
“Tłukł kasę za prywatne podróże”, korzystał “z biura podróży z naszych pieniędzy”, “rozkradał publiczne środki” – takich określeń używali prawicowi komentatorzy, gdy trwały afery o służbowe podróże posłów. Dziś powinien je sobie przypomnieć każdy, kto domaga się od nich komentarza na temat wątpliwych wyjazdów Andrzeja Dudy.
REKLAMA
Naszych rozgrzeszamy
Mentalność Kalego to ciężka choroba polskiej polityki. Wiadomo – nasze grzechy rozgrzeszamy lub bagatelizujemy, te same grzechy innych urastają do rangi przestępstw i są niewybaczalne. Przykłady takiej hipokryzji można mnożyć. Właśnie pojawił się kolejny.
Mentalność Kalego to ciężka choroba polskiej polityki. Wiadomo – nasze grzechy rozgrzeszamy lub bagatelizujemy, te same grzechy innych urastają do rangi przestępstw i są niewybaczalne. Przykłady takiej hipokryzji można mnożyć. Właśnie pojawił się kolejny.
“Newsweek” opisał sprawę opłacanych z kasy Sejmu poselskich podróży obecnego prezydenta. Andrzej Duda miał latać w delegacje do Poznania, gdzie zamiast wykonywać obowiązki parlamentarzysty (tak zadeklarował w dokumentach), wykładał na prywatnej uczelni.
Podróże i hotele kosztowały Sejm 11 ty.s zł, a więc stosunkowo niewiele. Jednak to, co może razić, to samo podejście polityka do przeznaczonych na delegacje środków, a także – jeśli założyć, ze doniesienia “Newsweeka” są prawdziwe – możliwe poświadczenie nieprawdy w kontekście celu podróży. To na pewno nie są standardy etyczne, jakich oczekiwalibyśmy od osoby pełniącej urząd głowy państwa.
Przypomina się tu chociażby przypadek “madryckiej trójki” posłów PiS. Posłowie Hofman, Kamiński i Rogacki latali do Hiszpanii tanimi liniami lotniczymi, a w oświadczeniach dla Sejmu twierdzili, że jeżdżą samochodem. W końcu wylecieli z PiS, a od prawa do lewa zapanowała zgoda, że ich działania były niegodne parlamentarzystów.
Kto nas "okrada"
Dziś, gdy sprawa Dudy wydaje się podobna, można byłoby oczekiwać co najmniej krytyki. Nie chodzi nawet o złamanie prawa. Raczej o potępienie praktyk, które tworzą taki, a nie inny obraz klasy politycznej w oczach społeczeństwa. Zamiast tego mamy ciszę. Politycy PiS już uznali publikację "Newsweeka" za czepialstwo i proponują, by zająć się "poważnymi aferami". Z kolei prawicowe media nawet zarzutów wobec Dudy nie odnotowały, a na Twitterze wyśmiewają je i nazywają "nagonką".
Dziś, gdy sprawa Dudy wydaje się podobna, można byłoby oczekiwać co najmniej krytyki. Nie chodzi nawet o złamanie prawa. Raczej o potępienie praktyk, które tworzą taki, a nie inny obraz klasy politycznej w oczach społeczeństwa. Zamiast tego mamy ciszę. Politycy PiS już uznali publikację "Newsweeka" za czepialstwo i proponują, by zająć się "poważnymi aferami". Z kolei prawicowe media nawet zarzutów wobec Dudy nie odnotowały, a na Twitterze wyśmiewają je i nazywają "nagonką".
Co więc pozostaje? Przyłożyć do sprawy wyjazdów obecnego prezydenta taką samą miarę, jaką oni przykładali przy historiach nadużywających delegacji polityków PO czy lewicy. I odnieść się do publikacji "Newsweeka" ich słowami. A te brzmią jednoznacznie.
"Polityczne biuro podróży z naszych pieniędzy. Wycieczki, delegacje i loty" – tak o służbowych wyjazdach posłów pisał w ubiegłym roku serwis Niezależna.pl. Z tekstu można się dowiedzieć, że politycy PO, którzy krytykują "madrycką trójkę", zapomnieli, "jak sami chętnie sięgają po publiczne pieniądze"
"Coś takiego jak nadużycia związane z groszem publicznym, czyli wspólnym groszem, są absolutnie nie do przyjęcia" – tak mówił o "posłach podróżnikach" prezes PiS Jarosław Kaczyński.
"Jak ministrowie Tuska doją państwo", "Ministrowie Tuska tłukli kasę" – pisała "Niezależna" o politykach, którzy pobierali ryczałt na paliwo do prywatnego samochodów, mimo że dysponowali służbowymi pojazdami.
"Platforma ogłosiła ostatnio 'punkt zwrotny'. Takie hasło miałoby sens, gdyby politycy PO-PSL zwrócili wszystkie publiczne pieniądze, które zmarnotrawili objadając się w drogich restauracjach i fundując sobie wycieczki" – grzmiał serwis braci Karnowskich.
"Afera Rostowskiego, związana z wydaniem kilku tysięcy złotych z pieniędzy publicznych" – ogłaszała "Niezależna". Chodziło o sprawę byłego ministra finansów, któremu Sejm zapłacił za podróże do okręgu, gdzie był kandydatem w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Do tego doszła lawina komentarzy wprost oskarżających Rostowskiego o wyłudzenie pieniędzy. Np. takich...
"Także twoje" pieniądze
Teraz jest dobry moment, by zapytać, gdzie się podziali ci moralnie wzburzeni, którzy liczyli każdy tysiąc wydany przez posłów koalicji na służbowe wyjazdy? Gdzie ci, którzy – jak Kaczyński – formułowali ogólny wniosek, że nie ma miejsca na "nadużycia związane ze wspólnym groszem"? Wygląda na to, że schowali się za Andrzejem Dudą, by przeczekać sytuację, a przy następnej okazji, gdy znów na świeczniku będą polityczni wrogowie, wyciągnąć te same argumenty.
Teraz jest dobry moment, by zapytać, gdzie się podziali ci moralnie wzburzeni, którzy liczyli każdy tysiąc wydany przez posłów koalicji na służbowe wyjazdy? Gdzie ci, którzy – jak Kaczyński – formułowali ogólny wniosek, że nie ma miejsca na "nadużycia związane ze wspólnym groszem"? Wygląda na to, że schowali się za Andrzejem Dudą, by przeczekać sytuację, a przy następnej okazji, gdy znów na świeczniku będą polityczni wrogowie, wyciągnąć te same argumenty.
Postawa samego prezydenta też zaskakuje. Na razie ani on, ani jego współpracownicy, nie odnieśli się do publicznie stawianych zarzutów. Wypada więc tylko zadedykować Dudzie jego własny twitterowy wpis na temat "zagarniania publicznych środków".
Napisz do autora: michal.gasior@natemat.pl
