
"Bo do tanga trzeba dwojga" - także w świecie sportu. Choć wydawało by się, że zawodnikom i działaczom zawsze powinno być po drodze, niejednokrotnie rzeczywistość bywa brutalna. Brutalna dla sportowców, którzy muszą zrezygnować z biało-czerwonych barw i reprezentować inny kraj. W innym wypadku nie mieliby szans na zrealizowanie swoich zawodowych marzeń. Na taki "akt desperacji" zdecydował się ostatnio kajakarz Andrzej Jezierski.
REKLAMA
32-letniemu zawodnikowi mogą ostatnio towarzyszyć mieszane uczucia. Z jeden strony, wywalczył on upragnioną przepustkę na igrzyskach w Londynie. Jednak by spełnić swoje marzenie dotyczące startu olimpijskiego, będzie musiał wystąpić w barwach Irlandii. - Liczyłem na start w polskiej reprezentacji, ale najwyraźniej nie wszystkim pasowała moja obecność i przeszkadzało to, że mieszkam na stałe zagranicą - tłumaczył Jezierski swoją decyzję.
Kajakarz siedem lat temu niespodziewanie postanowił zakończyć karierę. Choć jako młody chłopak dwukrotnie wywalczył tytuł mistrza świata w kajakarstwie, jego sukcesy nie przełożyły się na wsparcie ze strony związkowych działaczy. Coraz niższe stypendium zmusiło go do porzucenia nie tylko ukochanej dyscypliny, ale i kraju. Śladem innych Polaków, wyjechał na "zieloną wyspę" w celach zarobkowych.
- Nie znałem za bardzo języka angielskiego, więc zajmowałem się różnymi rzeczami. Pracowałem w sklepie, jeździłem samochodem ciężarowym. Przestałem uprawiać kajakarstwo - wspomina Jezierski w wywiadzie dla Sportowefakty.pl
Od tego czasu wiódł spokojne życie w Irlandii, nabył również tamtejsze obywatelstwo (odtąd miał podwójne). Dlaczego postanowił niedawno wrócić do sportowej rywalizacji? Wpływ na to miała po części decyzja Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego, który niespodziewanie postanowił włączyć do programu w Londynie wyścig kajakarski na 200 metrów. Traf chciał, że to ulubiony dystans Jezierskiego. Uradowany, wrócił do treningów. Przygotował się samodzielnie do wznowienia kariery i marzył o zawodach olimpijskich. Jako reprezentant Polski.
Jezierski - lekceważony
Na ubiegłorocznych mistrzostwach naszego kraju zajął drugie miejsce w "jedynkach" na dystansie 200 m. Gratulowano mu świetnego osiągnięcia, wszak przegrał jedynie z utytułowanym Pawłem Baraszkiewiczem. Jednak tego dobrego występu nikt z działaczy nie chciał zauważyć. Nie powołano go do kadry. Lekceważony zawodnik był bezsilny, odczuwał powszechną niechęć działaczy do jego osoby.
Wówczas pomocną dłoń w jego kierunku wyciągnęli przedstawiciele irlandzkiej federacji kajakowej. Zawodnik przyjął ich propozycję, nie miał za bardzo innego wyjścia. Czas naglił, zbliżały się europejskie zawody kwalifikacyjne w Poznaniu. W ramach tej imprezy zajął drugie miejsce i zapewnił się awans na igrzyska.
- Nie znam dokładnie tych wszystkich zawiłości, jakie zapanowały w relacjach Andrzeja i działaczy. Słyszałem jednak, że główny problemy polegał na tym, iż mieszka on za granicą. Trudno zrozumieć, dlaczego związek nie chciał z nim współpracować - przekonuje Piotr Siemionowski, kajakarz.
- Nie dziwie się jego decyzji. Mieszka przecież w Irlandii od kilku lat, chciał pojechać na igrzyska. Skoro nie było mu dane w barwach Polski, to musiał wybrać inne rozwiązanie. Na pewno to duża strata dla naszej dyscypliny - zauważa nasz mistrz świata.
