
Wkrótce będzie powstawał "rząd Beaty Szydło". Ale tak naprawdę przyszła premier będzie miała wpływ na zaledwie część jego składu, i to mniej ważną. Bo kluczowe ministerstwa, takie jak obrona narodowa, sprawy wewnętrzne, sprawiedliwość czy sprawy zagraniczne prezes obsadzi swoimi ludźmi. I jeśli nie spodobają się oni Szydło, to już będzie jej problem, nie prezesa.
REKLAMA
Po kilkudziesięciu nerwowych godzinach, kiedy pojawiało się coraz więcej wypowiedzi polityków PiS, sugerujących, że wystawienie Beaty Szydło na premiera wcale nie jest takie pewne, partia postanowiła rozwiać wątpliwości. Komitet polityczny jednogłośnie poparł kandydaturę wiceprezes partii na premiera. Teraz przed kandydatką niezwykle trudny okres negocjowania składu przyszłego rządu.
Premier "na lata" czy "do lata"?
Wiele zależy od postawy przyszłej premier w czasie tych negocjacji, bo będzie to dla niej pierwsza, a być może ostatnia poważna okazja do ustalenia relacji z Jarosławem Kaczyńskim. Jeśli Szydło całkowicie skapituluje, prezes nie będzie miał absolutnie żadnych powodów, by liczyć się z jej zdaniem w kwestiach spornych. A tych będzie sporo, bo prezes ma do realizacji drogi program wyborczy, a Szydło wkrótce będzie musiała pilnować budżet.
Wiele zależy od postawy przyszłej premier w czasie tych negocjacji, bo będzie to dla niej pierwsza, a być może ostatnia poważna okazja do ustalenia relacji z Jarosławem Kaczyńskim. Jeśli Szydło całkowicie skapituluje, prezes nie będzie miał absolutnie żadnych powodów, by liczyć się z jej zdaniem w kwestiach spornych. A tych będzie sporo, bo prezes ma do realizacji drogi program wyborczy, a Szydło wkrótce będzie musiała pilnować budżet.
Z kolei jeśli Szydło będzie starała się być zbyt samodzielna, może okazać się nie "premierem na lata", ale "premierem do lata" – cytując krążący po Twitterze żart. Powtórzy się historia z poprzednich rządów PiS, kiedy prezes zauważył, że Kazimierz Marcinkiewicz mu zagraża, bo staje się coraz bardziej popularny i postanowił go zdymisjonować. Dlatego też Szydło musi zadbać, żeby wyborcy za bardzo jej nie polubili.
Marcinkiewicz: O każdym resorcie była rozmowa z Kaczyńskim
– Jarosław Kaczyński jest bardzo stanowczym negocjatorem – przyznaje w rozmowie z naTemat Kazimierz Marcinkiewicz, premier w latach 2005-2006. – Nie mogę powiedzieć jak będzie tym razem, ale w moim przypadku byli wyznaczeni, zaaprobowani przez Jarosława Kaczyńskiego i kierownictwo PiS przedstawiciele do poszczególnych stanowisk. Ale miałem też swoich kandydatów i część z nich udało mi się przeforsować – mówi polityk.
– Jarosław Kaczyński jest bardzo stanowczym negocjatorem – przyznaje w rozmowie z naTemat Kazimierz Marcinkiewicz, premier w latach 2005-2006. – Nie mogę powiedzieć jak będzie tym razem, ale w moim przypadku byli wyznaczeni, zaaprobowani przez Jarosława Kaczyńskiego i kierownictwo PiS przedstawiciele do poszczególnych stanowisk. Ale miałem też swoich kandydatów i część z nich udało mi się przeforsować – mówi polityk.
To całkiem spora grupa, bo Marcinkiewicz wymienia m.in. prof. Zbigniewa Religę (zdrowie), prof. Stefana Mellera (sprawy zagraniczne), Grażynę Gęsicką (rozwój regionalny), prof. Teresę Lubińską (finanse), Piotra Woźniaka (gospodarka) i Andrzeja Mikosza (Skarb Państwa). – Miałem kilka ministerstw, gdzie nie było silnych kandydatów z PiS i zaproponowałem ludzi z zewnątrz. O każdym resorcie była osobna rozmowa z Jarosławem Kaczyńskim – wspomina Kazimierz Marcinkiewicz.
Wiadomo już wcześniej
Oczywiście ministerialne przymiarki trwały już wcześniej, kiedy jeszcze planowano, że rządem pokieruje prezes. – Przed wyborami wiedzieliśmy, że do MSWiA miał iść Ludwik Dorn, a do Ministerstwa Sprawiedliwości Zbigniew Ziobro lub Zbigniew Wassermann – wyjaśnia były szef rządu. – Teraz tych oczywistości jest mniej, bo to jednak jakaś tam koalicja, są trzy mniejsze partie, które mają porozumienie z PiS, pewnie po jednym ministrze, do tego wiceministrowie, więc tym razem będzie inaczej – przewiduje Kazimierz Marcinkiewicz.
