
Wyobraźcie sobie, że w kawiarni obsługuje was ulubiony aktor. Serce zaczyna bić szybciej, a wy już sami nie wiecie, czy chcieliście wypić cappuccino czy małą czarną? Potem ten nietypowy kelner zaczyna śpiewać, recytować, albo po prostu pyta "co słychać?". Czasem napije się kielicha. Tak było w Warszawie w czasie niemieckiej okupacji. Łukasz Gosławski i Adam Radoliński zafascynowali się tą historią i stworzyli projekt "U Aktorek". Organizują spacery kawiarnianym szlakiem, w planach jest serial i być może własny lokal.
REKLAMA
Dlaczego powstał projekt "U Aktorek"? Co było waszym motorem do działania?
Razem z Adamem Radolińskim zaczęliśmy badać okres drugiej wojny światowej pod kątem artystów. Interesowało nas, co się z nimi działo, kiedy nastała okupacja niemiecka i wszystkie teatry i miejsca kultury przestały działać. Ludzie zostali wtedy bez pracy, nie mieli perspektyw do życia. Odkryliśmy fenomen. Celebryci tamtych lat, którzy mieli większą popularność niż obecni, potrafili się jednoczyć i z dnia na dzień, z miesiąca na miesiąc, zacisnęli zęby. Ubrali fartuszek i jako kelnerzy, a nie gwiazdy kina, obsługiwać gości. Jakby to była tylko jedna kawiarnia, to by była fajna przygoda. Ale tych kawiarni powstało mnóstwo. Ci artyści oprócz tego, że znaleźli tam schronienie, to jeszcze fajny biznes. Tam było bardzo tłoczno, znaleźli niszę w tym dziwnym, przerażającym świecie terroru.
To było naszą inspiracją. Zaczęliśmy kopać, czytaliśmy kolejne wspomnienia, kolejną książkę, pamiętnik. Kiedy już naprawdę wydawało nam się, że sprawdziliśmy większość, wpadliśmy na fajny pomysł, żeby zacząć przeglądać prasę, która była wtedy wydawana codziennie. To było strzałem w dziesiątkę, bo okazało się sposobem dotarcia do klienta. Wtedy przecież nie było internetu, nie mieli radia, telewizji. Jedynym medium była gazeta, która była koncesjonowana przez okupanta niemieckiego, czyli „Kurier Warszawski”. Był tam taki fajny dział - „Ogłoszenia”, gdzie te kawiarnie dawały informacje o koncertach. Kto występuje, o jakiej godzinie, z jakim repertuarem. Poznaliśmy adresy i nazwy tych lokali.
Jednak na samym początku nie planowaliście tak dużego projektu.
Podstawową ideą było to, że chcieliśmy napisać scenariusz do popularnego serialu telewizyjnego. Kiedy zaczęliśmy zbierać materiały, okazało się, że jest ich tak dużo aż postanowiliśmy zrobić z tym coś więcej. Odkryliśmy złoto historyczne, z którym trzeba było coś zrobić. Tak się złożyło, że w tym roku obchodzimy 250-lecie Teatru Publicznego w Polsce i Ministerstwo Kultury ogłosiło konkurs na realizację projektów związanych z historią teatru. Napisaliśmy wniosek razem z Fundacją Ośrodka „KARTA”, któremu zaproponowaliśmy współpracę, ponieważ takie wnioski mogą pisać organizacje pozarządowe, a nią nie jesteśmy. Projekt bardzo im się spodobał i otrzymaliśmy dofinansowanie jako drugi najlepszy projekt. Następnie biuro kultury ms. Warszawy przyznało nam kolejny grant na realizację zadania.
A kiedy powstanie serial?
Serial będzie osobnym elementem. Zainteresowanie od strony producentów i telewizji jest dość duże, cały czas negocjujemy. Napisaliśmy już scenariusz i opis całego sezonu. Jesteśmy przygotowani, teraz próbujemy spisać cały koncept dalej. Na razie nie mogę powiedzieć nic więcej.
To będzie serial dokumentalny, czy fabularny?
Między innymi to jest tematem negocjacji. Jest ogromna ilość materiałów na serial dokumentalny, ale jest też potencjał na stworzenie serialu fabularnego. W tym momencie trwają negocjacje z kilkoma domami produkcyjnymi, niebawem na pewno będziemy chcieli się pochwalić ich rezultatem.
A jak ludzie mogą skorzystać z tego projektu teraz?
