Derby warszawskie na torze wyścigów konnych na Służewcu w Warszawie, 1939, lipiec. Pierwsza gonitwa odbyła się raptem cztery miesiące wcześniej
Derby warszawskie na torze wyścigów konnych na Służewcu w Warszawie, 1939, lipiec. Pierwsza gonitwa odbyła się raptem cztery miesiące wcześniej NAC

- Jak pan sądzi, ile koni znajduje się tutaj teraz, w centrum Ursynowa? – rozpoczyna od zagadki nasze spotkanie Tadeusz Iwaszkiewicz, kierownik projektów w Totalizatorze Sportowym. – Nie wiem. Ze trzydzieści? Może pięćdziesiąt? – odpowiadam niepewnie. – Proszę pana; osiemset – podkreśla z zadowoleniem pan Tadeusz. W ten sposób rozpoczynamy fascynującą – historycznie i geograficznie – podróż w głąb Toru Wyścigów Konnych Służewiec.

REKLAMA
Gdyby nie wojna...
Historia wyścigów konnych w Warszawie jest znacznie dłuższa, niż umiejscowienie toru na dzisiejszym Służewcu. Pierwsza „komercyjna” gonitwa na pierwszym w Warszawie torze wyścigowym, odbyła się w latach 40. XIX wieku na Polach Mokotowskich. Później zawody rozgrywano na ulicy Polnej, zaś w 1925 roku Towarzystwo Zachęty do Hodowli Koni w Polsce odkupiło od rodziny Branickich ok. 150 hektarów ziemi. W 1927 roku Zygmunt Plater-Zyberk, wybitny architekt II Rzeczpospolitej, rozpoczął prace projektowe nad „Służewcem”. Do zadania podszedł niezwykle profesjonalnie – nim postawił pierwszą kreskę planu, zwiedził najsłynniejsze tory wyścigowe Europy.
- Nie tylko uniknął dzięki temu błędów w fazie projektowej, ale zdobył się na niezwykłe jak na tamte czasy wizjonerstwo – wyjaśnia pan Tadeusz Iwaszkiewicz, z wykształcenia architekt, z Totalizatorem Sportowym związany jest od sześciu lat.
– Czy pan ma pojęcie, ile pod koniec lat 20. w Warszawie było samochodów? – znów wystawia na próbę moją wiedzę historyczną. – Około setki? – strzelam. – W marcu 1927 zarejestrowano dziewięćdziesiąt dwie sztuki. Dziesięć lat później, gdy tor został otwarty, w całej metropolii było ich tylko ponad trzy tysiące – podkreśla mój przewodnik, po czym wskazuje na planie kompleksu obszar przeznaczony na parkingi. – Zygmunt Plater-Zyberk zaplanował w tamtych czasach stworzenie tutaj miejsca na aż dwa tysiące automobilów! – wyjaśnia pan Tadeusz.
Przewidywano, że w przyszłości mieszanie się ruchu pieszego, konnego i samochodowego może stać się sporym utrudnieniem. Dlatego między innymi powstały podziemne tunele, którymi konie mogły być prowadzone ze stajni na tor, wyznaczono chodniki i trasy dla aut.
Tadeusz Iwaszkiewicz, kierownik projektów, Totalizator Sportowy

Przed wojną, w szczytowym okresie, na torze pojawiało się od dwudziestu do trzydziestu pięciu tysięcy ludzi. Proszę pana, to był nie lada problem: w jaki sposób taką ilość ludzi sprawnie przywozić i odwozić w ciągu maksymalnie jednej godziny? Udało by się obsłużyć tysiąc, tysiąc pięćset ludzi na godzinę. Zaplanowano więc budowę na terenie Wyścigów dworca kolejowego na osiem peronów! Żeby zrozumieć skalę – dzisiejszy Centralny posiada ich... dziesięć.

