
Najpierw Kaczyński, potem Tusk, teraz Kopacz. Politycy stający w wyborcze szranki wyjątkowo chętnie przywołują temat sieci Biedronka. Bywa, że wolą narazić się na zarzut “promocji obcych interesów”, niż zrezygnować z deklaracji lojalności wobec dyskontów. Oto, jak Biedronka staje się najbardziej upolitycznionym sklepem w Polsce.
Reklama premium Premier Kopacz już podróżując pociągami po Polsce pokazała, że chce “bratać się z ludem”. Właśnie zrobiła kolejny krok w tym kierunku. Komentując w TVP Info propozycję PiS, które chce dodatkowo opodatkować duże sieci handlowe, zauważyła, że stracą na tym polscy rolnicy sprzedający swoje warzywa w Biedronce.
– Przyzna pan sam, że warzywa w Biedronce są super. Mieszkam obok Biedronki i rzeczywiście są super – powiedziała do dziennikarza, deklarując się jako klientka dyskontu. Ten był zaskoczony. – Pani premier, to już w ostrą promocję idziemy. Szukajmy innych argumentów – odpowiedział.
Rzeczywiście, słowa szefowej rządu zdumiewają. Kopacz mogła przecież powiedzieć ogólnie, że kupuje w dyskontach, zamiast wymieniać nazwę jednego z nich, w dodatku portugalskiego właściciela. Faktem jest, że Biedronka kupuje od polskich rolników i płaci u nas niemałe podatki. Jednak – na co zwracają uwagę komentatorzy – deklaracja premier to darmowa reklama największej zagranicznej sieci handlowej.
Trudno nawet szacować, ile Biedronka musiałaby wydać, by premier dużego kraju w Europie zachwalał jej ofertę na antenie publicznej telewizji. A u nas dostała to za darmo, o czym polscy przedsiębiorcy mogą tylko pomarzyć.
My, naród z Biedronki "Przypadek? Nie sądzę" – chciałoby się powiedzieć. Wypowiedź Kopacz, mimo że w oczywisty sposób wywołująca kontrowersje, wygląda na zaplanowany ruch marketingowców Platformy. Idealnie wpisuje się we wspomnianą strategię "wychodzenia do ludzi". Można się tylko zastanawiać, na jak okazałą korzyść liczy premier, skoro używając argumentu Biedronki świadomie naraża się na krytykę...
Odpowiedź tkwi w społecznym odbiorze popularnego dyskontu. Biedronka jest "dla wszystkich", a wyobrażenie o grupie jej przeciętnych klientów odpowiada temu, co Kopacz rozumie pod pojęciem "lud". – Mimo że należy do Portugalczyków, jest postrzegana jako polski sklep. W ostatnich latach jest traktowana wręcz jak dobro narodowe. W dyskontach zakupy robi 3/4 Polaków, a ci z Biedronki mają twarze ludzi ciężko pracujących, średnio lub gorzej sytuowanych. Można postawić tezę, że to większość wyborców – komentuje dla naTemat prof. Zbigniew Nęcki, psycholog społeczny z Uniwersytetu Jagiellońskiego.
Kopacz słowami o Biedronce pokazała więc, że nie jest oderwanym od rzeczywistości politykiem spod znaku ośmiorniczek i drogiego wina (atrybuty afery taśmowej w PO). Raczej "jedną z nas", "sąsiadką", która idzie na zakupy do Biedronki, bo tam taniej.
– Z punktu widzenia etyk,i promocja zagranicznej sieci jest kontrowersyjna. Ale w czysto wyborczych i politycznych kategoriach to dość zrozumiały ruch. Korzyści z niego płynące będą większe niż straty – przekonuje prof. Nęcki. Dodaje, że grono krytyków Kopacz jest jednak mniej liczne niż grono klientów Biedronki, którym może spodobać się "ludzka twarz" premier.
Daleko od Almy Nie pierwszy to raz, kiedy zwyczaje zakupowe polityków grają rolę w kampanii wyborczej, a Biedronka trafia na pierwszy plan dyskusji. Podobną sytuację mieliśmy chociażby w kampanii wyborczej z 2011 roku. Wtedy burzę wywołały słowa prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego, którzy przy okazji pokazowych zakupów w osiedlowym sklepie powiedział, że "Biedronka to jest jednak sklep dla najbiedniejszych". Oburzenie, z jakim się spotkały, dobrze pokazuje, czym jest w Polsce portugalski dyskont.
"Prezes obraził nas wszystkich' – mówiła w TVN 24 emerytka, klientka Biedronki. "Gazeta Wyborcza" pisała, że w sklepie w Bielsku-Białej po wypowiedzi prezesa otworzono więcej kas. Można było odnieść wrażenie, że utworzył się front, gdzie po jednej stronie był oderwany od rzeczywistości "prostych ludzi" polityk, a po drugiej "naród, który kupuje w Biedronce".
Na takim podziale korzystali inni politycy. Ówczesny premier Donald Tusk od razu pospieszył z deklaracją, że zakupy w Biedronce robią jego znajomi i rodzina. – Nie są szczególnie bogaci, ale też nie cierpią jakiejś szczególnej biedy, więc muszę sprostować te fałszywe pogłoski dotyczące tej sieci – mówił.
Z taką formą bratania się z ludem trzeba jednak uważać. Wiadomo, że deklaracja klienta dyskontu jest na pokaz, a łatwo tutaj o dekonspirację fałszu. Tak było z Tuskiem – tabloidy przyłapały potem jego córkę na zakupach w Almie, sklepie kojarzonym z bardziej zamożnymi klientami, a zatem dość "niewygodnym wyborczo".
Jeśli więc Kopacz ma skorzystać na Biedronce, nie może wyłożyć się np. na pytaniu o cenę pomidorów w dyskoncie. Promocję ulubionego sklepu Polacy wybaczą, ściemę i pozowanie na zwykłego człowieka – niekoniecznie.
Napisz do autora: michal.gasior@natemat.pl