Najważniejszą kwestią jest dotarcie do odbiorcy, o którego próbujemy walczyć. W ramach projektu zostały zorganizowane trzy spacery po Warszawie, śladem kawiarni. Na zmianę z Adamem prowadzimy całą wycieczkę śladem tych miejsc. Gdzieś teraz jest sklep, albo inny lokal, albo prostu nie ma już tego budynku. Na te spacery przychodziło sporo ludzi. Na przykład w „Kawiarni u Aktorek” teraz mieści się ambasada Szwajcarii. Pierwszy spacer zaczynaliśmy spod tego miejsca i przyszło 50 ludzi. Na drugim było około 40, na trzecim około 25, ale w czasie ulewy. To była niesamowita przygoda.
Dołączyliśmy do spacerów występy artystyczne. Połączyliśmy historię ze sztuką i zaproponowaliśmy współczesnym artystom, żeby w miejscach, gdzie były te kawiarnie, ktoś czekał, jakiś aktor albo aktorka. Po dojściu całej grupy zaczynała się krótka scenka. Jakaś interakcja z przewodnikiem, opowieść, krótki, minutowy występ – i tak w każdym punkcie spaceru. Niektórzy są przebrani, niektórzy współcześni. Próbujemy dostosować to do sytuacji. Mieliśmy gości, którzy byli na wszystkich naszych spacerach, tak im się to podobało.
Teraz spacery się nie odbywają, czy jest jeszcze szansa na to, żeby wziąć udział w takim wydarzeniu?
Od marca będziemy kontynuować tę ideę - będzie kolejna pula spacerów. Ludzie przychodzili z wielką przyjemnością, opowiadali o nich dalej. Przygotowaliśmy również aplikację mobilną na telefon, dzięki której każdy może sobie tę trasę przejść sam. Przygotowanych jest kilka spacerów, w tym jedna anglojęzyczna trasa. Po dotarciu do ostatniego punktu dostaje się kod rabatowy, klika się odbierz i aplikacja prowadzi do odpowiedniego teatru, a w kasie tego teatru kod się zamieni na bilet. Czyli wybierz się na spacer i idź do teatru. Łączymy przyjemne z pożytecznym. Ta aplikacja ma wiele fajnych motywów, służy nie tylko do spacerowania, jest też ogólnym informatorem o kawiarniach, ale najciekawszą naszą propozycją jest portal, gdzie udostępniliśmy nasze zbiory.
Co się wśród nich znajduje?
Są tam profile około 140 kawiarni, które udało nam się odkryć. Jest baza około 170 aktorów i aktorek, którzy pracowali w tych kawiarniach. Są tam zdjęcia, które zostały nam udostępnione przez Narodowe Archiwum Cyfrowe i Archiwum Państwowe w Warszawie. To fotografie starej Warszawy, ze spektakli teatralnych. Filmoteka Narodowa udostępniła nam przedwojenne filmy. Na przykład po wejściu w profil Mieczysławy Ćwiklińskiej i kilkudziesięciu innych aktorów, zamiast zdjęcia jest fragment filmu, gdzie można było zobaczyć „na żywo”, że to naprawdę była gwiazda.
Na stronie jest również dział wydarzenia i tam jest takie nasze mini radio. „Polskie Radio” udostępniło nam wywiady z tymi artystami nagrane już po wojnie, w których opowiadali o kawiarniach. Jesteśmy w posiadaniu piosenek, które wtedy królowały. Przede wszystkim wycięliśmy komputerowo fragmenty z „Kuriera Warszawskiego”. Jeżeli danego dnia z przeszłości był jakiś koncert, to ogłoszenia o nim wrzuciliśmy na stronę. Czyli można sobie sprawdzić, co się działo danego dnia, danego miesiąca przez cztery lata w Warszawie. Można prześledzić repertuar historyczny.
Czerpiecie z tej pracy satysfakcję? Strona cieszy się dużą popularnością?
To jest bardzo fajne, kiedy dostajemy maile. Ostatnio pewna pani powiedziała, że jej babcia co prawda nie była aktorką, ale była kasjerką w kawiarni „U Aktorek”. Już nie żyje, ale zostawiła jej w spadku prywatną kolekcję zdjęć z kawiarni i spod kawiarni, która nigdy nie ujrzała światła dziennego, w żadnym archiwum nie można było tych zdjęć dostać. I nam je udostępniła. Inni odzywają się do nas z informacją, że gdzieś jest błąd w dacie urodzenia którejś z aktorek. Ludzie się tym interesują i to jest bardzo miłe.
