
Janusz, 55-letni biznesman, właściciel klubu sportowego w Warszawie, nie widzi nic złego w zatrudnianiu rodziny. Właściwie zauważa same plusy. – Komu ufać jak nie rodzinie – przekonuje. Zatrudnia więc trzech synów, żonę, a także dwie synowe, dziewczynę najmłodszego syna i jej matkę. Do tego trzeba doliczyć jeszcze kilkanaście osób dalej spokrewnionych. Praca w takiej firmie staje się nie do wytrzymania dla pozostałych pracowników. Tajemnicą poliszynela jest, że dziewczyna szefa lub brat dyrektorki jest nie do ruszenia. Nawet jeśli się obija i nadaje tylko do stawiania pieczątek.
Nepotyzm, czyli zatrudnianie znajomych i krewnych, ma długą tradycję. Zazwyczaj kojarzymy go z obstawianiem swoimi ludźmi stanowisk w instytucjach publicznych. W rodzinnych firmach jest tak samo, tyle że tutaj kapitał należy do rodziny i trzeba go utrzymać. Przykładów nie brakuje. Sebastian Kulczyk, syn zmarłego w tym roku Jana Kulczyka, przejął ster w rodzinnej firmie. Ojciec przygotowywał go do tej roli, na przykład dając mu tuż po studiach 100 tysięcy złotych na rozwój własnego biznesu. Efekt? Syn, pomimo że poniósł porażkę (biznes upadł) wie na własnej skórze, że na sukces trzeba zapracować. Czy podoła prowadzeniu biznesów, jakie dostał w spadku, przekonamy się niebawem.
Niedawne amerykańskie badania nad przedsiębiorcami pokazały, że jest wśród nich wiele dzieci z bogatych rodzin. Nawet jeśli rodzice nie przekazali im rodzinnych firm do zarządzania, to i tak te osoby były na starcie w lepszej sytuacji, gdyż miały dostęp do sieci kontaktów rodziców i były dobrze wykształcone (a to oznaczało także dobrą własną sieć kontaktów zbudowaną w trakcie edukacji). W dodatku miały świadomość, że jeśli coś im nie wyjdzie, zawsze mogą liczyć na pomoc rodziców.
W jaki scenariusz wpisuje się rodzinny biznes pana Janusza? Jak przyznaje biznesmen, jego synowie mieli „ciężko w życiu”. Codzienny wysiłek spowodowany grą w tenisa uniemożliwiał im czytanie książek. – Nie było czasu na klasyczny tryb nauki. Normalny człowiek tego nie zrozumie. Codzienne wożenie ze szkoły wprost na kort. Nie było łatwo. To była ogromne poświęcenie z ich strony – wspomina.

Napisz do autorki: kalina.chojnacka@natemat.pl
