W wesołych miasteczkach wcale nie jest wesoło: rdzewiejące karuzele i rollercoastery bez nadzoru

Wesołe miasteczko w Szczecinie.
Wesołe miasteczko w Szczecinie. Fot. Cezary Aszkiełowicz / Agencja Gazeta
Wesołe miasteczka w Polsce nie przypominają lunaparków z Zachodu. Bywa, że ta sama karuzela chodzi już od pół wieku. Jeśli wesołe miasteczko jednak inwestuje w nowy sprzęt, to i tak zazwyczaj jest z odzysku. Ale najgorsze w tym wszystkim jest to, że część karuzel nie podlega niemal żadnej kontroli. Takim przykładem są rollercoastery - rozwijające ogromne prędkości i osiągające dużą wysokość urządzenia, na widok których żadne dziecko nie przejdzie obojętnie.

Wesoły skansen
W Polsce istnieje kilkanaście stacjonarnych lunaparków. Reszta to w znakomitej większości obwoźne wesołe miasteczka, które raz do roku, kiedy robi się ciepło, wyruszają w trasę. Najczęściej można je spotkać na obrzeżach wielkich miast, ale jeszcze częściej zaglądają do mniejszych miejscowości, gdzie z braku innej rozrywki, często cieszą się sporym powodzeniem. Większość obwoźnych lunaparków należy do zagranicznych właścicieli, szczególnie wiele wesołych miasteczek przyjeżdża do nas z Czech.

Szacuje się, że Polskę w sezonie letnim może przemierzać nawet do kilkuset karawan z karuzelami. W październiku kończy się sezon - właściciele lunaparków zamykają interes na parę miesięcy. W tym czasie kupują sprzęt, przeprowadzają jego konserwację i przygotowują się do następnego tournee. Tak powinno być. Ale w praktyce czasami rozmija się to z rzeczywistością.
– Daleko nam do Parków Rozrywki, które można spotkać w innych europejskich miastach. U nas wszystko wygląda jak prowizorka. Tak właściwie nie można ich nawet nazwać Parkami Rozrywki. To, co najwyżej właśnie wesołe miasteczka. Mamy jeszcze bardzo dużo do nadrobienia, przed nami daleka droga do tego, żeby stworzyć ofertę, która będzie mogła konkurować z zagranicznymi propozycjami – mówi naTemat Ewa Sierpińska z portalu Parkmania.pl.

Karuzela, że aż strach
Inwestowanie w nowe karuzele to spore obciążenie dla właścicieli wesołych miasteczek. Najdroższy rollercoaster w Europie pochłonął 25 mln euro. W Polsce nikt nie inwestuje tak niebotycznych pieniędzy w rozwój infrastruktury lunaparku. Ceny najtańszego sprzętu zaczynają się od kilkuset euro wzwyż, ale u nas ciężko o karuzelę-nówkę. Zazwyczaj Parki Rozrywki zaciskają pasa, gdzie się da, a sprzętu szukają na rynku wtórnym. Większość z karuzel, na które wsiadamy pochodzi prosto z lunaparkowego second handu.


Część urządzeń w wesołych miasteczkach podlega kontroli Urzędu Dozoru Technicznego. Jeśli karuzela jest sprawna technicznie, właściciel dostaje od UDT specjalną zieloną naklejkę w kształcie sześciokąta i certyfikat. Mimo tego że właściciele wesołych miasteczek mają obowiązek stawić się na oględziny sprzętu, to często po prostu tego nie robią, co naraża na szwank życie i zdrowie gości lunaparku.

Niektóre atrakcje w wesołych miasteczkach działają pół wieku. Urzędnicy z Dozoru Technicznego policzyli, że w ich bazie znajduje się jedynie 580 karuzel - tylko tyle wydano pozytywnych opini, co każe się zastanowić, jak wygląda stan techniczny reszty sprzętów, które jeżdżą po kraju.
Co gorsza, niektóre z karuzel nie są w ogóle objęte dozorem technicznym, co oznacza, że za ich kondycje odpowiada jedynie właściciel. W tej grupie są niezwykle popularne rollercoastery i boostery.
Natalia Rostowska, rzecznik prasowy Urzędu Dozoru Technicznego

Dozorowi technicznemu podlegają rodzaje urządzeń technicznych, które są wymienione w rozporządzeniu Rady Ministrów z 2012 roku. (..)W rozporządzeniu wymienione są przenośniki kabinowe i krzesełkowe o ruchu obrotowym, przeznaczone do celów rekreacyjno-rozrywkowym. Tzw. rollercoastery nie zaliczają się do tej grupy urządzeń, ponieważ nie mamy tu do czynienia z ruchem obrotowym.

