Fot. Nomad_Soul / Shutterstock

Do dziś pamiętam szelest kartek, który rozległ się na sali gimnastycznej, kiedy podczas matury z historii dyrektorka wydała komendę: „Możecie zaczynać”. Dziękuję uprzejmie, ale chyba nic z tego nie wyjdzie – odpowiedziałem jej w myślach, bo już otwierając arkusz na stronie z tematami rozprawki, byłem pewien, że jedyna data, jaką pamiętam, to mój rok urodzin (i to pewnie tylko dlatego, że był moim pinem do telefonu).

REKLAMA
Maturę zdałem, ale nie będę chwalił się wynikiem. Niewielką ilość maturalnych procentów zwalam jednak nie na brak pracy własnej włożonej w przygotowania, ale na grzech popełniany przez kolejne pokolenia pedagogów, czyli nauczanie historii z podręczników. Gdybym licealistą będąc, wiedział, że tyle samo wiedzy o dawnych realiach, co z „Historii dla klasy III” można przyswoić, czytając beletrystykę, dzień otrzymania wyników matury być może nie zapisałby się w rodzinnym kalendarzu jako ten, w którym syn historyka omal nie oblał matury z historii.
Porównywać powieść z naukowym opracowaniem? To się nie godzi! – zagrzmi chór belfrów, czytających te słowa. A właśnie, że się godzi, bo po pierwsze, zmuszenie dzisiejszych licealistów do wzięcia w rękę książki jest i tak zadaniem porównywalnym z eskapadą na Marsa. A jeśli dodatkowo tomiszcze ma na okładce hologram MEN-u, edukator samodzielnie i dobrowolnie skazuje się na mission impossible. Podręcznik, owszem przeczytany zostanie, ale chyba nikomu nie trzeba mówić gdzie zaraz po napisaniu sprawdzianu wylądują dziesiątki dat wykutych przed kartkówką na blachę. Z kolei przeczytana z przyjemnością powieść, choćby datę zawierała jedną, być może zainteresuje uczniaka realiami czy postaciami z epoki, które w efekcie zdecyduje się on poznać na własną rękę.
Jeden z francuskich badaczy – Jules Michelet, miał ponoć powiedzieć, że autor „Trzech muszkieterów” Aleksander Dumas nauczył historii więcej osób niż wszyscy historycy razem wzięci. Obecnie polskich licealistów (i nie tylko) postanowiło edukować Narodowe Centrum Kultury, które książki z historią w tle wydaje w ramach serii Zwrotnice Czasu.
Przedstawione poniżej tytuły nie wyczerpują listy powieści, które można spokojnie zadawać do przeczytania w ramach lekcji historii. To jednak dobry początek, od którego nienawidzący wkuwania dat uczniowie oraz szkolni historycy mogą zacząć.
Szczepan Twardoch – „Wieczny Grunwald”
Tytuł tylko pozornie zdradza czasy, w jakie przenosi nas autor. Główny bohater, nieślubny syn Kazimierza Wielkiego Peszko, nie należy bowiem do grona zwycięskich wojów. Poległszy w walce, rozpoczyna swoją wędrówkę w czasie i przestrzeni, poszukując sensu istnienia.
Książka Twardocha została określona jako przykład „fantastyki retrospektywnej”. A jak swój utwór postrzega sam autor?
„Zachęcam do sięgnięcia po tę pozycję, w której kobiety są piękne, demony groźne, a mężczyźni próbują być dzielni, ale im nie wychodzi” – tak Orbitowski reklamuje pierwszy w swoim dorobku dramat.
Tytuł „Ogień”, tak jak w przypadku „Wiecznego Grunwaldu”, już o czymś opowiada, ale tylko wtajemniczonym – jest to bowiem pseudonim Józefa Kurasia, podhalańskiego partyzanta, który po wojnie był zaangażowany w podziemną walkę z komunistami. Historia konfliktu z jego największym wrogiem – szefem kieleckiej bezpieki – Stefanem Wałachem, stanowi tło współczesnej opowieści o dwóch braciach, którzy wraz z żoną jednego z nich zmierzają spędzić czas w leśnej chacie. Jak się później okazuje, właśnie w tym miejscu swoje ostatnie dni spędził „Ogień”, o czym bohaterowie dowiadują się z pieśni partyzantów i członków bezpieki, które dobiegają to z radia, to ze smartfona.
