
Podczas gdy Niemcy spodziewają się w tym roku nawet 800 tys. wniosków o azyl, a inne europejskie kraje chcą przyjąć po kilkadziesiąt tysięcy uchodźców, USA nie zamierzają ulżyć partnerom w kryzysie. Amerykanie chcą udzielić schronienia ledwie 1,8 tys. migrantów z Syrii. Bronią się przed azylantami, choć sami pomogli "podpalić" Bliski Wschód.
Pomagać, ale nie u siebie W kontekście dyskusji o kryzysie migracyjnym przez wszystkie przypadki odmienia się słowo "solidarność". M.in. dlatego tak zaskakuje postawa bogatych krajów arabskich, które dużo mówią o pomocy potrzebującym Syryjczykom czy Irakijczykom, a nie przyjęły nawet jednego uchodźcy z tych krajów.
To jednak nie jedyny przypadek cynizmu i hipokryzji. Gdy oczy wszystkich zwrócone są na Europę, umyka postawa innego światowego giganta. Stany Zjednoczone mówią wprost - przyjmiemy tylko symboliczną liczbę uchodźców z Syrii, a migracyjna fala to problem Niemców, Francuzów czy Włochów, nie nasz.
1,8 tys. - tyle miejsc dla potrzebujących Syryjczyków zrobią w tym roku Amerykanie. To mniej, niż zadeklarowała Polska, i to w tym najbardziej ostrożnym scenariuszu.
- Możemy zrobić o wiele więcej, by chronić tych ludzi - przyznał w ostatnim wywiadzie dla "Huffington Post" Sekretarz Stanu USA John Kerry. Ale zaraz dodał: - Nie mówię o przyjmowaniu uchodźców na stałe. Mamy obozy dla uchodźców w Jordanii, w Libanie, w Turcji... (...) Być może musimy utworzyć cały system obozów, by poradzić sobie z tym problemem.
To wypowiedź dobrze oddająca atmosferę wokół kwestii uciekinierów z Syrii, jaka zapanowała za oceanem. USA zamierzają trzymać się od uchodźców z daleka. I mają w zanadrzu kilka argumentów.
Strach przed dżihadem Po pierwsze, chodzi o postawę prezentowaną przez społeczeństwo. Amerykanie po latach wojen w Afganistanie i Iraku są sceptyczni wobec zagranicznych interwencji. Nawet jeśli nie oznaczają one wysyłania żołnierzy na kolejne misje. W teorii - jak napisał ostatnio "New York TImes" - Amerykanie mogliby np. wykorzystać okręty stacjonującej na Morzu Śródziemnym Szóstej Floty, by ratować uciekających tą drogą ludzi. Ale takie inicjatywy nie mają ani politycznego, ani społecznego poparcia.
Poza tym w Waszyngtonie przekonują, że przecież Ameryka już zrobiła i robi swoje w temacie migrantów. Amerykanie długo byli najbardziej hojnymi sponsorami międzynarodowych programów, które wspierają uchodźców. Każdego roku wpuszczają do siebie około 70 tys. uchodźców. Syryjczycy nie stanowią wśród nich dużej grupy, bo biurokracja związana z przyznawaniem zgody na pobyt zajmuje dużo czasu - nawet dwa lata.
Dodatkowo palącym tematem stała się za oceanem sytuacja imigrantów z Meksyku. Amerykanie nie będą podejmować debaty o Syryjczykach, skoro właśnie pod dyskusję poddawany jest pomysł jednego z Republikanów startujących w prezydenckich prawyborach, by deportować 11 milionów nielegalnych imigrantów.
Najważniejszy jest jednak chyba inny argument. Otóż kiedy kilka miesięcy temu kilkunastu senatorów wystosowało do prezydenta Obamy list z apelem o przyjęcie co najmniej 65 tys. syryjskich uchodźców, krytyka była miażdżąca, a parlamentarzystów nazwano "kilką dżihadystów". To pokazuje, że USA po prostu boją się terroryzmu, a wpuszczenie do kraju większej liczby azylantów z Syrii w mniemaniu Amerykanów oznacza ryzyko kolejnego ataku. Dlatego niech sobie radzi z nimi Europa...
Moralny obowiązek Postawa Stanów Zjednoczonych może budzić zdumienie. Część komentatorów już zwraca uwagę, że akurat Amerykanie powinni być pierwszymi, którzy ruszą z pomocą dla Syryjczyków. Dlaczego? Bo pomogli stworzyć sytuację, która dzisiaj sprawia, że Syryjczycy stają się uchodźcami. Wojna w Iraku zdestabilizowała przecież Bliski Wschód i jest jedną z praprzyczyn dzisiejszej ekspansji Państwa Islamskiego.
Amerykanie po prostu odwracają się plecami od regionu, który pomogli zdestabilizować. Ten rodzaj amnezji jest powodem do wstydu.
Napisz do autora: michal.gasior@natemat.pl
