Bar w Mikoszewie
Bar w Mikoszewie Fot. Kamil Gozdan / Agencja Gazeta

Czy czeka nas sanitarna katastrofa? Nawet połowa książeczek sanitarnych potrzebnych do pracy w gastronomii, przedszkolach czy zakładach fryzjerskich jest podrobiona. W internecie aż roi się od ogłoszeń "specjalistów medycyny pracy", którzy w ciągu godziny są w stanie przygotować fałszywy dokument.

REKLAMA
Pozwalają tym samym na ominięcie długotrwałych (około dwa tygodnie) i kosztownych (ok. 200 złotych) badań. Po otrzymaniu wyników konieczna jest jeszcze wizyta u lekarza specjalisty, który wydaje zgodę na pracę w punktach gastronomicznych, zakładach fryzjerskich czy przedszkolach. W "Rzeczpospolitej" dr Jolanta Szych z Zakładu Bakteriologii Państwowego Zakładu Higieny wyjaśnia dlaczego wykonanie badań jest tak ważne.

Gdy osoba jest nosicielem pałeczek salmonelli i nie będzie przestrzegała zasad higieny, może przenosić bakterie na przygotowywaną żywność. Gdy będzie ona przechowywana przez jakiś czas w temperaturze pokojowej, bakterie mogą się rozmnożyć i wywołać zatrucie pokarmowe u ludzi, którzy je zjedzą. Najbardziej narażoną grupą są dzieci i ludzie z obniżoną odpornością, np. osoby starsze.

Źródło: Rzeczpospolita

Kupić książeczkę jest naprawdę łatwo. W internecie nie trzeba długo szukać ofert tego typu. Kilka minut klikania, kilka maili i telefonów, umówione spotkanie i po sprawie. Koszt to kilkadziesiąt złotych. Od tych mniejszych "dziesięciu", do tych "większych".
Najgorsze jest, że procederem nie chce się zająć policja, która z reguły nie spieszy się z wyjaśnianiem fałszerstw książeczek. Zapału brakuje też prokuraturze, która sprawy z reguły umarza. Ofiarą tego padł na przykład cytowany przez "Rz" lekarz medycyny pracy, którego podrobionej pieczątki używają wytwórcy fałszywych książeczek. Jak relacjonuje już trzy lata temu zgłosił ten fakt policji, ale na razie sprawa nie ruszyła z miejsca. Także sanepid, choć wie o masowych fałszerstwach nie może wiele w tej sprawie zrobić.
Wiesław Rozbicki
Warszawska Stacja Sanitarno-Epidemiologiczna

Dopiero gdy w zakładzie pracy zdarzy się np. zakażenie salmonellą, szukamy przyczyny i sprawdzamy książeczki. Wówczas okazuje się, że są one z internetu. Prokuratura często umarza sprawy, a policja specjalnie się tym nie interesuje. To błędne koło. Nie ma odpowiednich sankcji (...)

Źródło: Rzeczpospolita

Więcej w dzisiejszej "Rzeczpospolitej"