Magazyn Biura Rzeczy Znalezionych w Warszawie.
Magazyn Biura Rzeczy Znalezionych w Warszawie. Fot. Dominika Majewska

Kilkadziesiąt parasolek, para dziecięcych kaloszy, skuter-nówka, walizki, maskotki – rzeczy, które kiedyś ktoś zgubił, a ktoś inny z uczciwości zaniósł do Biura Rzeczy Znalezionych. Na swoich właścicieli czeka nieprzebrana liczba przedmiotów składowanych w magazynach. Kiedy wchodzi się do jednego z nich, mimowolnie przychodzą na myśl te, które sami zapodzialiśmy.

REKLAMA
Gdzie jest mój telefon?
W Warszawie na ul. Dzielnej, gdzie mieści się Biuro Rzeczy Znalezionych przez ostatnie pięć lat uzbierało się 20 tys. różnych przedmiotów. Prawie każdego dnia przybywa parę nowych znalezisk, ale nie każde jest przyjmowane przez pracowników. W myśl nowej ustawy, która właśnie weszła w życie, z kwitkiem odejdą ci, którzy przyniosą przedmioty warte mniej niż 100 zł. – Dzisiaj zgłosiło się do nas już 50 osób z plikiem różnych dokumentów. Większość z nich odesłaliśmy – przyznaje Beata Kamińska, koordynator i główny specjalista w biurze.
Co innego telefon, tych jest tutaj w bród. To zresztą jak się okazuje najczęściej gubiony dzisiaj przedmiot. Od początku roku w warszawski biurze uzbierało ich się już 200. Wśród znalezionych telefonów najwięcej jest tych na czasie – iPhone'ów.
logo
Do Biura Rzeczy Znalezionych trafia najwięcej telefonów. Fot.Dominika Majewska
Zaraz na drugim miejscu najczęściej gubionych przedmiotów znalazły się rowery. Tylko w zeszłym tygodniu trafiło ich tutaj osiem, a to, jak mówią pracownicy, dopiero początek sezonu i można być pewnym, że przez parę najbliższych miesięcy w przechowalni rowerów zrobi się ciasno. – Bywa że trafiają do nas zupełnie nowe rowery. Tak było właśnie ostatnio, kiedy ktoś przyprowadził do nas jednoślad wyglądający, jakby dopiero co wyjechał ze sklepu – mówi Kamińska.
logo
Rowery to jedne z częściej gubionych przedmiotów. Fot. Dominika Majewska
Jeden przedmiot – jedna historia
– Każdy przedmiot, który do nas trafia ma swoją historię. My tej historii nie znamy, dopóki ktoś do nas nie przyjdzie i nam jej nie opowie. Często są to sentymentalne, zaskakujące albo zabawne opowieści – mówi koordynatorka biura. Tak jak ta z zawodowym kierowcą, który zgłosił się po zaginione dokumenty, a oprócz nich dostał swoje prawo jazdy. – Dopiero u nas zorientował się, że go nie ma. To dobrze, znaczy, że dobrze jeździ i żadne kontrole go nie łapią – mówi z uśmiechem Kamińska.
Bywa też wzruszająco. Jakiś czas temu do Biura Rzeczy Znalezionych ktoś odniósł telefon. Pracownicy biura odnaleźli właścicielkę dzięki wielkiemu serduszku z MMS-a i czułej wiadomości od męża. To właśnie serducho na komórce doprowadziło pracowników do prawowitej właścicielki telefonu.
logo
Biuro Rzeczy Znalezionych przy ul Dzielnej w Warszawie. Fot. Dominika Majewska
Niektóre przedmioty mają szczególne znacznie. Tak jak w przypadku telefonu pewnego mężczyzny, dla którego niewielki aparat stanowił całe biuro. Jego zgubienie komplikowało prowadzenie biznesu – miał na nim dosłownie wszystko. A na dodatek, żona nie dawała mu żyć i przez ładnych parę miesięcy musiał wysłuchiwać niewybrednych docinków i awantur. – Kiedy go odbierał, jego radości nie było końca. Zabawił u nas dłuższą chwilę i wymyślał sposób, jak tu zagrać teraz na nosie żonie, która nie dawała mu przez tak długi czas żyć za zgubienie komórki – opowiada główna specjalistka biura.
Biuro Rzeczy Znalezionych na tropie właściciela
Pracownicy biura często muszą przywdziewać maskę prawdziwego detektywa. Mają ustawowy obowiązek poszukiwania właściciela znalezionego przedmiotu. Dlatego każda zguba jest oglądana dokładnie ze wszystkich możliwych stron, w końcu każda poszlaka może okazać się kluczem do rozwikłania zagadki i odnalezienia osoby, do której należy zgubiona rzecz.
– Najwięcej szans na znalezienie jakiegoś śladu kryje się w zakamarkach. Wystarczy jakiś z pozoru błahy szczegół czy niepozorny świstek, np. z reklamacją. To już jest coś, co przybliża nas do właściciela – tłumaczy Beata Kamińska.
Jeśli nie uda się namierzyć właściciela, nic straconego. Wtedy znalazca może stać się jego nowym właścicielem. Pod warunkiem, że uzbroi się w cierpliwość – zgubiony przedmiot czeka na właściciela przez dwa lata. Dopiero po upływie tego czasu, może znaleźć nowy dom. W przeciwnym wypadku, staje się własnością Skarbu Państwa.
logo
W biurze jest m.in. pokaźna kolekcja zgubionych parasolek. Fot. Dominika Majewska
Dziwy nad dziwami
O tym, że zgubić można dosłownie wszystko, nikogo chyba przekonywać nie trzeba. A szczególnie pracownika Biura Rzeczy Znalezionych. – Najdziwniejsze? – zastanawia się Kamińska. – Trudno powiedzieć, mamy np. aparat na zęby, to może się wydać dosyć nietypowe. Często mamy do czynienia z tajemniczymi pudełkami i dopóki nie wstukamy w komputer, co to jest, nie sposób odgadnąć zawartości. Mamy też np. skuter, który na liczniku ma jedynie 68 km. Te przedmioty czekają ciągle na swoich właścicieli.
– Dla mnie z kolei dziwne wydaje się to, że ktoś zostawia na mieście wózek dziecięcy albo balkonik, taki jaki zabierają ze sobą osoby starsze. Nie mogę pojąć, że takie rzeczy można zostawić, a przecież mamy ich tu całkiem sporo. Ja sama nie gubię rzeczy – dodaje Anna Lewińska, pracownik biura.
Kiedy widzi się nieprzebrane stosy piętrzących się przedmiotów, które straciły właścicieli, robi się jakoś smutno. To trochę jak wizyta na cmentarzysku rzeczy. Przecież przywiązujemy się do niektórych niezwykle mocno, a zguba potrafi zaboleć. Szczególnie, jeśli przedmiot jest cenny nie tyle ze względu na cenę, ale na wspomnienia z nim związane.

Napisz do autora: dominika.majewska@natemat.pl