Chcesz zrozumieć Polaka? Obejrzyj "Alternatywy 4" – Amerykanie zachwyceni absurdami PRL-u

Screen z filmu Alternatywy 4/ www.alternatywy4.net
W Polsce klubów zrzeszających miłośników kultowego serialu Stanisława Barei nie brakuje. Ci którzy pamiętają polską rzeczywistość lat 80. wiedzą, że choć przytłaczający socrealizm był długi i szary jak papier toaletowy, to jednak wedlowskie delicje smakowały najlepiej na świecie. Ten głęboko zakorzeniony sentyment zabrał ze sobą do Stanów 37-letni Michał Wichary, który postanowił odtworzyć rzeczywistość tamtych lat, w swojej filmowej wersji serialu Alternatywy 4 in America.


Marcin Wichary od 10-lat mieszka w Dolinie Krzemowej, na co dzień pracuje jako projektant interakcji dla takich firm jak Google czy Medium.com. Jak wpadł na pomysł na tego typu projekt? Wspomnienia i nostalgia. A także próba wyjaśnienia amerykańskim przyjaciołom dlaczego "Polak tak ma" czy skąd u nas biorą się niektóre odruchy bezwarunkowe. Jak pisze na swoim profilu na stronie medium.com trudno jest zrozumieć specyfikę ponad trzydziestoletniego Polaka, bez świadomości realiów życia w PRL. Skąd się wzięła u nas cierpliwość do stania w kolejkach, czy też ten specyficzny rodzaj poczucia humoru?


Kultowy serial "Alternatywy 4" doskonale odpowiada na te pytania. Socrealistyczne paradoksy życia mieszkańców nowego osiedla na warszawskim Ursynowie, chociaż mogą wydawać się przerysowane, wcale takie nie były. Ukazują cały przekrój ówczesnego społeczeństwa i codzienne zmagania z codziennością, począwszy od wszechobecnej biurokracji, korupcji, przez problemy z niedoborami żywności i przerwami w dostawie prądu, a kończąc na samej postaci, zawsze poprawnego politycznie karierowicza, Stanisława Anioła (w filmie nazwisko przetłumaczono na Angel). Do tego w serialu zagrała cała śmietanka polskich aktorów takich jak: Wilhelmi, Gajos czy Pyrkosz.

Marcin Wichary uznał, że właśnie to muszą zobaczyć jego amerykańscy koledzy, że kultowe Alternatywy 4, cieszące się do dziś ogromną popularnością w naszym kraju, muszą też zaprezentować się za granicą. W tym celu skompletował zespół ludzi i skrócił 9 odcinków serialu do 2,5 godzinnego filmu. Była to żmudna praca montowania i tłumaczenia, co jak wiadomo, w przypadku idiomów języka polskiego nie jest takie proste. Ale opłaciło się.

Po kilku miesiącach pracy film był gotowy do projekcji i trafił do wynajętej przez autora projektu sali kinowej w San Francisco. Ponad 100 osób, w większości przyjaciele, przenieśli się w czasy dzieciństwa Marcina. Całe wydarzenie zostało wykonane z wielką starannością o szczegóły typowe dla PRL-owskiej epoki. Na początek na ekranie pojawia się znany nam dobrze, biały, analogowy zegar na niebieskim tle, odliczający minutę do rozpoczęcia filmu.
Aby lepiej ukazać czym była Polska tamtych lat Wichary zaserwował widzom małą lekcję historii, aby wyjaśnić, dlaczego niegodne pozazdroszczenia perypetie mieszkańców trzeba było zasłonić maską ironii i kpiny w celu obejścia cenzury (co przez trzy lata się nie udawało). Dla widzów przygotował też specjalne broszury ze słownikiem podstawowych pojęć, a na koniec można było spróbować poczęstunku w iście PRL-owskim wydaniu.
Śledząc poczynania bohaterów publiczność co chwilę wybuchała śmiechem albo wręcz przeciwnie – nie śmiali się, bo nie potrafili zrozumieć "co w tym może być śmiesznego".


Pomimo różnych reakcji projekcja okazała się sukcesem, a sam Wichary ma nadzieję podbijać kolejne sale kinowe. Jak widać nie trzeba wydawać fortuny, żeby zareklamować Polskę. Wystarczy dobry pomysł, umiejętności i odrobina serca do tego co się robi. Trzeba przyznać, że cały projekt wypadł świetnie i warto zapoznać się z tą alternatywną wersją serialu.

Napisz do autorki: kalina.chojnacka@natemat.pl