Rząd chce, by kredyty na pierwsze tanie czynszówki zostały udzielone jeszcze w tym roku.
Rząd chce, by kredyty na pierwsze tanie czynszówki zostały udzielone jeszcze w tym roku. Fot. Agata Grzybowska / Agencja Gazeta

Rząd o programie wspierania społecznego budownictwa czynszowego mówi od dawna, ostatnio prace nad nim jednak znacznie przyspieszyły. Właśnie przyjęto projekt nowelizacji ustawy o niektórych formach popierania budownictwa mieszkaniowego. To właśnie dzięki niej Polacy ze stosunkowo niską pensją mają zyskać dostęp do tańszych – od średniej ceny rynkowej nawet o połowę – mieszkań na wynajem.

REKLAMA
Projekt przyjęty we wtorek przez rząd ma reaktywować program działający w latach 1995-2009. Przy Banku Gospodarstwa Krajowego działał wówczas Krajowy Fundusz Mieszkaniowy. Za jego pośrednictwem z kolei rząd dopłacał do kredytów na lokale spółdzielcze i należące do tak zwanych TBS-ów (Towarzystw Budownictwa Społecznego). Te natomiast budowały mieszkania, w których czynsz był często sporo niższy od rynkowego.

Czym są TBS-y?

Towarzystwa budownictwa społecznego to podmioty, których celem jest (...) budowa mieszkań na wynajem o umiarkowanych czynszach dla osób o średnich dochodach, ze środków Krajowego Funduszu Mieszkaniowego. 

Platforma o tańszych czynszówkach mówiła od dawna, prezydent Bronisław Komorowski wspominał o tym już w 2013 r. jako o elemencie swojej polityki prorodzinnej. Dopiero niedawno jednak prace nad projektem nabrały tempa. Mówiło się nawet o tym, że ma on trafić do Sejmu przed majowymi wyborami prezydenckimi. I rzeczywiście projekt ustawy był gotowy. Prezydent obiecywał w kampanii, że w drugiej kadencji doprowadzi do powstania tanich mieszkań na wynajem dla młodych. Rząd Ewy Kopacz zwlekał jednak z przekazaniem propozycji zmian w ustawie pod obrady Sejmu.
– W poniedziałkowej "Wyborczej" zarzuciliśmy rządowi, że niepotrzebnie zwleka ze skierowaniem do Sejmu gotowego projektu ustawy w tej sprawie. Maleją bowiem szanse na jej uchwalenie jeszcze w tej kadencji. Jednak we wtorek rząd podjął decyzję, choć najwyraźniej nie miał tego w planach. Świadczy o tym porządek obrad, w którym nie było jej zapowiedzi – pisze Marek Wielgo w serwisie Wyborcza.biz.
Kto skorzysta?
Projekt, który ma reaktywować program sprzed lat nie jest pierwszym, jaki ma ulżyć mieszkaniowym bolączkom Polaków. Ale pierwszym, który ma szansę dać dostęp do mieszkań Polakom z niską pensją i zatrudnionym na tzw. śmieciówkach a przy okazji – z racji niższych czynszów – być może pozwoli odłożyć określoną kwotę na własny kąt.
I tak o wynajęcie taniej czynszówki będą mogli starać się ci, których dochód nie przekroczy określonego progu – w Warszawie osoba samotna nie może zarabiać więcej niż 3,9 tys. złotych brutto ale w przypadku rodziny trzyosobowej kryterium to wzrasta do ok. 5,7 tys. złotych brutto.
Zgodnie z zapisami ustawy, czynszówek nigdy nie będzie można wykupić a lokatorzy co dwa lata będą musieli poddawać swoje zarobki weryfikacji.
Czynsz w mieszkaniach, które powstaną dzięki takim kredytom, nie będzie mógł przekroczyć 5 proc. wartości odtworzeniowej lokalu. Wedle tych ustaleń wynajęcie mieszkania w stolicy kosztowałoby nas 25 złotych za każdy metr kwadratowy - przykładowo 1000 złotych za 40-metrowe lokum.
Po 2009 r. funkcjonowały w Polsce programy dopłat do kredytów dla młodych. Mowa o „Rodzinie na swoim”, która w kolejnych latach przekształciła się w „Mieszkanie dla młodych”. Celem tego ostatniego, działającego od stycznia 2014 r. programu, jest pomoc finansowa dla osób kupujących swoje pierwsze w życiu lokum. Dopłaty do mieszkań kierowane są do osób, które nie ukończyły jeszcze 35. roku życia i nie posiadały do tej pory własnego lokalu mieszkalnego. Tyle tylko, że młodzi Polacy bardzo często zatrudniani są na rzeczonych śmieciówkach i – co za tym idzie – dostępu do kredytów nie mają żadnego.
Kolejny problem pojawił się, gdy zlikwidowano kredyty pokrywające 100 proc. wartości kupowanej nieruchomości. Początkowo trzeba było mieć 5 proc. wkładu własnego, ale z wprowadzono obowiązek finansowania 10 proc. wartości nieruchomości.
I tak na przykład – jeśli przyjmiemy, że średnia cena za metr kwadratowy mieszkania w Warszawie wynosi 8 tys. złotych to za 50-metrowe zapłacić trzeba 400 tys. złotych. By dostać kredyt na kupno takiego lokum musimy w banku udowodnić, że dysponujemy kwotą 40 tys. wkładu własnego. Bank wówczas udzieli nam pożyczki – pozostałych 360 tysięcy. 
Ci, którzy wymagany wkład zgromadzą, na zmianach na pewno zyskają. M.in. niższą o 10 proc. (w porównaniu do kredytów udzielanych na 100 proc. wartości nieruchomości) ratę i mniejsze koszty kredytu. Jednak pytanie, skąd średnio zamożny Polak ma wziąć kilkadziesiąt tysięcy złotych pozostaje otwarte. Eksperci przekonują: oszczędzać. Ale jak?
– Ludzie chcą żyć na określonym poziomie, a rzadko kto ma tyle dobrą pracę, żeby radzić sobie bez chwilówek, kart kredytowych czy debetów – mówił niedawno w rozmowie z naTemat Andrzej Sadowski, ekonomista z Centrum im. Adama Smitha. I dodaje: – Ciągle jesteśmy narodem na dorobku.
Badanie Instrum Justitia

