
Tak jak „Egzorcysta” obejrzany w wieku siedmiu lat pod nieobecność rodziców potrafi odcisnąć piętno na naszej psychice, tak podobny wpływ na Maję miały znienawidzone lekcje wf-u. „Bieganie kojarzyło mi się tylko z niewiarygodnym zmęczeniem i ostrym kłuciem w klatce piersiowej, wiec zaczęłam głośno i wyraźnie zaznaczać, że biegania nie cierpię, bo to aktywność pozbawiona sensu” - wyjawiła na swoim blogu w jednym z pierwszych wpisów. Wydawało się, że na buty biegowe będzie do końca życia patrzyła z takim samym przerażeniem, jakie maluje się na twarzy byłego amatora filmów grozy, kiedy ciemną nocą w mieszkaniu wysiądą korki. Okazuje się jednak, że nawet największy strach można przezwyciężyć.
Być może kluczem do pokonania własnych słabości był wrodzony masochizm – bo jak inaczej wytłumaczyć, że Maja napakowany do granic możliwości plan dnia postanowiła rozciągnąć tak, aby zmieścić w nim jeszcze codzienne biegowe treningi?
– W ogóle nie zdawałam sobie sprawy, ile czasu to zabiera – przyznaje. – Wiadomo było, że treningi będą długo trwać, natomiast przygotowanie to nie są tylko treningi – dochodzą jeszcze wizyty u fizjoterapeutki, przygotowanie pięciu posiłków codziennie... To zabiera mnóstwo czasu. Właściwie całe moje życie jest teraz podporządkowane treningom i bieganiu. Znajomi muszą długo czekać, aż się z nimi umówię. Spontaniczne wyjścia odpadają, bo wszystko mam zaplanowane. Jak mam wstać o piątej to nie mogę długo siedzieć – tłumaczy.

Pomimo tego, że przez ostatnie półtora roku spotkania towarzyskie były systematycznie spychane na dalszy plan, ani rodzina, ani przyjaciele nie obrażali się, że w rankingu priorytetów spadli na niższe pozycje. – Znajomi czy rodzina na początku właściwie nic takiego nie mówili... – stwierdza wymijająco Maja, ale na jej twarzy maluje się lekki uśmiech mówiący: „I co niedowiarki? Łyso wam?”. Jak sama chwilę później przyznaje, nikt, łącznie z nią samą, nie bardzo wierzył, że starczy jej samozaparcia, aby przez 18 miesięcy, czy słońce, czy deszcz, wybiegać na trasę i „robić” kolejne kilometry.
Maja Sieńkowska
W miarę jak biegowa kilometrówka rosła, Maja odkryła, że bieganie ma różne – jaśniejsze i ciemniejsze, strony oraz że istnieje coś takiego jak bieganie dla przyjemności. Paradoksalnie upewniła się też, że szkolne wspomnienie hektolitrów potu i łez wylewanych podczas testów Coopera nie było urojeniem:
Maja Sieńkowska
Czytając ostatnie blogowe wpisy Mai można odnieść wrażenie, że obecną w nich jeszcze nie tak dawno temu radość z nowo odkrytej pasji („Kocham bieganie równie mocno jak kiedyś, a może nawet mocniej. Nie mogę się doczekać kolejnych dni treningowych, daję z siebie 200%. Wracam nieżywa, ale szczęśliwa”) zaczyna zżerać dawny strach:
Maja Sieńkowska
Czyli jednak jest nadzieja? Chyba tak, bo o ile Maja wykręca się obecnie od jednoznacznej odpowiedzi na pytanie o status swojego związku z bieganiem, zapewnia, że relacja próbę czasu przetrwa. – Miłość? Teraz to jest burzliwy związek, więc nie wiem jak to się zakończy, trudno mi powiedzieć. Na pewno będę biegać, ale już nie mogę doczekać się, kiedy wyjdę bez zegarka i patrzenia jaki mam puls i tempo, żeby po prostu biec dla przyjemności – rozmarza się na chwilę i dodaje, że sport, który w jej życiu pojawił się tak niespodziewanie, jednak w głowie namieszał: – Teraz trudno mi powiedzieć, jakby to było bez biegania, chyba miałabym wyrzuty sumienia, że siedzę na kanapie i że wszystko zaprzepaszczam. Nie wiem, czy to jest miłość – na pewno duża sympatia – przekonuje i dorzuca na koniec: – Biegać na pewno będę, ale nie wiem jak.
