
Która z kobiet nie chciałaby móc pozwolić sobie na ciuchy z najwyższej półki? Dior, Louis Vuitton, Praga, Alexander McQueen, Balmain. Ta ostatnia marka wejdzie 5 listopada ze specjalnie stworzoną kolekcją do sieciówki. Kolekcja dla H&M ma pozwolić osobie z ulicy stać się wyjątkowym. Serio? T-shirt za ponad 100 złotych, bluzka za 500, czy tunika za ponad 1000.
Rzuć wszystko, jest okazja Może to i jest okazja, ale która z kobiet kupujących ubrania w sieciówce, będzie mogła sobie na nią pozwolić? Powiedzmy, że za przeciętny t-shirt płacimy 39,90. Mało kto będzie w stanie wydać trzy razy tyle na koszulkę z krótki rękawem. Nawet pewnie za możliwość poczucia się wyjątkową.
No właśnie. Wyjątkowość. Większość z nas chciałaby się wyróżniać. Wielkie domy mody właśnie na tym zyskują najbardziej. Na ekskluzywności. Nie każdy może sobie na te ubrania pozwolić, właśnie dlatego są pożądane. Często ubrania te są dostępne tylko w kilku miejscach na świecie. Małe prawdopodobieństwo, że zobaczymy na ulicy kogoś w takim samym ciuchu. Dobrze, tutaj też nie w każdym H&M kolekcja będzie dostępna i będzie w ograniczonej ilości, ale wyjątkowa? Już jej tak raczej nie nazwiemy.
Z czym to się je Dom Balmain został założony przez Pierre’a Balmain’a. Swoją pierwszą kolekcje pokazał on światu w 1945 roku, a w 1949 pierwszy zapach. Aż do śmierci w 1982 roku głównym projektantem był sam Balmain. Później największy wpływ miał na markę prawdopodobnie Oscar de la Renta, który pracował z domem mody w latach 1993-2002. Obecnie dyrektorem kreatywnym Balmain jest Olivier Rousteing.
Przed Balmain H&M współpracował między innymi z Alexandrem Wangiem, Sonią Rykiel, Karlem Lagerfeldem, czy Versace. Polskie marki także próbowały takich kolaboracji. Reserved sprzedawał między innymi kolekcje stworzone przez Gosię Baczyńską, czy duet Paprocki&Brzozowski. Ubrania Gosi Baczyńskiej pojawiły się też w ostatnim czasie w Rossmannie. Niestety nie wszyscy są zachwyceni tego typu produktami. Jak o ostatniej propozycji z drogerii napisała na jednym z for Kati. – Kolekcja jest szarobura, materiał syntetyczny, bez żadnego polotu. Bluzki są rozciągnięte, deformują sylwetkę – oceniła.
Ilość, a jakość Problem jakości jest dość znaczący. Kupując na co dzień w sieciówkach liczymy się z niektórymi niedociągnięciami. Często są to rzeczy, które po kilku praniach do niczego już niestety nie nadają. Te „wyjątkowe” kolekcje też często wpisują się w standardy sieciówek. Kupując u wielkich projektantów mamy prawo kręcić nosem i liczyć na to, że przepiękny żakiet przetrwa z nami wszystkie burze. Nie sposób jednak oczekiwać, że metka ze znanym nazwiskiem podniesie jakość ciuchów z H&M. Bądź co bądź, jest to produkcja masowa.
Co mają z tego marki z najwyższych półek? Trudno stwierdzić. Z jednej strony otwierają się na szerszą publiczność. Być może liczą też na to, że młode dziewczyny kupujące w sieciówkach, kiedyś będą na tyle bogate, by kupować w oryginalnych domach mody i po prostu „wychowują sobie” klientelę. Z drugiej jednak strony, wydaje się, że marki na tym tracą. Schodzą do poziomu masowej produkcji, czyli czegoś z czym de facto powinni walczyć. Przecież to wydaje się mijać z celem…
Szkoda czasu Nie widzę kompletnie w takich kolekcjach sensu. Nie stać mnie na Balmain i po co mam udawać, że jest inaczej? Po to, żeby mieć metkę? Super, poczuję się wyjątkowa. A nie, przepraszam. Obok jest też metka H&M, czyli standard ludzi ulicy. Nie rozumiem tego szału, który odbywa się podczas premier „limitowanych” kolekcji. Ani to de facto limitowane, ani oryginalne, ani superdobrej jakości. Nawet mi do głowy nie przyszło, żeby w H&M wydać 1300 złotych na żakiet. Przykro mi, ale ja w tym okazji nie widzę.
Napisz do autorki: katarzyna.milkowska@natemat.pl
