Czekanie na przystanku, nawet krótko, nie jest przyjemnym zajęciem.
Czekanie na przystanku, nawet krótko, nie jest przyjemnym zajęciem. Agencja Gazeta/ Dariusz Borowicz

Warszawskie Powiśle ma metro, które jest zbyt daleko od większości budynków mieszkalnych, oraz kilka autobusów. Sporo możliwości dojazdu do pracy jest na Krakowskim Przedmieściu, ale mało komu się chce wchodzić pod górę. To jest męczące i zabiera dużo cennego, porannego czasu. Autobusy 105, 127 i 118 są najbliżej. Ale czasami coś się psuje w Matrixie i najważniejszy nie przyjeżdża. Wytłumaczeniem może być tylko to, że stało się coś strasznego, był wypadek, kierowca zasłabł. Zwykle nic takiego nie ma miejsca.

REKLAMA
7:50
105 jeździ co 10 minut i rzadko kiedy się spóźnia, chociaż trasę ma korkową. 127 też nie jest najgorsze, ale już bardziej zawodne niż 105. Najgorszy jest autobus 118. Niedługo ludzie zaczną w niego rzucać jajkami.
We wtorek wyszłam z domu pięć minut za późno. Wiedziałam, że nie zdążę już na 118, które odjeżdża o 7.45 według rozkładu na przystanku, a według rozkładu znajdującego się na stronie zarządu – minutę wcześniej. Liczyłam na to, że może przyjedzie jakiś spóźniony, miałam też zamiar poczekać na ten o 7:54.
Na przystanku, oprócz mnie, stały jeszcze dwie osoby, jedną z nich kojarzę. Czasem przesyłamy sobie smutne spojrzenia, kiedy 118 znowu się spóźnia. Stoję cierpliwie, bawię się telefonem. Jakaś prasówka, Instagram, sprawdzam maile. Na przystanku pod Biblioteką Uniwersytecką jest coraz bardziej tłoczno. Doszły trzy osoby.
Starszy pan z gazetą pod pachą pyta. – Czy było już 118? –Nie, powinno być za 4 minuty – odpowiadam. – To się jeszcze okaże – odpowiada siwy pan. Zaczynam czuć niepokój i brak wełnianych skarpet. Do tego mżawka moczy mi powoli twarz i włosy, mój czarny łaszcz wygląda, jakby miał na sobie rosę. Rozglądam się. Twarze tych pięciu osób są jeszcze spokojne.
8:00Po raz pierwszy słyszę słowo "skandal", ale wciąż łudzę się, że 6 minut spóźnienia to jeszcze nie tak źle. Może wciąż zdążę na pasujący mi tramwaj, do którego mam zamiar wsiąść na Moście Gdańskim. Pan, którego już kojarzę bierze głęboki wdech i wypuszcza głośno powietrze nadymając przy tym policzki, jakby chciał coś zdmuchnąć. Albo przyspieszyć przyjazd feralnej 118-tki.
Nikt się nie spodziewa, co nas czeka, dlatego nikt nie podejmuje jeszcze żadnych kroków. W ciągu 10 minut dwa razy podjechały autobusy 105 i 127. Zaczynam nieśmiało spoglądać na kierowców, którzy być może wiedzą dlaczego 118 nie przyjeżdża, a może nie mają o tym zielonego pojęcia. Na wszelki wypadek w moim spojrzeniu jest też wyrzut.
Patrzę na dziewczynę, 19 lat – na oko. Ona się nie wstydzi. Stoi pewnie, na rozstawionych nogach i z uporem maniaka, ze wściekłą twarzą, wpatruje się w kierowcę każdego autobusu 127. Kiedy pojazd odjeżdża, trochę się luzuje i wywraca oczami. Jest już bardzo zła, a minęło dopiero 15 minut. Z przystanku zniknął pan z gazetą, zostałam ja, buńczuczna dziewiętnastka, pan, którego kojarzę z porannych podróży do pracy, jakaś kobieta i mężczyzna koło 30-tki, którego wcześniej nie zauważyłam, a który niedługo wybuchnie. Poza tym ludzie, którzy mają szczęście i są na tym przystanku tylko przez chwilę, bo co jakiś czas przyjeżdżają ich autobusy.
8:15
Jest coraz gorzej, bo niedługo stracę szansę na przybycie do pracy o czasie. A nie mogę się spóźnić, bo o 9 mamy kolegium i nie ma wybacz. Ale czekam cierpliwie, bo przecież nie pójdę teraz na Krakowskie Przedmieście, bo stracę czas, a 118 na pewno za chwilę przyjedzie i kiedy go zobaczę, będę za daleko, żeby do niego dobiec.
Wydaje mi się, że 30-latek czyta mi w myślach, bo nagle odzywa się do nas, grupy obcych mu ludzi. – Aaaj, powiedzieliby, że go nie będzie, to bym poszedł szybko coś wykombinować, a tak to myślę, że nie ma co iść, bo na pewno przyjedzie. Cholera, a tak mi się śpieszy. Centrum stolicy niby, a taki cyrk – narzeka mężczyzna i nie zdradza, kto i jak miałby nam powiedzieć, że 118 nie będzie.