Oczywiście ministerialne przymiarki trwały już wcześniej, kiedy jeszcze planowano, że rządem pokieruje prezes. – Przed wyborami wiedzieliśmy, że do MSWiA miał iść Ludwik Dorn, a do Ministerstwa Sprawiedliwości Zbigniew Ziobro lub Zbigniew Wassermann – wyjaśnia były szef rządu. – Teraz tych oczywistości jest mniej, bo to jednak jakaś tam koalicja, są trzy mniejsze partie, które mają porozumienie z PiS, pewnie po jednym ministrze, do tego wiceministrowie, więc tym razem będzie inaczej – przewiduje Kazimierz Marcinkiewicz.
Polityk wskazuje jednak, że już teraz można wywnioskować część kandydatur do ministerstw. – Za moich czasów w PiS byli spikerzy, którzy odpowiadali za konkretne dziedziny. Jeśli dzisiaj w mediach to Jarosław Sellin wypowiada się o kulturze, to dlatego, że jest przymierzany do tego resortu – mówi Marcinkiewicz. Ale część ministerstw, szczególnie tych mniej ważnych, Beata Szydło będzie mogła obsadzić samodzielnie.
Resorty Kaczyńskiego
Jednak obsada części resortów zależy w stu procentach od prezesa. – U mnie ta wolność wyboru nie mogła dotyczyć MSWiA i służb specjalnych, było także wiadomo, że musiałem uzgadniać z prezydentem Lechem Kaczyńskim obsadę MSZ oraz, że do Ministerstwa Sprawiedliwości muszą iść Zbigniew Ziobro albo Zbigniew Wassermann – przypomina "premier z Gorzowa". – Jarosław Kaczyński większą wagę przywiązuje do resortów siłowych, bo uważa, że można nimi sterować państwem – wyjaśnia Kazimierz Marcinkiewicz.
Jednak obsada części resortów zależy w stu procentach od prezesa. – U mnie ta wolność wyboru nie mogła dotyczyć MSWiA i służb specjalnych, było także wiadomo, że musiałem uzgadniać z prezydentem Lechem Kaczyńskim obsadę MSZ oraz, że do Ministerstwa Sprawiedliwości muszą iść Zbigniew Ziobro albo Zbigniew Wassermann – przypomina "premier z Gorzowa". – Jarosław Kaczyński większą wagę przywiązuje do resortów siłowych, bo uważa, że można nimi sterować państwem – wyjaśnia Kazimierz Marcinkiewicz.
Próbkę tego mieliśmy w latach 2005-2007. Kaczyński obsadził swoimi zaufanymi ludźmi kluczowe instytucje. MSWiA rządził "trzeci bliźniak" Ludwik Dorn. Po konflikcie z prezesem musiał odejść, a na Batorego trafił Janusz Kaczmarek, który sprawdził się jako prokurator krajowy, a później Władysław Stasiak, zaufany Lecha Kaczyńskiego. MSZ najpierw rządził kandydat Marcinkiewicza Stefan Meller, ale po jego dymisji trafiła tam Anna Fotyga. – Odzyskaliśmy MSZ – stwierdził wtedy prezes.
"Odzyskiwanie"
Pierwszym szefem MON był Radosław Sikorski, który "zdradzi" PiS. Ale po nim przyszedł Aleksander Szczygło, również zaufany prezydenta Kaczyńskiego. Koordynatorem służb specjalnych został Zbigniew Wassermann, a tworzeniem CBA zajął się Mariusz Kamiński, współpracownik Kaczyńskiego jeszcze z lat 90.
Pierwszym szefem MON był Radosław Sikorski, który "zdradzi" PiS. Ale po nim przyszedł Aleksander Szczygło, również zaufany prezydenta Kaczyńskiego. Koordynatorem służb specjalnych został Zbigniew Wassermann, a tworzeniem CBA zajął się Mariusz Kamiński, współpracownik Kaczyńskiego jeszcze z lat 90.
Generalnie historia rządów 2005-2007 pokazuje stopniowe umacnianie się władzy Jarosława Kaczyńskiego. Prezes czekał tylko na błędy (mniej lub bardziej realne) faworytów Marcinkiewicza i zastępował ich ludźmi z grona swoich zaufanych. Tak może być i teraz: Szydło nie ma swoich ludzi, więc będzie w pełni zależna od prezesa i większości parlamentarnej, która stoi za nim murem.
Dlatego przy tworzeniu rządu Beata Szydło będzie musiała się zadowolić mniej ważnymi resortami, takimi jak edukacja (najprawdopodobniej Elżbieta Witek, zaufana Szydło), kultura (wspomniany przez Marcinkiewicza Jarosław Sellin) czy sprawy społeczne (tu mówi się o Elżbiecie Rafalskiej, która tuż po ogłoszeniu wyników dostała od Szydło telefon). Ale także tutaj oczywiste jest, że przyszła premier nie ma pełnej dowolności, będzie musiała mocno liczyć się ze zdaniem prezesa. Tak już w PiS jest. I dopóki rządzi Jarosław Kaczyński, tak pozostanie.
Napisz do autora: kamil.sikora@natemat.pl
