
Opera Królewska w Londynie przeżywa prawdziwe trzęsienie ziemi. Skandal wywołała scena zbiorowego gwałtu. Publiczność Royal Opera House zawrzała, kiedy na scenie pojawiła się naga aktorka, a wokół niej zgromadził się szpaler wojskowych odgrywających seksualną napaść. Miłośnicy opery nie chcą oglądać drastycznych scen, ale przecież sztuka to nie tylko przeżywanie estetycznych, miłych dla oka scen. Tym bardziej, że publiczność też "ładnie" się nie zachowała. W operze rozległy się gwizdy i buczenie.
REKLAMA
Co wolno na scenie, a czego nie?
Zamieszanie, które narosło wokół opery "Wilhelm Tell" Gioacchina Rossiniego – czteroaktówki o przygodach szwajcarskiego bohatera narodowego z XIV wieku, zmusiło dyrekcję cenionej Opery Królewskiej do przeprosin. Włoski reżyser sztuki Damiano Michieletto z Szwajcarii przeniósł akcję opery na objęte wojną Bałkany. To akurat nie przeszkadzało publiczności. Wszystko było w porządku, goście londyńskiej opery nie mieli zastrzeżeń. Do czasu.
Zamieszanie, które narosło wokół opery "Wilhelm Tell" Gioacchina Rossiniego – czteroaktówki o przygodach szwajcarskiego bohatera narodowego z XIV wieku, zmusiło dyrekcję cenionej Opery Królewskiej do przeprosin. Włoski reżyser sztuki Damiano Michieletto z Szwajcarii przeniósł akcję opery na objęte wojną Bałkany. To akurat nie przeszkadzało publiczności. Wszystko było w porządku, goście londyńskiej opery nie mieli zastrzeżeń. Do czasu.
Kiedy w trakcie trzeciego aktu została pokazana scena brutalnego gwałtu żołnierzy na nagiej kobiecie, widzowie w eleganckich ciuchach zaczęli przypominać zgrupowanie stadionowych chuliganów, którym nie spodobała się decyzja sędziego. To pierwszy taki przypadek w historii londyńskiej opery - nigdy wcześniej widzowie nie buczeli w trakcie przedstawienia.
Kasper Holten, dyrektor Royal Opera House ugiął się pod naporem ostrej krytyki i przeprosił wszystkich za to, że poczuli się urażeni. – Ta opera zwraca uwagę na ważny problem – na brutalną rzeczywistość kobiet podczas wojny i seksualne napaści, których wówczas doświadczają – mówił, tłumacząc się w brytyjskich mediach. Podkreślił jednocześnie, że reżyser nie usunie drażliwej sceny, ale publiczność przed spektaklem będzie informowana o tym, że na scenie pojawią się brutalne sceny.
Kto ma rację: zachowawcza publiczność czy odważna dyrekcja?
Rozwiązanie, jakie zaproponowała dyrekcja w obliczu obyczajowego skandalu, wydaje się rozsądnym wyjściem. Zdegustowana publiczność i krytycy nieprzychylni eksperymentom na scenie mają swoje racje, z którymi ciężko polemizować. Parę lat temu, kiedy w Teatrze Wielkim w Warszawie otworzono klub Opera, wielu miłośników teatru nie kryło oburzenia. Wśród nich był m.in. Bogusław Kaczyński, teoretyk muzyki, wielki znawca i popularyzator opery. – To bezczeszczenie opery i kultury narodowej. Opera Narodowa to świątynia sztuki, a robienie ekscesów godzi w sens istnienia finansowania państwowego. To może w ogóle zlikwidujmy Teatr Wielki? – pytał zirytowany.
Rozwiązanie, jakie zaproponowała dyrekcja w obliczu obyczajowego skandalu, wydaje się rozsądnym wyjściem. Zdegustowana publiczność i krytycy nieprzychylni eksperymentom na scenie mają swoje racje, z którymi ciężko polemizować. Parę lat temu, kiedy w Teatrze Wielkim w Warszawie otworzono klub Opera, wielu miłośników teatru nie kryło oburzenia. Wśród nich był m.in. Bogusław Kaczyński, teoretyk muzyki, wielki znawca i popularyzator opery. – To bezczeszczenie opery i kultury narodowej. Opera Narodowa to świątynia sztuki, a robienie ekscesów godzi w sens istnienia finansowania państwowego. To może w ogóle zlikwidujmy Teatr Wielki? – pytał zirytowany.
Sprawy są tylko pozornie różne. Przecież zarówno w Londynie, jak i w Warszawie pokaźna część publiczności i miłośników opery po prostu nie chce wietrzyć szacownych korytarzy instytucji, a wszelkie nowinki są przyjmuje z dezaprobatą, albo, jak w przypadku londyńskiej Royal Opery, spotykają się z nieobyczajną reakcją publiczności.
Sztuka przekroczyła już tyle granic, że nie wiem czemu, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że kawałek gołego ciała i imitacja sceny gwałtu, nikogo nie powinny już dzisiaj dziwić. Nagie aktorki i aktorzy, odważne sceny na deskach teatru – to wszystko zdążyło się już chyba niektórym nawet przejeść, a biegające po scenie golasy wywołują tylko obojętne wzruszenie ramion albo politowanie dla reżysera, który w ten sposób postanowił zyskać rozgłos i zapełnić krzesełka wokół sceny.
Z jednej strony dobrze wiedzieć, że publiczność potrafi i chce walczyć o swoją wizję opery – nawet jeśli widzianej jako miejsce, gdzie tryumf święci konwencjonalne podejście, i w której nie ma miejsca na sceny wywołujące dyskomfort. Z drugiej strony, skoro wyjście do opery jest w założeniu rodzajem święta, mniej odświętne maniery w postaci gwizdów i donośnego buczenia, powinny chyba zostać w domu.
Napisz do autora: dominika.majewska@natemat.pl
