
– Ma być efekt wow. Otwierają się bramki i klienci wchodząc na halę mają poczuć zapach ciętego świerka, zobaczyć lśniące dekoracje, rzędy Świętych Mikołajów i butelki coca-coli udekorowane bombkami! Jest 8 tygodni do świąt idziemy po rekord! - tak załogę hipermarketu zagrzewała pani Barbara. Święta w listopadzie? Czemu nie. Właśnie zaczynają się największe żniwa w handlu.
Wchodzisz do sklepu i myślisz, że sam decydujesz co kupujesz i za ile? Błąd, błąd, naiwny błąd! To merchandiserzy prowadzą ciebie na niewidzialnej smyczy. Otwierają wejście z prawej strony hali głównej, aby klienci instynktownie zaczęli krążyć po sklepie w kierunku przeciwnym do wskazówek zegara. To odruch jeszcze z czasów pierwotnych, kiedy homo sapiens chronił prawą, sprawniejszą rękę przed atakiem drapieżników.
Towaru z Bożego Narodzenia nie da się sprzedać po świętach. Dlatego na kilka godzin przed Wigilią, tuż przed zamknięciem sklepów wyprzedaje się towar z ekspozycji. Żywe karpie idą za 30 proc. ceny, albo dostają tłuczkiem w głowę. Nikt nie będzie pilnował akwariów. Choinki sprzedaje się wraz z bombkami po 50-40 zł za sztukę, żeby oszczędzić sobie pracy z wynoszeniem dekoracji.
Czerwiec i wakacje to czas martwy, kiedy większość klientów przychodzi do sklepów tylko po żywność i napoje. Aby pobudzić ich do zakupów wprowadziliśmy sprzedaż zeszytów już w trzecim tygodniu lipca. Reszta wakacji to przygotowanie do roku szkolnego. 1 września dzieci idą do szkoły, a handlowcy przygotowują się już na święta Bożego Narodzenia. Aby otrzymać na czas czekoladowe mikołaje z fabryki Ferrero pod Grójcem trzeba rozpocząć negocjacje we wrześniu. Potem wchodzą znicze i koło się zamyka.
Napisz do autora: tomasz.molga@natemat.pl
