Mają po 30 lat i już są członkami zarządu. W garażu nowe audi. Pracowici i zdolni? Niekoniecznie. To dzieci szefa

Do prezesowania przygotowywani są od najmłodszych lat.
Do prezesowania przygotowywani są od najmłodszych lat. Fot. Materiały prasowe.
Janusz, 55-letni biznesman, właściciel klubu sportowego w Warszawie, nie widzi nic złego w zatrudnianiu rodziny. Właściwie zauważa same plusy. – Komu ufać jak nie rodzinie – przekonuje. Zatrudnia więc trzech synów, żonę, a także dwie synowe, dziewczynę najmłodszego syna i jej matkę. Do tego trzeba doliczyć jeszcze kilkanaście osób dalej spokrewnionych. Praca w takiej firmie staje się nie do wytrzymania dla pozostałych pracowników. Tajemnicą poliszynela jest, że dziewczyna szefa lub brat dyrektorki jest nie do ruszenia. Nawet jeśli się obija i nadaje tylko do stawiania pieczątek.


– Po kilkunastu latach pracy postanowiłem złożyć wypowiedzenie – mówi pracownik Janusza. – Miałem ludzi pod sobą, ale ponieważ byli z rodziny szefa, trudno mi było wydawać im polecenia, zawsze wisiała nade mną groźba dywanika, bo „poskarżę się wujowi” – dodaje rozgoryczony pracownik.


Rodzinna sielanka
Nepotyzm, czyli zatrudnianie znajomych i krewnych, ma długą tradycję. Zazwyczaj kojarzymy go z obstawianiem swoimi ludźmi stanowisk w instytucjach publicznych. W rodzinnych firmach jest tak samo, tyle że tutaj kapitał należy do rodziny i trzeba go utrzymać. Przykładów nie brakuje. Sebastian Kulczyk, syn zmarłego w tym roku Jana Kulczyka, przejął ster w rodzinnej firmie. Ojciec przygotowywał go do tej roli, na przykład dając mu tuż po studiach 100 tysięcy złotych na rozwój własnego biznesu. Efekt? Syn, pomimo że poniósł porażkę (biznes upadł) wie na własnej skórze, że na sukces trzeba zapracować. Czy podoła prowadzeniu biznesów, jakie dostał w spadku, przekonamy się niebawem.


Taki stan rzeczy oburza pozostałych pracowników, którzy w drodze do swoich posad przeszli przez wszystkie kręgi rekrutacji. Nic dziwnego, skoro w przypadku „synów” i „córek” o zatrudnieniu decyduje właściwe nazwisko w metryce. Dostają pracę bez względu na to, czy się nadają czy nie. Mają wyższe pensje i niekoniecznie wyższe, solidne wykształcenie. Całe życie mogą liczyć na miękką poduszkę i tę błogą świadomość, że błędy i tak zostaną wybaczone. Normalny pracownik nie ma takich ułatwień.


Czy gniew otoczenia jest słuszny? Nie zawsze – przekonują eksperci. Największe korporacje na świecie to efekt rodzinnych biznesów. Firmy przechodzą z pokolenia na pokolenie i ten system świetnie funkcjonuje.
Dr Jan Zając, prezes zarządu Sortender

Niedawne amerykańskie badania nad przedsiębiorcami pokazały, że jest wśród nich wiele dzieci z bogatych rodzin. Nawet jeśli rodzice nie przekazali im rodzinnych firm do zarządzania, to i tak te osoby były na starcie w lepszej sytuacji, gdyż miały dostęp do sieci kontaktów rodziców i były dobrze wykształcone (a to oznaczało także dobrą własną sieć kontaktów zbudowaną w trakcie edukacji). W dodatku miały świadomość, że jeśli coś im nie wyjdzie, zawsze mogą liczyć na pomoc rodziców.

Podobnego zdania jest też dr Grzegorz Makowski, socjolog z Collegium Civitas. – Dzieci w takich rodzinach są wychowywane w kapitalistycznym etosie, w dobrym tego słowa rozumieniu. Wpaja im się, że trzeba sobie zasłużyć na sukces, wykazać się. Ale jest też jakaś liczba patologicznych przypadków, kiedy rodzice robią wszystko, żeby dziecko miało życie usłane różami. To droga do wychowania albo osoby bezradnej albo zepsutej – dodaje socjolog.

Prowadzenie za rękę to droga donikąd
W jaki scenariusz wpisuje się rodzinny biznes pana Janusza? Jak przyznaje biznesmen, jego synowie mieli „ciężko w życiu”. Codzienny wysiłek spowodowany grą w tenisa uniemożliwiał im czytanie książek. – Nie było czasu na klasyczny tryb nauki. Normalny człowiek tego nie zrozumie. Codzienne wożenie ze szkoły wprost na kort. Nie było łatwo. To była ogromne poświęcenie z ich strony – wspomina.
W nagrodę za „dzielność” nie trzeba było długo czekać. Jeden z synów do matury podchodził z duszą na ramieniu. Na ramieniu swojego taty oczywiście, który uznał, że lepiej dać mu ją w prezencie. A jako że dzieci trzeba obdarowywać po równo, kolejny syn, który powtarza klasę w liceum, też nie będzie poszkodowany. – Wykształcenie zdobędą w praktyce. Dyplom uczelni nie jest najważniejszy przecież I tak będą u mnie pracować. Komu się nie ufa jak rodzinie – dodaje.

Zasady „Wszystko w rodzinie” trzyma się też większość polskich rodzinnych firm – wskazują badania Instytutu Biznesu Rodzinnego. Mówią one o tym, że około 3/4 takich biznesmenów przekaże stery władze swoim potomkom. Rodzinne biznesy bywają ryzykowne, jednak czy ktokolwiek z nas na miejscu rodzica-prezesa postąpiłby inaczej wobec swojego dziecka? Prędzej czy później następcę rodzinnej firmy i tak zweryfikuje mniej litościwy niż pan Janusz - wolny rynek.

Napisz do autorki: kalina.chojnacka@natemat.pl