Fot. Arek1979 / http://bit.ly/1MaJiba / CC BY-SA 3.0 http://bit.ly/1kvyKWi

„Zrobiłem czarno-biały film o potrzebie spokoju, wycofania ze świata i kontemplacji” – powiedział Paweł Pawlikowski, odbierając Oscara za film „Ida”. Tocząca się w kraju dyskusja na jego temat spokojną jednak nie była. Spór, co do tego, czy taki właśnie „Polaków portret własny” powinien być naszym głównym towarem eksportowym, uwidocznił, jak duże emocje budzą przedstawione na srebrnym ekranie zaszłości historyczne.

REKLAMA
Czy kontrowersyjny temat filmu może być przyczyną silnych społecznych podziałów? – pytali uczestnicy debaty „Kino Wolność” organizowanej przez Narodowe Centrum Kultury, która odbyła się na festiwalu „Dwa Brzegi” w Kazimierzu Dolnym. Wzięli w niej udział m.in. Jerzy Stuhr, Paweł Śpiewak, Tadeusz Lubelski i ks. Andrzej Luter, a dyskusję moderowali Grażyna Torbicka i Krzysztof Dudek, dyrektor Narodowego Centrum Kultury. Aby uzyskać odpowiedź na tak postawione pytanie, wystarczyło spojrzeć na listę tytułów, których fragmenty stanowiły punkt wyjścia do dyskusji: „Psy”, „Pokłosie”, „Róża”, „Wałęsa. Człowiek z nadziei”, wspomniana już „Ida”. A to tylko kilka powstałych na przestrzeni ostatnich 25 lat tytułów, których sukces komercyjny dowiódł, że próby rozliczenia się z własną historią rodzą się w bólach i przy akompaniamencie internetowych obelg, z których naczelną jest enigmatyczna „antypolskość”.
„Psy” – ubek wcale nie taki straszny
Powstała na początku lat 90. historia Franza Mauera – byłego funkcjonariusza UB, który po weryfikacji rozpoczyna pracę w policji, wprowadziła Władysława Pasikowskiego do panteonu najważniejszych twórców polskiego kina, a jednocześnie sprawiła, że część widowni na zawsze wpisała reżysera na czarną listę.
Grany przez Bogusława Lindę, Mauer, który wcześniejszą karierę w strukturach zawdzięczał małżeństwu z córką ministra, usiłuje odnaleźć się w nowej rzeczywistości, co nie przychodzi mu łatwo. Okazuje się, że dawni przyjaciele, w przeciwieństwie do niego, wcale nie pałają chęcią nawrócenia i aktualnie znajdują się po przeciwnej stronie barykady. Rozterkom egzystencjalnym towarzyszą problemy miłosne i finansowe, co jeszcze bardziej potęguje współczucie publiczności względem „dobrego” ubeka.
To właśnie za kreowanie tego współczucia część publiczności obłożyła Paskiowskiego klątwą „twórcy antypolskiego”:
Roman Motoła
portal Pch24.pl

Gdy tworzył „Psy”, „prawdą czasu” było przesiadanie się funkcjonariuszy różnych organów PRL do zarządów spółek i „sprawdzanie się” w biznesach. „Prawda ekranu” Pasikowskiego oswoiła więc popkulturowego, masowego widza z ubekiem, który okazał się wcale nie taki zły (nawet całkiem fajny). Czytaj więcej

Sam Pasikowski nie próbował odcinać swojego bohatera od korzeni:
Władysław Pasikowski

Mój ulubiony bohater – tytułowy „Ostatni samuraj” z filmu Edwarda Zwicka – zanim przybył do Japonii, dokonał rzezi Indian. Bohatera z tego typu zapleczem potrzebowałem, bo wtedy, cokolwiek by powiedział, choćby: „Trochę worków i dużo piachu” – to ma znaczenie i swoją wagę. Może żartować, ale może też mówić poważnie: „A zabiję ich wszystkich” – i nikt się nie śmieje, bo wiemy, że to nie przechwałki, że robił to wcześniej w niesłusznej sprawie. Zaczynamy współczuć jego przeciwnikom. Czytaj więcej