W Londynie jednym z najgroźniejszych rywali Jezierskiego na 200 m będzie Baraszkiewicz. Jednak jeśli ten pierwszy stanie na najwyższym stopniu podium, to nie usłyszy już "Mazurka Dąbrowskiego. Z głośników zabrzmi wówczas irlandzka "Pieśń żołnierza".
Ligocka - zniechęcana
Podobny los co kajakarza spotkał niedawno także snowboardzistkę Paulinę Ligocką. Dwukrotna brązowa medalistka mistrzostw świata w half-pipe'ie postanowiła, że będzie reprezentować kadrę Niemiec. Jak sama podkreślała, był to swoisty "akt desperacji" z jej strony. Rozżalona zawodniczka swoją decyzję tłumaczyła faktem, iż nie potrafiła się dogadać z działaczami związkowymi. W pewnym momencie nie była nawet zgłaszana przez nich do Pucharu Świata.
- Nie ma wątpliwości, iż Paulina Ligocka niejako została zmuszona, by podjąć taką decyzję. Działacze naszego związku snowboardowego robią bowiem wiele, by skutecznie zniechęcić zawodników do startów. Myślę więc, że na wieść o tym, że Paulina wybrała Niemcy, wręcz się ucieszyli - twierdzi snowboardzistka i posłanka Jagna Marczułajtis.
Pomijana Ligocka zgłosiła się w końcu do niemieckiej federacji. W ten sposób będzie mogła w spokoju przygotowywać się do igrzysk w Soczi, które odbędą się za dwa lata. Choć jak sama podkreślała, zmiana barw narodowych, to "najtrudniejsza decyzja w moim życiu". Warto, przypomnieć, iż na igrzyskach w Turynie w 2006 roku Ligocka była chorążym polskiej ekipy podczas ceremonii otwarcia. Pochodzi z Gliwic i podobnie, jak wiele innych osób na Śląsku, ma podwójne obywatelstwo.
- Rozumiem ten krok Pauliny. Wybrała spokój i kraj, w którym ma realną szansę dobrego przygotowania się do igrzysk. Współpracując z polską federacją, byłoby to trudne do zrealizowania. Ja postanowiłam zrezygnować ze sportowej rywalizacji kilka lat temu. Ale gdybym jednak jeździła dalej i nie miała rodziny, to kto wie, może również zrezygnowałabym ze snowboardowej reprezentacji Polski - podkreśla Marczułajtis.
Podolski - bez propozycji
Wielu kibiców piłkarskich narzeka, że Franciszek Smuda powołuje do naszej kadry narodowej zawodników o podwójnym obywatelstwie. Niemców, Francuzów, którzy nie mieliby szansy na zaistnienie w swoim kraju - dla tego wybrali naszą drużynę. Często nie mówią oni dobrze po polsku, nie znają dobrze naszej tradycji. W przypadku Łukasza Podolskiego jest odwrotnie.
Podobnie jak Ligocka, ma on niemiecki paszport. Urodził się w Gliwicach, a do kraju naszych zachodnich sąsiadów wyjechał w 1987 roku. Mimo to dobrze mówi po polsku, utożsamia się z naszą kulturą i obyczajami. Kibicuje Górnikowi Zabrze, w którym zamierza podobno zakończyć karierę. Jednak nie reprezentuje polskiej, a niemiecką kadrę narodową.
Strata tym większa, iż jeszcze kilka lat temu podobno chciał występować w naszej drużynie. Jednak jak twierdzi sam zainteresowany, nikt nie złożył mu propozycji dołączenia do ekipy biało-czerwonych. Gdyby piłkarscy działacze wykazali się większą determinacją, to na Euro moglibyśmy mieć niezwykłe groźny duet napastników. Robert Lewandowski i Łukasz Podolski razem w ataku mogliby siać postrach w szeregach obronnych większości rywali.