
Od niedawna w sprzedaży dostępne są dzienniki Jacka Dehnela i Szczepana Twardocha, które są sporym wydarzeniem dla fanów polskiej literatury. Jednak nie wszyscy rozumieją, dlaczego zostały wydane? Okazuje się, że technologia się zmienia, ale podejście krytyków do dzieła pozostaje klasyczne. Krytyk Dariusz Nowacki wieści upadek diarystyki. Czy słusznie?
REKLAMA
Autopromocja z Facebooka
– Jacek Dehnel i Szczepan Twardoch odpoczywają po dużych i ambitnych przedsięwzięciach powieściowych. Pierwszy wydał w ubiegłym roku "Matkę Makrynę", drugi - "Dracha". Ich właśnie opublikowane dzienniki potwierdzają, że żyjemy w czasach upadku diarystyki. Przenoszenie do książek narcystycznej autopromocji rodem z Facebooka musi niepokoić – czytamy we wstępie do recenzji Dariusza Nowackiego z "Gazety Wyborczej".
– Jacek Dehnel i Szczepan Twardoch odpoczywają po dużych i ambitnych przedsięwzięciach powieściowych. Pierwszy wydał w ubiegłym roku "Matkę Makrynę", drugi - "Dracha". Ich właśnie opublikowane dzienniki potwierdzają, że żyjemy w czasach upadku diarystyki. Przenoszenie do książek narcystycznej autopromocji rodem z Facebooka musi niepokoić – czytamy we wstępie do recenzji Dariusza Nowackiego z "Gazety Wyborczej".
Czy na pewno przenoszenie do książek narcystycznej autopromocji rodem z mediów społecznościowych musi niepokoić? Trudno się z tym zdaniem zgodzić. Tak wyglądają współczesne media, internet jest wszystkim. Medium, które zapewnia szybki odbiór prezentowanych treści i szybką reakcję. Nie ma tu miejsca na długie i zawiłe wypowiedzi, odbiorca musi mieć niemal natychmiastowy i jasny przekaz. Kto tego nie chce, ten tu nie żyje. Ale wtedy musi pogodzić się z tym, że wielu rzeczy nie będzie rozumiał.
Dariusz Nowacki w swojej recenzji książek "Wieloryby i ćmy" Twardocha i "Dziennik roku chrystusowego" Dehnela stwierdza, że autorzy w czasie odpoczynku od pisarstwa podtrzymują swoje nazwiska w obiegu. Ten zarzut jest niewłaściwy, nawet jeśli nie mija się z prawdą, bo czy twórca, w czasach w których tekst ma krótkie życie, nie powinien zadbać o to, żeby o nim pisano? Nic w tym złego. To raczej objaw trzeźwego myślenia.
Stara szkoła - nowa szkoła?
– Żeby zamaskować efekt - by tak rzec - podrzędności, a może nawet zbędności tych publikacji, próbuje się nas przekonać, że oto jesteśmy świadkami ewolucji nowoczesnej powieści. Słyszymy, że dziennik przeznaczony do natychmiastowej publikacji to nie tylko pełnoprawny gatunek współczesnej epiki, lecz także forma poniekąd przyszłościowa. A jeśli nadal mamy jakieś wątpliwości, na pewno usłyszymy o wielkiej tradycji literackiej, czyli arcydziełach gatunku, które wyszły spod piór naszych gigantów, z Witoldem Gombrowiczem na czele – pisze Dariusz Nowacki w "Wyborczej".
– Żeby zamaskować efekt - by tak rzec - podrzędności, a może nawet zbędności tych publikacji, próbuje się nas przekonać, że oto jesteśmy świadkami ewolucji nowoczesnej powieści. Słyszymy, że dziennik przeznaczony do natychmiastowej publikacji to nie tylko pełnoprawny gatunek współczesnej epiki, lecz także forma poniekąd przyszłościowa. A jeśli nadal mamy jakieś wątpliwości, na pewno usłyszymy o wielkiej tradycji literackiej, czyli arcydziełach gatunku, które wyszły spod piór naszych gigantów, z Witoldem Gombrowiczem na czele – pisze Dariusz Nowacki w "Wyborczej".
Dziennik rządzi się swoimi prawami, to autor decyduje, jaką ma mieć formę, czytelnik może to zaakceptować. Chyba nikt nie próbuje nas przekonać, że to forma literacka, która powstaje po to, aby została nazwana arcydziełem. Pisanie dziennika dla literata powinno być odskocznią, formą uporządkowania myśli i codzienności. Współczesny świat różni się od tego, w którym żył Witold Gombrowicz. Jednak jego krótkie notatki i czasem oniryczne wpisy również były odbierane jako przejaw dziwactwa, fanaberii pisarza. Czym jest krótki wpis w internecie, jak nie notatką, z którą chcemy z kimś się podzielić?