22 proc. Polaków ma problem z regularnym płaceniem należności a aż 19 proc. po uregulowaniu wszystkich swoich rachunków nie ma pieniędzy na codzienne życie. Czytaj więcej

Kwestie mieszkaniowe są problemem zwłaszcza w dużych miastach, gdzie miesięczny koszt wynajmu lokum jest często zbliżony do wysokości raty, jaką płacilibyśmy za kredyt wzięty na lokal o podobnym metrażu i standardzie.
Ratunkiem – zdaniem Bogusława Melucha ze Związku Banków Polskich – mogą okazać się tutaj właśnie rządowe inwestycje w rozwój powołanych do życia w połowie lat 90. towarzystw budownictwa społecznego.
Chodzi przede wszystkim o to, by ci, których w danym momencie na kredyt nie stać, mogli wynająć lokum w TBS-ach po cenach dużo korzystniejszych niż rynkowe i tym samym łatwiej zaoszczędzić pieniądze na kupno wybranej nieruchomości. Zwłaszcza, że dostęp do kredytów w kolejnych latach będzie stawał się coraz trudniejszy. Zgodnie z zaleceniem KNF w 2016 roku wymagany wkład własny wzrośnie do 15 proc. a w 2017 roku aż do 20 proc. 
Ratunek dla młodych czy dla PO?
Ostatni pomysł rządu ma przysłużyć się zwłaszcza osobom, których zarobki zamykają się w przedziale 1,6 – 2,8 tys. złotych na rękę. Mowa o tych, którzy zarabiają zbyt dużo, by dostać mieszkanie od gminy a zbyt mało, by mieć choćby cień szansy na kredyt mieszkaniowy.
Rząd ma nadzieję, że o kredyt preferencyjny pozwalający na budowę czynszówek TBS-y i spółdzielnie będą mogły starać się już w tym roku. Pożyczka ma być oprocentowana na niespełna 1,7 proc. Bank doliczy jeszcze jeden punkt procentowy marży, ale tę opłaci budżet państwa właśnie za pośrednictwem Funduszu Dopłat.
Polacy, którzy do tej pory mieli mieszkaniowy problem zacierają ręce, choć trudno im oprzeć się wrażeniu, że PO podejmując w końcu działanie w tej sprawie stara się ni mniej ni więcej jak o pozyskanie przychylności mniej zamożnego elektoratu w jesiennych wyborach parlamentarnych.
– Z pewnymi rzeczami jest tak, że mają swój czas i miejsce – mówi 29-letni Olek Szczęsny. - I te czynszówki to chyba jest właśnie taka rzecz.
– Nie podoba ci się ten pomysł? - pytam.
– Podoba, owszem, chciałbym na nim skorzystać. Wiesz, chodzi mi bardziej o to, że to dawno już powinno zostać uchwalone. Zwlekano z tym, bo są rzeczy ważniejsze od młodych, wiadomo. A teraz nagle Platforma idzie nam na rękę. Gdyby ten projekt zatwierdzono wcześniej, zwyczajnie nie byłoby niesmaku. A tak nie mogę oprzeć się wrażeniu, że zajęto się tym niejako pod publiczkę.
Ania Gąsowska, 31-letnia samodzielna mama, zarabiająca 2,7 tys. złotych na rękę I mieszkająca w stolicy, ma dla pomysłu dużo więcej entuzjazmu. – Wiesz, na kredyt nie mam zdolności, choć pieniądze mam – wyjaśnia mi. – Poza pensją mam jeszcze całkiem spore alimenty, dzięki temu ratę 1200-1300 zł spokojnie mogłabym płacić. Ale nikt alimentów do zdolności kredytowej nie liczy, więc muszę wynajmować za jeszcze większą stawkę. I dodaje: – Teraz może chociaż coś zaoszczędzę na czarną godzinę.

napisz do autorki: malgorzata.golota@natemat.pl