Pasikowski dodaje, że w żadnym razie nie starał się byłego ubeka rozgrzeszać, a jedynie zrozumieć. „Popełnił zbrodnię służenia reżimowi. Reżim upadł. Albo w łeb sobie strzelić, albo spróbować coś, niewiele, naprawić. Franz próbuje” – dodał.
„Pokłosie” – polska wieś jako zabobonna, antyżydowska tłuszcza
Problem „zrozumienia” w mniemaniu Pasikowskiego, czy jak chcą jego krytycy – „rozgrzeszania”, reżyser podjął ponownie w 2013 roku, kiedy rozpoczęły się prace nad „Pokłosiem”. Na kanwie kryminału, w którym główną rolę zagrał Maciej Stuhr, Pasikowski snuje opowieść, która ma uleczyć społeczeństwo z „moralnego kaca” – spuścizny, jaką sprawcy mordu w Jedwabnem obarczyli kolejne pokolenia.
Janusz Wróbel
Polityka

Dla Pasikowskiego najważniejszą sprawą nie jest potwierdzenie, że takie czyny w ogóle miały miejsce, bo to nie ulega dziś żadnej wątpliwości. Po wstrząsie wywołanym debatą wokół książek Grossa i innych badaczy wiemy już o tym sporo. „Pokłosie” mówi o kacu moralnym, palącym wstydzie i straszliwym dziedzictwie pamięci, obciążającym sumienia wszystkich. Co zrobić, jaką postawę winni przyjąć Polacy, nie tylko ci, co wypierają za wszelką cenę grzechy przeszłości (do nich głównie jest film kierowany), lecz również młodzi, którzy z tamtymi zbrodniami nie mieli nic wspólnego Czytaj więcej

O tym, że wytykanie Polakom antysemityzmu to misja potencjalnie samobójcza, twórcy przekonali się już na etapie produkcji. Maciej Stuhr wspominał w rozmowie z „Wprost”: „Człowiek, którego dom miał zagrać w filmie jeden z głównych obiektów, po zapoznaniu się ze scenariuszem wycofał się z podpisanej już umowy. Nawet nie był przeciwko, tylko się bał, że go spalą. Albo np. przychodzili statyści i pytali: 'Co wy kręcicie? Aha, no to wezmę udział, tylko żebym Żydka nie musiał grać'”.
Prawicowi publicyści wytykają jednak Pasikowskiemu, znowu, „antypolskość” i odejście od prawdy historycznej. Jak przekonuje na łamach Frondy Marta Brzezińska, Polacy, owszem, Żydów zabijali, ale tylko i wyłącznie na polecenie i pod groźbą ze strony faszystowskich agresorów.
Marta Brzezińska
portal Fronda.pl

W filmie Pasikowskiego jedynymi uczestnikami makabrycznej zbrodni są Polacy. To oni naganiają Żydów do stodoły, to oni wrzucają na widłach żydowskie dzieci do płonącego domu (sic!), to w końcu Polacy podpalają stodołę. W scenie z „Pokłosia” wstrząśnięci odkrywaną prawdą bracia dopytują świadków wydarzeń, czy aby na pewno nie było tam Niemców. Czy aby nie przyjechali dzień czy dwa wcześniej i nie wydali Polakom rozkazów? Czy w końcu nie przymusili ich do tej makabrycznej zbrodni? Nie, nie i nie. Cała odpowiedzialność spada na Polaków. Czytaj więcej

Co ciekawe, publicystka w swojej recenzji innych filmów Pasikowskiego nie dyskredytuje: „Jako się rzekło, obraz twórcy kapitalnych „Psów” (i chyba tylko ten film reżysera można bez mrugnięcia okiem uznać za świetny) jest antypolski w swojej wymowie” – przekonuje Brzezińska.
„Róża” – zło czyha ze wszystkich stron
Tłem historycznym filmu Wojciecha Smarzowskiego jest rzadko pojawiający się do tej pory w debacie społecznej problem ludności z terenów dawnych Prus Wschodnich – Mazurów. W trosce o własne bezpieczeństwo, w przeprowadzonym w 1920 roku plebiscycie, Mazurzy zadeklarowali chęć przynależności do Niemiec. W efekcie powojenne władze radzieckie i polskie traktowały Mazurów odpowiednio do tego, jak określili się wcześniej, czyli jak Niemców, co doprowadziło do masowych wysiedleń i wybuchów otwarcie manifestowanej nienawiści.
Smarzowski bardzo dosadnie pokazuje bestialstwo radzieckich żołnierzy, ale nie zaprzecza, że do tragedii Mazurów swoją cegiełkę dołożyli również Polacy.
Tadeusz Sobolewski
Gazeta Wyborcza

Gwałt nie zna granic, przychodzi jak fala, pobudzony przez wojnę. Smarzowski wykracza jednak poza ramy polityki historycznej. „Róża” nie zaspokoi tych, którzy chcieliby zobaczyć w niej przede wszystkim film o polskich cierpieniach, ponieważ gwałt zadają również sami Polacy. Czytaj więcej

