
Politycy zrobili narodowi referendum i pojechali sobie na wakacje. Dopiero na trzy tygodnie przed głosowaniem zaczęła się kampania i to polityczna, a nie merytoryczna. Dlatego 6 września może być nie świętem demokracji bezpośredniej, ale jej gwoździem do trumny. Bo przez niską frekwencję referendum będzie nieważne. Przy pomyśle organizacji kolejnego pojawi się więc pytanie "ale po co?".
Przed każdymi wyborami politycy namawiają nas do głosowania, bo to "święto demokracji". Podobnie jest z referendum, ale tutaj próżno szukać aktywności partii na miarę tej sprzed wyborów. To w sumie logiczne, bo z referendum żadnych miejsc w parlamencie nie będzie. To jednak nie znaczy, że partie zapomniały o referendum.
Partyjna kampania Zarówno PO, jak i PiS, które dominują na polskiej scenie politycznej, zaangażowały się w kampanię przedereferendalną. A właściwie w okładanie się maczugami, bo ich billboardy, spoty i konferencje prasowe polegają głównie na przekonywaniu, że zestaw odpowiedzi tak/nie proponowany przez konkurencję jest gorszy niż nasz.
Trudno się w tym dopatrzyć merytorycznych argumentów, a nawet faktów, bo politycy opierają się często na ogólnikowej wiedzy. Szczegółowa mogłaby im przeszkodzić w politycznym rzemiośle. Nieco bardziej merytorycznie próbuje swoją kampanię prowadzić Paweł Kukiz.
Kolejne nieważne referendum Jego współpracownicy podczas koncertów próbują wyjaśniać co to takiego te JOW-y i z czym to się je. "Próbują" zostało użyte nieprzypadkowo, bo jak widać na poniższym filmiku muzykowi trudno słuchać w spokoju. Poza tym, jak już pisałem w naTemat, ostatnie tygodnie w wykonaniu Kukiza trudno uznać za udane, a jego przekaz trafia do wąskiej grupy wyborców.
Przy niewidocznym Kukizie i niemającej związku z istotą referendum kampanii największych partii można się więc spodziewać, że frekwencja będzie żenująco niska i nie przekroczy wymaganych 50 proc. Będzie to więc drugie w historii III RP nieważne referendum – pierwsze takie odbyło się w 1996 r. i dotyczyło uwłaszczenia i prywatyzacji. Nawet w trwającym dwa dni i poprzedzonym gigantyczna kampanią informacyjną referendum akcesyjnym z 2003 r. frekwencja było wyższa od wymaganej tylko o niecałe 9 proc.
Demokracja w krzywym zwierciadle Wrześniowe referendum będzie zapewne miało najniższą frekwencję ze wszystkich, więc politycy się nim nie przejmą. Jak bardzo niepoważnie traktują ten instrument demokracji bezpośredniej pokazuje też przepychanka w sprawie dodatkowych pytań. Obywatele mogą odnieść wrażenie, że prosi się o ich opinię tylko wtedy, kiedy pasuje to politykom (i tak jest, czego dowodem jest ogłoszenie przez Bronisława Komorowskiego tego referendum).
Podobny mechanizm obserwowaliśmy przed wyborami samorządowymi, kiedy burmistrzowie i prezydenci miast masowo sięgali po budżety obywatelskie. Ale znacznie odbiegały one od opracowanego przez ekspertów wzorca, który zakłada akcję informacyjną i opracowywanie zasad przez obywateli. W Polsce to samorządowcy ustalali reguły gry, a obywatele mieli tylko zagłosować. To zniechęciło wielu mieszkańców do świetnej idei.
Wszechwładza polityków Teraz to samo dzieje się z referendum. Nie mówiąc już o bardziej zaawansowanych formach demokracji bezpośredniej, takich jak sondaż deliberatywny, narada obywatelska czy panel obywatelski. A kiedy już to się uda politycy rzeczywiście nie będą musieli zwracać uwagi na wyborców, wystarczy, że na kilka miesięcy przed wyborami, a więc raz na cztery lata, wyrzucą po kilkadziesiąt milionów na reklamy.
I będą mogli z czystym sumieniem powiedzieć, że sami tego chcieliśmy, bo nie chodziliśmy do organizowanych za ciężkie pieniądze referendów. O tym, że to oni doprowadzili do takiego stanu nie wspomną.