Widzę, że jest to potrzebne. Jest tam na przykład interaktywna mapa Warszawy, która pozwala na zmianę perspektywy: jak stolica wygląda teraz, jak wyglądała przed wojną, jak wyglądała po powstaniu, wystarczy tylko kliknąć. Na tej stronie każdy może znaleźć coś dla siebie. Dla nas ważna jest kwestia dotarcia do klienta, bo jak już to się uda, to widzimy, że odbiór jest zadowalający. Ludzie się interesują. Teraz panuje moda na przedwojenną Warszawę i na ówczesne kawiarnie, więc grono odbiorców jest dosyć duże.
Czym się różniła atmosfera tamtych kawiarni od współczesnych?
Przede wszystkim okolicznościami. Fenomen tych kawiarni polegał na tym, że ludzie w tym całym terrorze, którzy nagle zaczął panować, chcieli normalności. Oni chcieli się śmiać, chcieli dalej śpiewać piosenki, dalej pić alkohol i zajadać się cudownymi rzeczami. W domu tego nie mieli, bo sklepy były naprawdę ograniczone. Aprowizacja tych kawiarni była bardzo dobra, ponieważ szefowie różnie kombinowali.
Jeżeli chcieli mieć w swoim repertuarze mięso, no to nagle się znajdowało. Przeciętny warszawiak mógł zjeść obiad w takiej kawiarni niedrogo. To były enklawy wolności. Oczywiście czasami przychodzili też Niemcy, były też naloty, patrole, ale w większości ludzie naprawdę tam odpoczywali. Każdy chciał napić się kawy z rąk Mieczysławy Ćwiklińskiej, posłuchać jej na żywo. Te kawiarnie przynosiły duże wytchnienie. Teraz kawiarnie i cały biznes gastronomiczny to jest po prostu biznes.
Dlaczego nie otworzycie swojej własnej kawiarni?
Nie ukrywam, że o tym myślimy, ludzie mnie o to podpytują, ale to już jest inna część całego projektu. Z drugiej strony, patrząc na dzisiejsze czasy, czy są tak bardzo różne? Dziesiątki artystów pracuje w gastronomii. Sam jestem aktorem i znam to środowisko. Bardzo dużo kolegów i koleżanek, którzy nie mają pracy, a chcą po prostu żyć, pracuje jako kelner czy kelnerka. I to jest normalne. Różnica polega jednak na tym, że teraz to jest bardziej anonimowe, bo klienci często nie wiedzą, kto ich obsługuje.
Wtedy to było zupełnie co innego. To tak jakby do stolika podchodził Janusz Gajos, a serce gościa lokalu zaczęłoby bić szybciej, że nie wiedziałyby czy chodzi o cappuccino czy o małą czarną. Po podaniu takiej kawy aktor od razu śpiewał piosenkę, albo mówił jakiś wierszyk, albo po prostu zagadywał, albo napił się wódeczki. Warszawa była uznawana za przedwojenny „Paryż Północy”, to było miasto tętniące życiem i kulturą. Ciężko przestawić się z dnia na dzień, a ci aktorzy musieli to zrobić. Ale w pewnym momencie powiedzieli „nie” i dalej chcieli żyć tak, jak wcześniej.
Jaka jest pana ulubiona anegdota związana z kawiarniami artystów z czasów wojennych?
Tych anegdot są dziesiątki, ten temat jest kopalnią. Ja bardzo lubię o tym, jak szefowie kuchni załatwiali mięso. Pod Warszawą teraz jest taka miejscowość, która się nazywa Karczew, podczas wojny miała ksywę Prosiakowo. Słynęła z tego, że bili tam świnie czy inne zwierzęta. To mięso podzielone już na porcje dostarczano na czarno do Warszawy i sprzedawano je w tych lokalach. Jak już dostawca był gotowy, to organizował sztuczny kondukt żałobny. Wynajęte były płaczki czy osoba, która śpiewała pieśni kościelne.
Ten kondukt złożony z na przykład czterech trumien szedł sobie ulicami Warszawy. Wszystko było wcześniej ustalone, zresztą było słychać, że nadchodzą. Kondukt stawał przed lokalem, właściciel dostawał informację, że w tej trumnie jest wieprzowina, a w tej wołowina. Klient podchodził, otwierał sobie wieko i wyciągał co chciał, potem wkładał do koszyczka co łaska, czyli odpowiednią ilość pieniędzy. Potem wracał do kawiarni i rozpoczynało się gotowanie. A kondukt szedł dalej do kolejnego lokalu. Między innymi tak kombinowali, żeby polscy goście mogli najeść się łatwo i przyjemnie.
Napisz do autorki: barbara.kaczmarczyk@natemat.pl