Dziś architektura kompleksu łączy kilka przedwojennych stylów – funkcjonalizm, konstruktywizm, bauhaus – a odbudowa i remont budynków przeprowadzana przez obchodzący swoje 60-lecie Totalizator Sportowy, który przejął obiekt w 2008 roku, jest prowadzana z wielką dbałością o zachowanie dawnego charakteru „Wyścigów”. Spacerując po wielkiej hali trybuny numer 2, pan Tadeusz odkrywa przede mną kolejne udogodnienia i zabiegi architektoniczne.
logo
U góry: Hala trybuny numer 2, jeszcze remontowana. Poniżej: Derby warszawskie na torze wyścigów konnych na Służewcu w Warszawie w lipcu 1939, kolejka do kas Daniel Kotliński/NAC
To właśnie za sprawą połączenia funkcjonalności, nowoczesności i estetyki, Tor na Służewcu przez pierwsze dziesięciolecie po wojnie uznawany był za najlepszy tego typu obiekt w Europie, dziś nadal pozostając w ścisłej czołówce.
– Kierując się ideami Bauhausu, budowniczowie Toru bardzo zwracali uwagę na czynniki społeczne. Wyścigi, jak podkreślali, miały być nie tylko miejscem , gdzie rozgrywane są gonitwy konne. To miał być otwarty dla wszystkich park wypoczynku. Miało być wygodnie i funkcjonalnie, chodziło tu o stworzenie przestrzeni przyjaznej dla Warszawiaków. Miejsce, gdzie będzie można emocjonować się zawodami konnymi, ale także zorganizować piknik czy pospacerować po parku – wyjaśnia pan Tadeusz. Jak z kolei podkreśla Sylwester Puczen, rzecznik Toru Służewiec, celem działalności obecnego zarządcy toru jest kontynuacja tej idei.
Wyścigi, czyli co?
- Wciąż zbyt wielu Warszawiaków kojarzy nasz obiekt z trzema, czterema sztandarowymi imprezami, jak na przykład Derby czy Wielką Warszawską. Tymczasem w ciągu roku rozgrywa się tu ponad pięćdziesiąt dni wyścigowych, a każdego takiego dnia osiem do dziesięciu gonitw; każda jest świetną okazją do spotkania ze znajomymi i odrobiny rywalizacji – podkreśla Puczen.
logo
Kibice obserwują bieg o nagrodę 50 000 złotych, 1939, lipiec NAC
– Niepokoi mnie fakt, że dorasta kolejne pokolenie mieszkańców stolicy, którzy nie mają pojęcia, co tak naprawdę dzieje się za tym kilometrowym murem zamalowanym graffiti. Proszę sobie wyobrazić – spotykam 30-latków mieszkających na Ursynowie, którzy nigdy nie byli na wyścigach! – tłumaczy rozczarowany Iwaszkiewicz. Trochę mi wstyd, bo prawie zaliczam się do grupy, o której mówi. – Głównym zadaniem Totalizatora Sportowego jest przywrócenie dawnego blasku Wyścigom, a gdy będziemy już zapełniać dwie odrestaurowane trybuny, znacznie łatwiej będzie nam rozmawiać z inwestorami o potencjalnym rozwoju terenów wyścigów – zaznacza kierownik projektów.
Nie tylko wyścigi na Wyścigach
Powierzchnia dzisiejszych Ogrodów Łazienkowskich to 76 hektarów. Park Skaryszewski to 50 ha, zaś Pole Mokotowskie – trochę ponad 68 ha. – Każdy z osobna mógłby, ponad dwukrotnie, zmieścić się na naszym kompleksie, który ma blisko 140 ha. To ogromny teren, którym dziś opiekuje się ponad 200 osób – opowiada pan Tadeusz. Ruszamy samochodem w stronę stajni, magazynów i... budynków mieszkalnych.
Gdy Tor powstawał, był oddalony od rogatek Warszawy o blisko 6 kilometrów. W związku z tym musiał być samowystarczalny. Na terenie obiektu mieszkało 1,5 tysiąca osób, były tu pola uprawne, wieża ciśnień, studnie, szklarnie; hodowano bydło i magazynowano żywność. – W latach 20. i 30. nazywano to „miasteczkiem wyścigowym” i trudno się dziwić. Gdyby planów rozbudowy o dworzec kolejowy nie przerwała wojna, mielibyśmy do czynienia z prawdziwym miastem w mieście – śmieje się mój przewodnik.
logo
Prezentacja koni przed gonitwą, 1939 NAC
Objeżdżamy niskie bloki, w których mieszkają m.in. pracownicy obiektu. Podczas wycieczki spotykamy pana Krzysztofa – Mój ociec wynosił ze stajen bomby i miny, gdy tuż po wojnie ganialiśmy się z kolegami po tym parku – wspomina. Jak później wyjaśnia mi Iwaszkiewicz, niektórzy mieszkańcy Wyścigów żyją tu z pokolenia na pokolenie. – Hasło "bomba idzie w górę", wypowiadane przez komentatora na znak rozpoczęcia gonitwy, gdy na maszt wciągana jest czerwona kula, słyszeli pewnie milion razy - śmiejemy się.
Zielona kraina
Park, który rozpościera się na znacznej połaci całego terenu, jest niesamowity. Wśród 6000 różnych krzewów i 95 gatunków drzew żyje, wiele gatunków ptaków. Między stajniami i gęstą roślinnością, wije się potok służewiecki, płynący aż do Wilanowa. Choć w sierpniowym słońcu wszystko to sprawia niesamowite wrażenie, wyobrażam sobie, jak bajkową krainą staje się Tor jesienią.
– Wyścigi to kawał historii Warszawy. Zależy mi, nie tylko z powodów zawodowych, ale także, prywatnych, by przychodzili tu pańscy koledzy. I koledzy kolegów, z rodzinami. Między gonitwami, które trwają raptem kilka minut, czas po prostu zwalnia. Przechadzając się alejkami nie sposób nie wyobrażać sobie, jak tereny te wyglądały w okresie przedwojennym - opowiada pan Tadeusz.
logo
Obserwatorzy zawodów w dniu otwarcia Wyścigów, 3 czerwca 1939 . Na przodzie stoją od prawej: generał Bronisław Regulski, hrabia Józef Potocki z żoną Krystyną, hrabina Róża Mycielska, hrabia Roman Potocki. W głębi widoczna tablica informacyjna – „numerator NAC
Jak podkreśla, Tor kryje w sobie wiele tajemnic i ciekawych anegdot. - Proszę sobie wyobrazić, że w czasie wojny teren przejęło niemieckie przedsiębiorstwo, które zatrudniało Polaków do pielęgnacji zieleni. Ówczesny kierownik, także Polak, postanowił to wykorzystać, by pomóc zagrożonym wywózką do obozów rodakom. Wśród nich, w 1941 roku, znalazł się nie kto inny jak Jan Brzechwa, który przez lata specjalizował się w strzyżeniu żywopłotów - wyjaśnia Iwaszkiewicz. - I jak twierdzą wiarygodne źródła, właśnie tutaj powstała Akademia pana Kleksa. Być może pisząc, miał widok na to, na co my teraz? Kto wie... - pan Tadeusz milknie.
Gdy odprowadza mnie do bramy, jestem przekonany, że szybko tu wrócę. Choćby w najbliższy weekend!