W Polsce praktycznie nie ma imigrantów i uchodźców z ostatniej fali ucieczek z Azji i Afryki, ale to nad Wisłą dyskutuje się o kryzysie migracyjnym najgoręcej.
W Polsce praktycznie nie ma imigrantów i uchodźców z ostatniej fali ucieczek z Azji i Afryki, ale to nad Wisłą dyskutuje się o kryzysie migracyjnym najgoręcej. Fot. Shuterrstock.com

Przez Polskę przewinęła się dotąd jedynie garstka imigrantów oraz uchodźców z Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu. Dyskusja na ich temat jest tutaj jednak wyjątkowo gorąca. Tak jakbyśmy byli na miejscu Niemców, u których te setki tysięcy ludzi szukają lepszego życia lub jednym z narodów, od których imigranci i uchodźcy oczekują pomocy w przedostaniu się nad Łabę. Polacy chyba dobitnie dowodzą w ten sposób swojej "imigrantofobii".

REKLAMA
Skąd ta opinia? Minione dwa tygodnie spędziłem na Węgrzech i Słowacji. Wśród Madziarów znalazłem się w pierwszych dniach, w których najsilniej uderzyła w nich fala imigrantów i uchodźców. Wzburzona wcześniej przez pogrywające kryzysem migracyjnym z Unią Europejską kraje takie, jak Turcja, Serbia, czy nawet należąca wciąż do wspólnoty Grecja. Nie wypełniły one swoich międzynarodowych zobowiązań i w efekcie pierwsze dni września na Węgrzech stanęły pod znakiem paraliżu części Budapesztu, oraz sporej nerwowości na południowych granicach i głównych drogach prowadzących do stolicy, lub w kierunku Austrii.
Bez paniki na Węgrzech
Dyskusjom Węgrów na ten temat nie można było się więc dziwić, bo na ich oczach, często z ich mimowolnym udziałem działo się coś bardzo gorącego. Poza mającymi największe powody do niezadowolenia z powodu niedziałającego dworca Keleti i sparaliżowanej części ulic budapeszteńczykami, czy wystraszonymi nieco całą tą sytuacją mieszkańcami przygranicznych komitatów Bács-Kiskun i Csongrád, większości naszych pozostałych bratanków znad Balatonu ten temat niezbyt zaprzątał.
logo
O imigrantach i uchodźcach najgoręcej mówi się na Węgrzech raczej wśród parlamentarzystów niż zwykłych obywateli. Fot. Jakub Noch/naTemat.pl
Bo Węgrzy, mający już pewne doświadczenie z uchodźcami z czasów bałkańskich wojen, dobrze wiedzą, że cała ta sytuacja to dla nich raczej problem chwilowy. I będący przede wszystkim z kryzysem humanitarnym, a nie powodem do obaw, że Syryjczycy, Libijczycy, Irakijczycy, Kurdowie, Afgańczycy i wszyscy pozostali uciekinierzy opanują teraz ich ukochany Magyarország. – Imigranci uciekną na Zachód, prawdziwi uchodźcy prędzej czy później wrócą do swoich ojczyzn – usłyszałem od Mathiasa prowadzącego winnicę w egerskiej Dolinie Pięknych Panien. Gdzie znacznie więcej obaw żywią wciąż w związku z wojną na pobliskiej Ukrainie niż "niemieckim problemem" z imigracją.
– Jedyne, co mnie frustruje w całej tej sytuacji, to zachowanie naszego rządu, który nie potrafił zapewnić tym ludziom odpowiedniej pomocy na granicach. Jestem bardzo wyczulona na tematy społeczne i nie mogę patrzeć na to, w jakich warunkach ci ludzie, którzy w większości przeszli przez piekło, muszą czekać na pomoc. I jak są traktowani przez nasze władze – mówiła mi Rita, u której z przyjaciółmi zatrzymaliśmy się na Węgrzech. Ani dla niej, ani dla wielu jej rodaków ten temat bynajmniej nie należał jednak do najważniejszych. Jeżeli można było go usłyszeć w dyskusjach w madziarskich kafejkach, to raczej przede wszystkim z ust... polskich turystów. Zdziwionych chyba, że Węgrzy nie robią problemu z dziesiątek tysięcy przepływających przez ich kraj imigrantów i uchodźców, gdy u nas nerwowo robi się na samą myśl, że 38-milionowy naród miałby się zmierzyć z kilkoma tysiącami "obcych".
Jeśli Węgrzy rozmawiają dziś gorąco o polityce, to raczej o swoich wewnętrznych sprawach. Szczególnie o ocenie polityki prowadzonej przez coraz mocniej nudzącego im się premiera Viktora Orbána. Dla którego kryzys imigracyjny to notabene gwiazdka z nieba, dzięki której znowu może grać wielkiego męża stanu. W czym ostatnio wydatnie pomogli mu inni przywódcy Grupy Wyszehradzkiej z Ewą Kopacz na czele. Gdy Orbán u boku polskiej premier wznosił słuszne postulaty dotyczące wzmożenia kontroli procesów migracyjnych i konieczności rozróżniania uchodźców od imigrantów, gdzieś w cień szły pytania Węgrów o to, dlaczego w ostatnich latach usilnie odciągał ich z Zachodu w kierunku Kremla.
Antyimigrancki jak Polak...
Pozostając w granicach Grupy Wyszehradzkiej, wróćmy jednak do głównego tematu. Inaczej niż w Polsce, imigranci, i uchodźcy nie wzbudzają wielkich emocji także na Słowacji. Choć nasi sąsiedzi zza Tatr zostali właśnie zmuszeni do przywrócenie kontroli na pograniczach znajdujących się w Strefie Schengen, a ich oparta na wielkim przemyśle, coraz silniejsza gospodarka jest znacznie bardziej atrakcyjna dla przybyszów z Azji i Afryki niż Polska, czy Węgry, nie czynią jednak z tych obaw sensu życia.
logo
Czarne chmury nad Słowacją to jedynie efekt kiepskiej pogody w minionych dniach, a nie obaw o zalew "obcych"... Fot. Jakub Noch / naTemat.pl
Spędziłem na Słowacji kilka minionych dni i nasi sąsiedzi nie kwapili się do tego, by z pasją dyskutować na temat kryzysu imigracyjnego. Choć są bardziej niż Polacy narażeni na udział w nim, tak w tamtejszych mediach, jak i na ulicach więcej uwagi poświęca się własnym problemom. A wśród tych o etnicznym tle, głównie kłopotom wynikającym z utrzymującej się wciąż alienacji licznej wśród Słowaków mniejszości romskiej. Przez cały mój pobyt na Słowacji temat imigrantów i uchodźców wrócił więc w dobrze znanej znad Wisły formie w tylko raz. Na Rysach. Gdzie grupka młodych Polaków z dumą zapowiadała udział w obchodzonym 12 września "Dniu bez Kebaba"...

Napisz do autora: jakub.noch@natemat.pl