Taki styl dziennika nie jest przyszłościowy, bo nie jesteśmy w stanie na sto procent przewidzieć kierunku rozwoju. To jest forma aktualna, Dehnel i Twardoch uznali, że taki jest naturalny zapis współczesnej codzienności. Dzięki temu czytelnik wie, że to szczery przekaz, bo podobnych informacji dostarcza mu facebookowa tablica pisarza. Kolacyjki, śniadania, wino na mieście - niemal każdy z nas może tę codzienność zrozumieć.
Dzienniki mają na celu poznanie twórcy, bo ta forma literacka jest bardzo intymna. Ale pozwala również na utożsamianie się z nim, co skraca dystans. Tak jak Facebook. Tam każdy kto obserwuje twórcę może wdać się z nim w dyskusję, polubić jego post, albo go skrytykować. Przede wszystkim jest na bieżąco. W mediach społecznościowych ludzie kreują swój wizerunek, ale to samo tyczy się dzienników - tam autor opisuje swoją rzeczywistość, którą kreuje tak jak mu się wydaje, że ona wygląda.
Upadek formy
Autor recenzji twierdzi, że dzienniki Dehnela i Twardocha są upadkiem formy wypowiedzi, która jest łatwą i masową praktyką. To dlatego, że teraz każdy może prowadzić bloga i pisać co mu się podoba na Facebooku. Są to treści o "silnym zabarwieniu narcystycznym". W tym również nie ma nic dziwnego, narcyzm jest niezbędny do bycia zauważonym w sieci. Dariusz Nowacki twierdzi, że w dziennikach o tym, co robili twórcy dowiadujemy się na skalę wcześniej niewyobrażalną, nieludzką. Ale czy nie przyzwyczaił już nas do tego Miron Białoszewski, który z wielką dokładnością potrafił opisać swoją wyprawę po kwiaty na bazarek, albo tak proste czynności, jak wieszanie zasłon w oknach?
Autor recenzji twierdzi, że dzienniki Dehnela i Twardocha są upadkiem formy wypowiedzi, która jest łatwą i masową praktyką. To dlatego, że teraz każdy może prowadzić bloga i pisać co mu się podoba na Facebooku. Są to treści o "silnym zabarwieniu narcystycznym". W tym również nie ma nic dziwnego, narcyzm jest niezbędny do bycia zauważonym w sieci. Dariusz Nowacki twierdzi, że w dziennikach o tym, co robili twórcy dowiadujemy się na skalę wcześniej niewyobrażalną, nieludzką. Ale czy nie przyzwyczaił już nas do tego Miron Białoszewski, który z wielką dokładnością potrafił opisać swoją wyprawę po kwiaty na bazarek, albo tak proste czynności, jak wieszanie zasłon w oknach?
Po wcześniejszych zarzutach Nowacki ma żal do autorów, że ich dzienniki są grzeczne, nudne, nie ma w nich ekshibicjonizmu i kontrowersyjnej myśli. Żadnych plotek środowiskowych, żadnych oskarżeń, pisarze zapewniają tylko, że są fajni. W taki właśnie sposób przedstawiają się w mediach społecznościowych, a robiący z tego zarzut autor recenzji ma stereotypowe pojęcie o tym medium, według którego służą one tylko plotkowaniu i nadmiernemu wybebeszaniu się, tak jak robią to niektóre nastolatki.
Po długim narzekaniu na "Wieloryby i ćmy" Szczepana Twardocha i na "Dziennik roku chrystusowego" Jacka Dehnela, okazuje się, że Dariuszowi Nowackiemu wcale nie chodzi o blogową formę tych dzieł. – Idzie mi o brak wstydu pisarskiego, o korzystanie z formy najłatwiejszej z możliwych. Czy rzeczywiście jest tak, że rok bez książki w twardej okładce to rok stracony i w ogóle koniec świata? – pyta krytyk. Odpowiedzią może być opinia innej, również uznanej krytyczki literackiej Justyny Sobolewskiej.
Publicystka tak pisała o dziennikach w numerze 43 "Polityki": – Ten gest jest znaczący - wybrali medium trwałe, tradycyjną formę kontaktu z czytelnikami. Poza tym facebookowe wpisy nie dość, że są chwilowe i giną, to szybko mogą stracić autorstwo, rozpowszechniane przez kolejne osoby. Trafiają nie tylko do czytelników, ale też do poszukiwaczy sensacji. Widać więc, że nic nie jest w stanie zagrozić papierowej książce i że dziennik, jako forma, ma się świetnie – podsumowuje krytyczka.
Świat pędzi, a my powinniśmy wraz z nim. W przenoszeniu form internetowych do literatury nie ma niczego złego. Co więcej, aby dzieło było autentyczne, w niektórych przypadkach jest to niezbędne.
Napisz do autorki: barbara.kaczmarczyk@natemat.pl
