
„Zrobiłem czarno-biały film o potrzebie spokoju, wycofania ze świata i kontemplacji” – powiedział Paweł Pawlikowski, odbierając Oscara za film „Ida”. Tocząca się w kraju dyskusja na jego temat spokojną jednak nie była. Spór, co do tego, czy taki właśnie „Polaków portret własny” powinien być naszym głównym towarem eksportowym, uwidocznił, jak duże emocje budzą przedstawione na srebrnym ekranie zaszłości historyczne.
Powstała na początku lat 90. historia Franza Mauera – byłego funkcjonariusza UB, który po weryfikacji rozpoczyna pracę w policji, wprowadziła Władysława Pasikowskiego do panteonu najważniejszych twórców polskiego kina, a jednocześnie sprawiła, że część widowni na zawsze wpisała reżysera na czarną listę.
Gdy tworzył „Psy”, „prawdą czasu” było przesiadanie się funkcjonariuszy różnych organów PRL do zarządów spółek i „sprawdzanie się” w biznesach. „Prawda ekranu” Pasikowskiego oswoiła więc popkulturowego, masowego widza z ubekiem, który okazał się wcale nie taki zły (nawet całkiem fajny). Czytaj więcej
Mój ulubiony bohater – tytułowy „Ostatni samuraj” z filmu Edwarda Zwicka – zanim przybył do Japonii, dokonał rzezi Indian. Bohatera z tego typu zapleczem potrzebowałem, bo wtedy, cokolwiek by powiedział, choćby: „Trochę worków i dużo piachu” – to ma znaczenie i swoją wagę. Może żartować, ale może też mówić poważnie: „A zabiję ich wszystkich” – i nikt się nie śmieje, bo wiemy, że to nie przechwałki, że robił to wcześniej w niesłusznej sprawie. Zaczynamy współczuć jego przeciwnikom. Czytaj więcej
Problem „zrozumienia” w mniemaniu Pasikowskiego, czy jak chcą jego krytycy – „rozgrzeszania”, reżyser podjął ponownie w 2013 roku, kiedy rozpoczęły się prace nad „Pokłosiem”. Na kanwie kryminału, w którym główną rolę zagrał Maciej Stuhr, Pasikowski snuje opowieść, która ma uleczyć społeczeństwo z „moralnego kaca” – spuścizny, jaką sprawcy mordu w Jedwabnem obarczyli kolejne pokolenia.
Dla Pasikowskiego najważniejszą sprawą nie jest potwierdzenie, że takie czyny w ogóle miały miejsce, bo to nie ulega dziś żadnej wątpliwości. Po wstrząsie wywołanym debatą wokół książek Grossa i innych badaczy wiemy już o tym sporo. „Pokłosie” mówi o kacu moralnym, palącym wstydzie i straszliwym dziedzictwie pamięci, obciążającym sumienia wszystkich. Co zrobić, jaką postawę winni przyjąć Polacy, nie tylko ci, co wypierają za wszelką cenę grzechy przeszłości (do nich głównie jest film kierowany), lecz również młodzi, którzy z tamtymi zbrodniami nie mieli nic wspólnego Czytaj więcej
W filmie Pasikowskiego jedynymi uczestnikami makabrycznej zbrodni są Polacy. To oni naganiają Żydów do stodoły, to oni wrzucają na widłach żydowskie dzieci do płonącego domu (sic!), to w końcu Polacy podpalają stodołę. W scenie z „Pokłosia” wstrząśnięci odkrywaną prawdą bracia dopytują świadków wydarzeń, czy aby na pewno nie było tam Niemców. Czy aby nie przyjechali dzień czy dwa wcześniej i nie wydali Polakom rozkazów? Czy w końcu nie przymusili ich do tej makabrycznej zbrodni? Nie, nie i nie. Cała odpowiedzialność spada na Polaków. Czytaj więcej
Tłem historycznym filmu Wojciecha Smarzowskiego jest rzadko pojawiający się do tej pory w debacie społecznej problem ludności z terenów dawnych Prus Wschodnich – Mazurów. W trosce o własne bezpieczeństwo, w przeprowadzonym w 1920 roku plebiscycie, Mazurzy zadeklarowali chęć przynależności do Niemiec. W efekcie powojenne władze radzieckie i polskie traktowały Mazurów odpowiednio do tego, jak określili się wcześniej, czyli jak Niemców, co doprowadziło do masowych wysiedleń i wybuchów otwarcie manifestowanej nienawiści.
Gwałt nie zna granic, przychodzi jak fala, pobudzony przez wojnę. Smarzowski wykracza jednak poza ramy polityki historycznej. „Róża” nie zaspokoi tych, którzy chcieliby zobaczyć w niej przede wszystkim film o polskich cierpieniach, ponieważ gwałt zadają również sami Polacy. Czytaj więcej
Dlaczego uważam film „Róża” za antypolski? Przede wszystkim, dlatego, że przedstawiono tam Polaków, jako stado zapijaczonych chamów, gwałcicieli, złodziei i bandytów, cwaniaczków, którzy prześladują bogu ducha winnych Mazurów. Owszem, nie twierdzę tutaj, że po wojnie wszystko było idealne. Trzeba jednak wziąć pod uwagę, że lata wojny wykoślawiły społeczeństwo. Czytaj więcej
„Wałęsa” – jest nadzieja na dialog?
W przypadku „Wałęsy. Człowieka z nadziei” zarzuty o „antypolskość”, jeśli padają, to w formie nieco zawoalowanej i łagodniejszej. Być może ze względu na kontekst, w jakim Andrzej Wajda przedstawił byłego prezydenta, który od początku swojej kariery politycznej z wytrwałością godną lepszej sprawy testuje poziom tolerancji społeczeństwa na popełniane przez siebie gafy. Na ekranie udało się Wajdzie ukazać właśnie Wałęsę – „człowieka”, a nie jego polityczną personę.
Można zaryzykować stwierdzenie, że ta taktyka stanowiła również trzon tarczy, chroniącej dzieło przed ostrzem zajadłej krytyki, jaka dopadła inne wymienione obrazy. „Reżyser, wspólnie z autorem scenariusza Januszem Głowackim, nie uległ pokusie nakręcenia klasycznej biografii albo nawet politycznego moralitetu. Zamiast tego przedstawił dość prostą historię zwykłego i niepozbawionego wad robotnika, któremu udało się dokonać rzeczy niezwykłych. Czytaj więcej
Oglądając filmową laurkę Lecha Wałęsy, jaką wystawił mu Andrzej Wajda trzeba zapomnieć wszystko co o przywódcy „Solidarności” napisali historycy Sławomir Cenckiewicz, Piotr Gontarczyk i Paweł Zyzak. Mimo, że twórcy paradoksalnie znaleźli się pod wpływem ich pracy i pokazali podpisanie przez Wałęsę „esbeckich papierów” (nie do pomyślenia byłoby to w filmie o Wałęsie stworzonym w latach 90-tych) to wydaje się, że zdecydowali się na taki krok wyłącznie by usprawiedliwić Lecha Wałęsę i potępić jego dzisiejszych wrogów. Niestety im się to udało. Czytaj więcej
Artykuł powstał we współpracy z Narodowym Centrum Kultury.
