Krzysztof Kamil Baczyński poległ z bronią w ręku 4 sierpnia 1944 roku.
Krzysztof Kamil Baczyński poległ z bronią w ręku 4 sierpnia 1944 roku. Wikimedia Commons

Niemiecki snajper celuje i strzela, 23-letni powstaniec nagle osuwa się na ziemię. Nie każdy wie, że to poeta, czołowy przedstawiciel tzw. pokolenia Kolumbów. Krzysztof Kamil Baczyński ginie 4 sierpnia 1944 roku na warszawskim Placu Teatralnym. Zawsze chciał walczyć w pierwszej linii.

REKLAMA
"Jan Bugaj", czyli konspiracyjny Baczyński, to dobro narodowe, więc trzeba go oszczędzać - wychodziło z założenia dowództwo Batalionu "Zośka". I właśnie dlatego próbowano młodemu, ale posiadającemu już spory dorobek literatowi, wyperswadować wojaczkę. Ale on szedł w zaparte.
Baczyński, warszawiak z krwi i kości, chciał przysłużyć się Polsce nie tylko piórem. Po upadku Polski w 1939 roku stopniowo dojrzewał do konspiracji. Uczęszczał na tajne komplety. Przysięgę w Szarych Szeregach złożył w lipcu 1943 roku. Służył jako dowódca sekcji w plutonie "Alek" kompanii "Rudy" słynnej "Zośki".
Baczyński nie tylko intensywnie się szkolił, ale też brał udział w akcjach bojowych. Podczas jednej z nich, przeprowadzonej w kwietniu 1944 roku, akowcy doprowadzili do wykolejenia pociągu, którym jechali Niemcy. Poeta nie krył, że to właśnie dywersja przeciw okupantom stanowi główny cel jego służby. Zupełnie inne zdanie mieli jego przełożeni. Byli i tacy, którzy już na samą informację o wstąpieniu Baczyńskiego do podziemnej armii, protestowali. – Cóż należymy do narodu, którego losem jest strzelać do wroga brylantami – miał powiedzieć znawca literatury Stanisław Pigoń.
Niebawem "Krzyś" srogo się zawiódł. Dwa miesiące przed wybuchem walk w okupowanej stolicy - już jako starszy strzelec podchorąży rezerwy piechoty - przebywał na szkoleniu pod Warszawą. Dowództwo nie było zadowolone z wartości bojowej poety. Słabego zdrowia, źle wyszkolony...
Zauważył to też Andrzej Romocki "Morro", bezpośredni przełożony Baczyńskiego. "Mała przydatność w warunkach polowych" - brzmiała opinia, dla poety niczym wyrok. Co prawda, od razu zaproponowano mu funkcję szefa prasowego kompanii, ale Baczyński wiedział, że chcą go odsunąć od walki. Związał się z batalionem "Parasol". Postawił na "swoim" - gdy 1 sierpnia 1944 roku na warszawskich ulicach padły strzały, poeta szykował się do walki.
Zginął już trzy dni później, broniąc Pałacu Blanka przy Placu Teatralnym. Około godziny 16 wprawne oko niemieckiego strzelca wyborowego (znajdował się najpewniej na gmachu Teatru Wielkiego) wypatrzyło "Krzysia" - jak mówili o nim kompani-harcerze. Poległ na miejscu. Po czterech tygodniach, 1 września, nie żyła też żona poety - Barbara. Zmarła z odniesionych ran w powstańczym szpitalu.
Czy 71 lat temu wszyscy towarzysze broni wiedzieli, że oto ginie poeta zapowiadający się na wieszcza? Wątpliwe, wszak Baczyński już po wybuchu Powstania oddał się pod rozkazy ppor. Lesława Kossowskiego "Leszka", który dowodził redutą przy warszawskim ratuszu - uczynił tak, gdy okazało się, że stracił kontakt z "Parasolem" - nie zdołał dotrzeć na wyznaczone miejsce zbiórki.
– I wyszedłeś, jasny synku, z czarną bronią w noc, i poczułeś, jak się jeży w dźwięku minut - zło. Zanim padłeś, jeszcze ziemię przeżegnałeś ręką. Czy to była kula, synku, czy to serce pękło? – pisał w "elegii o chłopcu" z 20 marca 1944 roku. Pół roku później sam poległ. Od niemieckiej kuli...

Napisz do autora: waldemar.kowalski@natemat.pl

Dział Historia od teraz także na Facebooku! Polub nas!