
Uczestnicy wyścigów szukając adrenaliny, umawiają się na parkingach. Policja jednak nie jest wobec nich bezradna - znalazła na nich sposób i to całkiem skuteczny. Nielegalne wyścigi niedługo mogą przestać być już takie kuszące, bo stają się bardzo kosztowne.
REKLAMA
– Spotykają się na parkingach pod marketami. Palą gumę, a potem zaczynają się ścigać. My utrudniamy im życie – mówią łódzcy funkcjonariusze. Jak? Nakładając wysokie mandaty. W listopadzie było iż aż 169, każdy opiewający na 30 tys. złotych. Poza tym policjanci zatrzymali prawa jazdy oraz dowody rejestracyjne.
Za jawne ignorowanie zasad bezpieczeństwa i ograniczeń prędkości złapano 17 osób. – Jechali z prędkością co najmniej o 50 km/h wyższą niż ta, którą w świetle przepisów można się poruszać – powiedziała w rozmowie z tvn24.pl aspirant Marzanna Boratyńska. Wśród niepokornych kierowców znaleźli się nie tylko łodzianie, ale także warszawiacy czy wrocławianie. Nie obchodzi ich, że drogówka organizuje legalne zawody, o których pisaliśmy – najwyraźniej nie o to im chodzi.
Jeden z uczestników tłumaczył: Na kresce, czyli starcie nielegalnych wyścigów regularnie pojawiają się dyrektorzy IT, właściciele firm, maklerzy. Osoby, które nie są idiotami, tylko potrzebują uderzenia adrenaliny. Z tego powodu muszą liczyć się z potężnymi karami. – Uprzykrzamy im życie. Kontrolujemy trzeźwość, dokumenty, stan techniczny – stwierdza Marek Konkolewski z Komendy Głównej Policji.
Napisz do autorki: karolina.blaszkiewicz@natemat.pl