Historycznie udokumentowane fakty zostały jednak, zdaniem niektórych, przesadnie wyolbrzymione. Wykazując się zrozumieniem względem gnębionej mniejszości, Smarzowski dołączył tym samym do grona reżyserów „antypolskich”.
Piotr Chmielarz
portal info-poster.eu

Dlaczego uważam film „Róża” za antypolski? Przede wszystkim, dlatego, że przedstawiono tam Polaków, jako stado zapijaczonych chamów, gwałcicieli, złodziei i bandytów, cwaniaczków, którzy prześladują bogu ducha winnych Mazurów. Owszem, nie twierdzę tutaj, że po wojnie wszystko było idealne. Trzeba jednak wziąć pod uwagę, że lata wojny wykoślawiły społeczeństwo. Czytaj więcej


„Wałęsa” – jest nadzieja na dialog?
W przypadku „Wałęsy. Człowieka z nadziei” zarzuty o „antypolskość”, jeśli padają, to w formie nieco zawoalowanej i łagodniejszej. Być może ze względu na kontekst, w jakim Andrzej Wajda przedstawił byłego prezydenta, który od początku swojej kariery politycznej z wytrwałością godną lepszej sprawy testuje poziom tolerancji społeczeństwa na popełniane przez siebie gafy. Na ekranie udało się Wajdzie ukazać właśnie Wałęsę – „człowieka”, a nie jego polityczną personę.
Duża w tym zasługa Roberta Więckiewicza, odtwórcy głównej roli, którego od prawdziwego Wałęsy odróżnić nie sposób, a miejscami nawet można odnieść wrażenie, że kreowaną przez niego postać polubić łatwiej niż byłego prezydenta we własnej osobie.
Jak tłumaczy Paweł Piotrowicz, recenzent Onet.pl, siłą filmu o Wałęsie jest to, że reżyser nie ucieka w nim od tematu współpracy legendarnego stoczniowca z SB. Już w pierwszej scenie widzimy, jak pod groźbą pięcioletniej rozłąki z żoną i nowo narodzonym dzieckiem podpisuje papiery, których treści łatwo się domyślić.
Paweł Piotrowicz
portal Onet.pl

Można zaryzykować stwierdzenie, że ta taktyka stanowiła również trzon tarczy, chroniącej dzieło przed ostrzem zajadłej krytyki, jaka dopadła inne wymienione obrazy. „Reżyser, wspólnie z autorem scenariusza Januszem Głowackim, nie uległ pokusie nakręcenia klasycznej biografii albo nawet politycznego moralitetu. Zamiast tego przedstawił dość prostą historię zwykłego i niepozbawionego wad robotnika, któremu udało się dokonać rzeczy niezwykłych. Czytaj więcej

Krytycy filmu argumentują co prawda, że scena potwierdzająca, że Wałęsa do współpracy z SB się zobowiązał nie służy wcale pokazaniu prawdy historycznej, a „usprawiedliwieniu” jego samego oraz potępieniu zachowań jego „dzisiejszych wrogów”:
Łukasz Adamski
portal wPolityce.pl

Oglądając filmową laurkę Lecha Wałęsy, jaką wystawił mu Andrzej Wajda trzeba zapomnieć wszystko co o przywódcy „Solidarności” napisali historycy Sławomir Cenckiewicz, Piotr Gontarczyk i Paweł Zyzak. Mimo, że twórcy paradoksalnie znaleźli się pod wpływem ich pracy i pokazali podpisanie przez Wałęsę „esbeckich papierów” (nie do pomyślenia byłoby to w filmie o Wałęsie stworzonym w latach 90-tych) to wydaje się, że zdecydowali się na taki krok wyłącznie by usprawiedliwić Lecha Wałęsę i potępić jego dzisiejszych wrogów. Niestety im się to udało. Czytaj więcej

Próby rozliczania narodu z własną historią za pośrednictwem kina dobrze, choć być może nieświadomie, podsumował Paweł Pawlikowski. W jednym z wywiadów reżyser „Idy” stwierdził, że tworzy „postacie, które go wzruszają – są nieprzeciętne, mają problemy z historią, z rzeczywistością, są napiętnowane nostalgią za innym światem, za miłością, wiarą”. Może właśnie w takim tonie – ogólnej tęsknoty za miłością i wiarą, a nie chęcią pogłębiania istniejących podziałów ideologicznych, powinna toczyć się debata na temat wydarzeń historycznych, jakie na przestrzeni ostatnich lat utrwalono na taśmie filmowej.

Artykuł powstał we współpracy z Narodowym Centrum Kultury.