
Lizzie Velasquez urodziła się z rzadko spotykaną chorobą – przez nią jest przeraźliwie chuda. Jej rodzicom powiedziano, że nigdy nie tylko nie urośnie, ale również nie będzie mówić, ani chodzić. Tak się nie stało. W okresie dorastania dziewczyna musiała stawić czoła hejterom. Gdy miała 17 lat, sieć obiegł kilkusekundowy filmik pt. "Najbrzydsza kobieta świata". Od tamtej pory Lizzie pokazuje światu, że to nie on definiuje jej piękno i to kim jest.
Kariera Velasquez rozpoczęła się kilka lat temu – w 2009 r. TED zaprosiło ją do wygłoszenia wykładu, dotyczącego postrzegania własnej osoby. Zebranym opowiadała o przeciwnościach, którym z sukcesem stawia czoła. Film z wydarzenia obejrzało ponad 9 mln osób. 26-letnia Lizzie jest dziś profesjonalną mówczynią. – Wielokrotnie byłam sfrustrowana i zła – mówiła podczas jednego z ostatnich spotkań. – Nie wiedziałam kogo mogę obwiniać i na kim się wyżyć. W każde urodziny mówiłam: Boże, spraw, żebym była normalna – dodała.
W rozmowie z Huffington Post powiedziała, że często pytała rodziców, co jest z nią nie tak. W odpowiedzi zawsze słyszała, że nic, a jedyne, co różni ją od innych to fakt, że jest niższa i szczuplejsza. – Mówili, że pomogą mi zrealizować każde marzenie – tłumaczy. Podkreśla, że wszystko zawdzięcza najbliższym, którzy uświadomili jej, że tak naprawdę ma dwa wyjścia: może sobie współczuć albo korzystać z tego, co ma. – A mam wiele i wolę mówić o tym zamiast narzekać, że czegoś mi brak i ciągle się z kimś porównywać – stwierdza.
Życie Velasquez wywróciło się do góry nogami, gdy do sieci trafił pewien film. Anonimowy autor wrzucił go na Youtube z podpisem: "Najbrzydsza kobieta świata". Internauci wylali na dziewczynę wiadro pomyj, sugerując m.in. by popełniła samobójstwo. – Przez długi czas myślałam, że jestem zupełnie sama – wspomina. – Teraz wiem jednak, że właśnie tego potrzebowałam. Dobrze bowiem dać sobie prawo do słabości. Gwarantuję, że jeśli przejdzie się przez najgorsze, później da się przenosić góry – podsumowuje.
W rozmowie z Huffington Post, podkreśla, że chce inspirować młode kobiety do bycia sobą, mimo że żyjemy w świecie, który nie daje na to pozwolenia. – Ludzie przez wiele godzin poprawiają zdjęcia, zanim ci je pokażą. Przyznaję, mam podobnie, ale chodzi mi tylko o "lajki" – mówi. – Tylko co mi właściwie po nich, jeśli nie mogę spojrzeć na siebie bez make-upu i retuszu – przekonuje.
Velasquez zdaje sobie sprawę, że akceptacja siebie nie jest wcale łatwym zadaniem. – Chcę powiedzieć ludziom, że życie nie raz da im w kość, ale światło po drugiej stronie jest warte tego, by się nie poddawać - reasumuje.
źródło: Huffington Post
Napisz do autorki: karolina.blaszkiewicz@natemat.pl
