanie, które sugerowało, że osoby jedzące tatara tej firmy będą świeciły w nocy – Piotrek doszedł do takiego wniosku po usmażeniu mięsa. Ponieważ sprawa dotyczyła naruszenia wizerunku, więc sąd nakazał usunięcie filmików. Internauci odczytali to jako cenzurę i rozpoczęli zmasowany atak krytykując firmę. Ostatecznie Piotrek przeprosił za swoje słowa, a Sokołów wycofał pozew.
Znam parę osób, które przestały kupować produkty tej firmy. Nawet ostatnio trafiłam na post pana, który napisał, że choć minęło 1.5 roku to nadal nie kupuje tatara.
Z perspektywy międzynarodowej przeprowadzono badanie i tylko co 10 firma nie odczuła żadnych skutków finansowych z kryzysu w social mediach.
Trzeba zadać sobie pytanie – a ile dobrego z tego można wyciągnąć? Kryzys to szansa i możemy ją wykorzystać np. pokazując swoją siłę i profesjonalizm.
Dominos Pizza mieli potworny problem w USA, gdy ich pracownicy opublikowali filmik, na którym bawią się jedzeniem. Klienci się odwrócili, firma na początku słabo sobie radziła, ale potem został wprowadzony w kuchniach monitoring, zatrudniono odpowiedzialne osoby, puszczono specjalną kampanię promocyjną i przede wszystkim zaczęto słuchać klienta. Z tej sytuacji wyszli obronną ręką.
Jest pani czasem offline?
Tak, w tej chwili. Ale wiem, ze na mojej skrzynce pojawiły się 2 nowe maile.
Napisz do autorki: patrycja.marszalek@natemat.pl
