Miało być światowo, wyszło po polsku. Serial "Prokurator" na podstawie Miłoszewskiego bardzo się stara, ale to za mało

Bohaterowie serialu podczas pracy.
Bohaterowie serialu podczas pracy. screen z serialu "Prokurator"
Telewizja Polska wyemitowała pierwszy odcinek serialu kryminalnego "Prokurator". Miały być ekscytujące historie, są gwiazdy, kusił scenariusz Wojciecha i Zygmunta Miłoszewskich. Miało być na światowym poziomie, ale wciąż jesteśmy w Polsce. Uwaga, spoilery!


Pan od puzzli, podrywacz, kobieta fatalna
Tytułowy prokurator - Kazimierz Proch grany przez Jacka Komana, to postać, która ma w sobie jakąś tajemnicę. Możemy domyślać się, że chodzi o niejasną sytuację rodzinną. Wiele na to wskazuje, na przykład kalendarz, który wisi w jego mieszkaniu, z zaznaczonym terminem wizyty w zoo. Od pierwszej sceny wiemy, że mamy do czynienia z profesjonalistą, trochę dziwakiem. Słucha walkmana, układa puzzle, przewija kasety długopisem. Ale to sprytny i inteligentny prokurator. Do tego serdeczny człowiek. Twórcy co chwila chcą pokazać, że coś się za nim kryje. Pije też kawę i herbatę ze szklanki na spodeczku. Że niby taki dziwak.


Jego partner - Witold Kielak ( w tej roli Wojciech Zieliński), to osoba, na której chyba nie do końca można polegać. Birbant, nałogowy palacz, ma dzieci, ale rozwiódł się z żoną. Lubi kobiety, jest bezlitosnym podrywaczem, który czasem zachowuje się jak przygłup. Dowcipniś, luzak, ale w pierwszym odcinku nie powiedział nic zabawnego.


Proch jest człowiekiem z zasadami, twierdzi, że obowiązkiem patrioty jest dbanie o otoczenie. Nie zgadza się na śmiecenie i palenie papierosów. Dlatego od początku nie polubił pani patolog. Ewa Siedlecka (Magdalena Cielecka), zawiera w sobie wszystkie złe cechy. Pali przy denacie, nie dba o porządek w miejscu pracy, jest zbyt towarzyska, trochę wulgarna, chociaż w serialu nikt nie przeklina. Femme fatale. Kocha swoją pracę i jest w niej dobra.

Sprawa
W pierwszym odcinku bohaterowie muszą rozwiązać zagadkę samobójstwa pracownika elektrociepłowni na warszawskim Żeraniu. Sprawa jest nietypowa, bo podczas dochodzenia okazuje się, że ktoś "pomógł" denatowi odebrać sobie życie. Zaczynają się przesłuchania, okazuje się, że wisielec był gejem. Prokuratorzy podejrzewają jego byłego partnera - w tej roli bardzo dobry Marcin Kwaśny.


Problem w tym, że ta sprawa jest bez sensu, bo okazuje się, że to samobójstwo pozorowane na morderstwo. Kryminał bez mordercy? Coś tu śmierdzi. Widz wie o tym od dawna i się nudzi. Twórcy bardzo chcieli, żeby "Prokurator" przypomniał seriale o międzynarodowej sławie. Widać, że inspirowali się "Prawdziwym detektywem", czy "Hannibalem". Niestety, forma wciąż jest zbyt płytka, fabuła za mało zawiła, postaci powinny być bardziej skomplikowane. W dobrym serialu kryminalnym nie ma miejsca na niekonsekwencję. A w "Prokuratorze" ciągle coś się nie zgadza. Polska telewizja musi się jeszcze wiele nauczyć, ale widać, że się stara.
Słabe żarty, niby-dobre dialogi, stereotypy
Serial bazuje na wielu stereotypach. Że starszy samotny człowiek jest poważny, a młodszy partner- imprezujący. Ludzie tacy jak prokuratorzy, policjanci, ci, co nie dają sobie w kaszę dmuchać, są homofobami. Nie strasznymi, ale jednak. Żartują - słabo- z gejów. W klubie gejowskim o bardzo pomysłowej nazwie "Dyskrecja" mówią "patrz ile tu lasek"! – Lepiej zobacz, co mają w spodniach! – odpowiada Proch. Pada tam wiele nieprzyjemnych zdań o gejach. Ale trzeba wierzyć, że wniosek, że prokuratorzy śmieją się z mniejszości seksualnych wziął się z dokumentacji do scenariusza.

Bohaterowie próbują żartować, żeby pokazać, że mają dystans do swojej pracy. Nie wychodzi, żarty są suche. Do tego na bieżąco komentują sytuację, tak, żeby widz się w niej nie pogubił. A na koniec najgorsze zamknięcie odcinka, jakie można sobie wyobrazić. Kiedy już wydaje się, że wszystko jest jasne, prokurator Proch przychodzi do Janiny (Dorota Kolak), streszcza jej odcinek, potem informują widza, że śledztwo umorzone. Realizatorzy sygnalizują jednak, że jest możliwość, może, pewnie tak, że to jeszcze nie koniec tej sprawy.

Sygnały, że sprawa jest jeszcze nierozwiązana przekazywane są za pomocą puzzli, które Proch namiętnie układa z lupą w ręku. Kiedy uda się coś rozwiązać, puzzel pasuje. Kiedy coś nie gra, pokazane są ułożone puzzle bez jednego elementu. Jak widz ma się wczuć w kryminał, kiedy wszystko ma wyjaśnione łopatologicznie? Gdzie jest "suspens"?

Napisz do autorki: barbara.kaczmarczyk@natemat.pl