Na to pan, którego kojarzę. – A wie pan, ma pan rację, bo to szlag może trafić. Ja nie mam jak inaczej dojechać do pracy, to 118 pasuje mi najbardziej. A wie pan, ja próbowałem nawet to zgłosić kiedyś, w autobusach są takie plakaty, podają numer, że niby można zadzwonić i naskarżyć, jak jest tłok w autobusie albo się zepsuł, albo spóźnił. To powiem panu, że jak już się tam cudem pan dodzwoni, to nakłamią, że przyjęli do wiadomości i dalej cisza. Nic –wyjaśnił. Widocznie miał i w tym przypadku pecha.
8:30
Jestem już trochę załamana. Nie wiem, co robić. Czekam już 40 minut, czuję się, jak frajer. Już sto razy zdążyłabym podejść ulicą Oboźną pod górę i wsiąść w jakieś 180. A ja stoję jak ten frajer na przystanku pod BUW-em. A ze mną frajerka dziewiętnastka, frajer znajomy z podróży do pracy, frajer trzydziestoletni i cicha pani frajerka, która poza tym, że za chwilę wsiądzie do taksówki nie robi w tej scenie nic ciekawego.
Bo właśnie, kilka minut później i jedną turę 105 i 127 później, podjechała bordowa taksówka i zabrała przemarzniętą kobietę z przystanku. Wsiadając zrobiła gest przepraszający, czyli wzruszyła ramionami, przekrzywiła głowę i uśmiechnęła się do nas nieśmiało.
Widząc to odzywa się trzydziestolatek. – Skandal, ja nie mam pieniędzy na taryfę, ale za bilety też płacę, miesięczny mam, to za co ja do cholery płacę, pytam się pana – zwraca się niespodziewanie do mojego znajomego. – Pan ma ten numer do tego zarządu? Zadzwonię tam i przynajmniej kogoś op*****lę! – podnosi już głos. Niestety nikt z nas nie ma, ja mogę sprawdzić na telefonie, mówię, ale coś mi się wiesza net akurat.
Nagle podjeżdża kolejne 127, trzydziestolatek wskakuje do niego i krzyczy do jakiejś kobiety koło 70-tki. – Jaki jest ten numer,na który mam zadzwonić, że nie przyjechało to 118? Szybko! Niczym nie zdziwiona kobieta dyktuje mu z plakatu, że 19 115. Facet nawet nie dziękuje, podbiega do kierowcy, blokuje stopą drzwi, bo w jest w amoku i może wydaje mu się, że to winda. Kierowca spokojny, wysłuchuje. – Czy wy już doszczętnie zwariowaliście, pytam? Och**jeliście?! Prawie godzinę czekamy na to zasrane 118, a wy tu sobie tym 127 jeździcie?! Ja już się spóźniłem do pracy, panie! – krzyczy na śniętego kierowcę.
Z autobusu ktoś nieśmiało się odzywa, że przez nerwowego trzydziestolatka on też nie zdąży i czy zostaje i jedzie, czy wychodzi, bo on rozumie wszystko, ale tak przecież nie można. – Co, pan nie może dojechać, to my też nie, co? – pyta retorycznie pasażer 127. Trzydziestolatek rzucił jeszcze jakieś przekleństwo w stronę kierowcy i wyszedł na przystanek. Drzwi autobusu się zamknęły, a kierowca przez odjazdem pokazał gest Kozakiewicza. Bohater awantury, czerwony na twarzy, rzucił nam tylko, że idzie, a my mamy robić co chcemy.
8:40
Już wiem, że nawet jak przyjedzie to 118, to i tak nie zdążę do pracy. Ryzyk fizyk, idę przed siebie. Idę tak szybko, że bolą mnie łydki. Mam wrażenie, że wkładam w to dużo energii, a efekty są nieadekwatne, bo idę za wolno. Jak we śnie, w którym chcesz biec, ale stoisz w miejscu. Albo kogoś uderzyć, ale masz sflaczałe ręce.
Idąc oglądam się za siebie, bo może na jednak 118 się wyłoni i do niego dobiegnę. Siądę sobie, odpocznę, a potem może cudem od razu przyjedzie tramwaj i spóźnię się tylko trochę. Tak się nie dzieje. Ale widzę już z daleka, że dziewczyna dziewiętnastka usiadła na wilgotnej przystankowej ławce i rozmawia z kimś przez telefon. Podejrzewam, że zaczęła konwersację od słów: Ty, słuchaj, spóźnię się, ale słuchaj, jaka akcja, co typ dał przed chwilą na przystanku!
Mój znajomy, który kilkanaście minut wcześniej zazdrośnie i z poczuciem wielkiej niesprawiedliwości patrzył na ludzi, którzy wsiadali do 105 i 127, sam to zrobił. Ja patrząc na tych wsiadających do 127 miałam do nich żal, że się poddali i nie czekali na 118, że tak to się tej sprawy nie rozwiąże. Nie wiem, gdzie pojechał, bo powinien jechać na Gdański. Może ma w głowie jakiś plan. Ja mam taki, że zadzwonię do pracy, wszystko im powiem. Że nie wiem za ile będę, bo już niczego nie mogę być pewna i żadnemu pojazdowi nie mogę ufać.
Autobus 118 zawodzi również w drodze powrotnej. Zmęczeni ludzie, którzy wracają z pracy do domu, nie mają już siły reagować na to, że trzy autobusy z rzędu nie przyjechały. Po prostu stoją i patrzą na Wisłę. Albo liczą samochody.

Napisz do autorki: barbara.kaczmarczyk@natemat.pl