Przystępna forma (halo, młodzieży! Dramat – czyli zero opisów, same dialogi) oraz popkulturowe cytaty, między innymi z WWO powinny stanowić w kontekście młodego czytelnika pewną wartość (zakładając, że dzisiejsi licealiści złote lata polskiego hip-hopu jeszcze pamiętają).
Jacek Inglot – „Quietus”
„Zastanawiam się w tej powieści, czy byłaby możliwa Europa bez chrześcijaństwa, ponieważ w mojej wersji historii cesarz Julian pokonał chrześcijan i zniszczył tę religię do szczętu” - opowiada o pomyśle na swoją powieść Inglot. Wizja kusząca, zwłaszcza dla zbuntowanych licealistów z zasady toczących krucjaty na rzecz laicyzacji planów lekcji. I choć tak naprawdę Inglot udowadnia, że to właśnie brak wiary w „nadzieję i miłość” doprowadza narody na skraj upadku, to samo zastanowienie się nad sensem wiary może stanowić dla młodego (i nie tylko) umysłu pożyteczną gimnastykę.
Wojciech Szyda – „Fausteria”
„Nietypowa historia alternatywna” – tak określa swoją powieść Szyda. Dlaczego nietypowa? Bo nie znajdziemy w niej żywiołowych narad politycznych czy spektakularnych opisów bitew. – Jest to biografia pewnej skandalizującej artystki, która żyje w Polsce tu i teraz i doznaje wizji alternatywnych światów – tłumaczy Szyda.
Podobieństwo do realnych postaci jest zamierzone – „artystka” ma być swoistym negatywem siostry Faustyny Kowalskiej, na co poniekąd naprowadza nas podtytuł: „powieść antyhagiograficzna”.
Spowijające świat siły ciemności, negacja kultu miłosierdzia bożego i panujący powszechnie terror – taką wizję alternatywnej rzeczywistości roztacza przed czytelnikiem Szyda. A więc kolejna powieść z wiarą w tle, tym razem jednak fabularnie trochę bliższa młodym czytelnikom. Główna bohaterka ma 20 lat, więc oprócz rozważań o sensie religii i sztuki, znajdziemy w „Fausterii” również zarys typowej studenckiej rzeczywistości. Seks, drugs i siostra Faustyna wcielona w zbuntowaną studentkę ASP – brzmi jak całkiem zachęcające wprowadzenie do lekcji o początkach kultu świętych.
Marcin Wolski – „Wallenrod”
logo
Okładka książki "Wallenrod" Marcina Wolskiego Fot. materiały prasowe
„Wallenrod była kobietą” – a przynajmniej jego działające w hitlerowskich Niemczech alter ego. W powieści Wolskiego agentka polskiego wywiadu Helena Wichmann jest kluczową postacią planu ratowania Polski przed nadciągającą wojną. Twórcą genialnego konceptu jest nie kto inny, jak cudownie odratowany przez tajemniczego lekarza – marszałek Piłsudski.
Polska zawiera sojusz z Niemcami i jako nowa potęga militarna i polityczna pozornie wspiera jego krucjatę. Rzeczpospolitą omija holokaust, co nie znaczy, że hitlerowcy zamierzają się obejść z żydami bardziej humanitarnie. Na wschodzie powstaje więc ogromna dzielnica – Nowa Jerozolima, której losy, a właściwie zgromadzonych tam europejskich żydów, rozstrzygną się w zakończeniu.
Mimo że „Wallenrod” to pozycja z gatunku: „co by było gdyby”, to jako wstęp do badania zawiłych dziejów historii najnowszej sprawdzi się całkiem nieźle. Nie mówiąc już o tym, że prawdziwe wydarzenia przedstawione na kartach podręczników mogłyby być równie fascynujące, gdyby ich autorem był Wolski.

Artykuł powstał we współpracy z Narodowym Centrum Kultury.