Wsiąść do tej kolejki, czy dać jej odjechać?
Dzisiaj frekwencja w wesołych miasteczkach jest znacznie niższa niż jeszcze jakieś dziesięć lat temu. Powodów można się tylko domyślać, ale na pewno wygląd wielkich starych maszyn nie wzbudza zaufania. – Nigdy nie puszczę dziecka do takiego wesołego miasteczka. Możemy co najwyżej tam wejść po watę cukrową. Te karuzele wyglądają tak, jakby miały się zaraz rozlecieć – mówi Anna Zborek z Warszawy, matka 3-letniego Ignasia.

Takie wypadki wynikające z drobnych usterek, czasem będących konsekwencją zaniedbań, zdarzają się co roku. Nie ma ich dużo. Zazwyczaj zaledwie kilka - a to się gdzieś urwie linka zabezpieczająca, a to niespodziewana awaria coś zablokuje - taka akurat sytuacja spotkała w zeszłym miesiącu pasażerów karuzeli typu młot w Śląskim Wesołym Miasteczku. 20 osób przez ponad godzinę czekało na pomoc. Na szczęście nikt nie odniósł tam poważniejszego uszczerbku na zdrowiu.

Z danych UDT wynika, że w latach 2003-20015 doszło do 14 podobnych wypadków z udziałem 41 osób. Powodem zazwyczaj był błąd w obsłudze urządzenia, albo wykorzystywanie go w sposób niezgodny z zaleceniami producenta.
Nie wszyscy są jednak takiego zdania. Marcin Zawada, redaktor magazynu Interplay, który zajmuje się branżą rozrywkową i parkami rozrywki twierdzi, że obawy są mocno na wyrost, a wypadki należą w lunaparkach do rzadkości. – To pojedyncze przypadki. Czasem sprzęt rzeczywiście trąci myszką, ale odpowiednia pielęgnacja wyklucza ryzyko wypadku. Trzeba pamiętać o tym, że właścicielom wesołych miasteczek nie zależy na złej famie, a usterki sprzętu i wypadki kładą się cieniem na reputacji takiego miejsca – mówi.
Ta fotografia pochodzi sprzed ponad 50 lat, ale równie dobrze mogłaby powstać dzisiaj. W wesołych miasteczkach zmieniło się niewiele, a Polska nie doczekała się Parku Rozrywki z prawdziwego zdarzenia. Lunaparki to żywe skanseny, gdzie owszem, można się przejechać na diabelskim młynie, ale o dobrej czy wesołej zabawie w wesołym miasteczku raczej nie ma mowy. A na dodatek, gdzieś po drodze możemy utknąć zwisając nogami wysoko nad ziemią, a w najlepszym wypadku zastanawiać się, czy zaraz tak się nie stanie.

dominika.majewska@natemat.pl

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...
[b] "Jak sąd kapturowy". [/b] Poseł i prawnik PO zdradzają, jak zapadła decyzja w sprawie kłamstwa premiera
WYWIAD

"Jak sąd kapturowy". Poseł i prawnik PO zdradzają, jak zapadła decyzja w sprawie kłamstwa premiera

Roman GiertychRoman Giertych

Oj, ciężko doradzić coś dobrego. Oj, ciężko. Ale trudno coś wymyślimy. A gdyby tak powiedzieć, że z Trumpem bawiliście się, kto pierwszy podpisze? Pan mu powiedział, że jest Pan mistrzem szybkiego podpisu, a on nie chciał dać wiary.

[b]Zapytali Szczerskiego, dlaczego Duda stał. [/b] "Zdjęcie miało pokazywać dynamikę"

Zapytali Szczerskiego, dlaczego Duda stał. "Zdjęcie miało pokazywać dynamikę"