Ile spraw o dyskryminację zalega w sądach pracy?
Ile spraw o dyskryminację zalega w sądach pracy? Fot. Arkadiusz Wojtasiewicz / Agencja Gazeta

Czy normalny człowiek kojarzy sąd z dyskryminacją? W dodatku wydział pracy, czyli de facto sąd pracy? Kobiet, młodych matek? Pani Barbara przekonała się o tym na własnej skórze. Przeszła wszystkie zawodowe testy kwalifikacyjne. I... poległa na dziecku. Stażu nie dostała, choć zdobyła więcej punktów niż osoba, która konkurs wygrała. I tu wyłania się pewne kuriozum. Do sądu pracy złożyła pozew na prezesa sądu rejonowego, któremu podlega wydział pracy. Z powodu zachowania pań sędzi, które naruszyły jej godność osobistą. – Bez mojej zgody komentowały moją sytuację rodzinną. Cały czas dopytywały, jak, mając dziecko, zamierzam sobie dać radę – mówi.

REKLAMA
Nasza bohaterka prosi, by nie podawać nazwiska. Wyrok, jaki zapadł zaledwie kilka dni temu w Sądzie Okręgowym przy ul. Płockiej w Warszawie, nie jest prawomocny. Wszystko zatem może się jeszcze zmienić. Ale pierwsze zwycięstwo w sądzie pierwszej instancji, już jest. I pokazuje, że jak człowiek walczy to nawet z sądowym wydziałem pracy przed sądem pracy może wygrać. Dlatego – nie odpuszczać!
– Przyznali mi 5 tys. zł odszkodowania. Czy czuję satysfakcję? Oczywiście, choć nie do końca, bo winą obarczono całą instytucję, a nie konkretne sędzie, które ze mną rozmawiały. To przez nie poczułam się upokorzona tym, że ktoś tak bardzo chce ingerować w moje życie prywatne. Jakby mi w twarz powiedziały, że jestem brzydka, a do pracy potrzebują kogoś o nieskalanych rysach. Jakbym była niepełnosprawna, że mam dziecko. Niepełnowartościowa? – mówi w rozmowie z naTemat.
logo
Na rozmowie o pracę nie powinny padać pytania o status rodziny. Fot. Wavebreakmedia/Shutterstock
Spytała o dziecko i wyszła
Sprawa sięga 2012 roku. Pani Barbara wzięła udział w konkursie na staż w jednym z warszawskich sądów rejonowych. Przeszła pierwsze etapy rekrutacji, które m.in. sprawdzały jej kwalifikacje zawodowe – obsługę komputera, szybkość pisania, wypełnianie wezwań i wiele, wiele innych czynności. Była też pierwsza ogólna rozmowa. Nie wiedziała, ani na jakie stanowisko, ani w jakim wydziale stara się o staż. Ale już wtedy padały pytania o dziecko. Czarę goryczy przelała kolejna rozmowa. Tym razem w wydziale pracy. Doświadczone panie sędzie i ona – cztery lata po studiach.
– Od razu padło pytanie, dlaczego miałam przerwę w pracy. Gdy usłyszały, że mam dziecko, zaczęło się dopytywanie, jak w takim razie zamierzam sobie teraz poradzić. ”Jak to? Była pani w domu, a teraz w pracy? To jak to będzie?” – mówi. Ale najgorsze, jak mówi, było potem. Kierownik wydziału spytała, czy będzie w stanie zapewnić opiekę dziecku.
– Spokojnie odpowiedziałam, że chyba nie powinnam odpowiadać na to pytanie. A ona w tym momencie odwróciła się na pięcie i wyszła. Nawet na mnie nie patrząc. Nie wiedziałam wtedy, że na tym etapie rekrutacja się zakończyła. Pracę dostała dziewczyna młodsza ode mnie, która na testach dostała mniej punktów – mówi pani Barbara.
Dyskryminacja w hierarchicznych urzędach
Jej sprawą bardzo szybko zainteresowało się Polskie Towarzystwo Prawa Antydyskryminacyjnego. (PTPA) – To był absolutnie oczywisty przykład dyskryminacji. Pytanie o statut rodzinny podczas rozmowy kwalifikacyjnej jest absolutnie niedozwolone, co wynika z przepisów, które obowiązują w Polsce od 2004 roku – przyznaje radczyni prawna Zofia Jabłońska. Że sąd pracy się do nich nie zastosował? – To kuriozalne – mówi.
logo
Fot. Pixabay.com
W tym momencie musimy wyraźnie napisać – myliłby się ten, kto sądzi, że w polskich urzędach, ministerstwach nie dochodzi do dyskryminacji. Dochodzi. I to wcale nie mało. Do PTPA dociera bardzo dużo takich spraw. – Może się to wydać dziwne, bo są to instytucje użyteczności publicznej nie nastawione na zysk, a interes ekonomiczny jest główną 'wymówką' przedsiębiorców, którzy dopuszczają się nierównego traktowania. A jednak z dyskryminacją często się w nich spotykamy – mówi Zofia Jabłońska. Dlaczego? Bo panuje w nich pionowa struktura i duża hierarchiczność. Mocno wyeksponowane, prestiżowe, kierownicze stanowiska i cały szereg szarych pracowników od sekretarek zaczynając. – Struktura jest bardzo nie partnerska, ale hierarchiczna i oparta na relacjach władzy – mówi radczyni.
Odważny sędzia, który ogłaszał wyrok
Wracając do pani Barbary. Jej sprawa ciągnęła się w sądzie ponad 2,5 roku. W tym czasie i w jej życiu, i w życiu trzech sędzi, wiele się zmieniło. Znalazła pracę i urodziła kolejne dziecko. Jak mówi, z normalną atmosferą. Gdy była w ciąży, przedłużył z nią umowę na czas nieokreślony i bez problemu czeka aż wróci z urlopu macierzyńskiego.
Panie sędzie trafiły zaś do Sądu Okręgowego. Dokładnie tego, w którym 8 grudnia zapadł korzystny dla pani Barbary wyrok. – Sędzia, który go ogłaszał, jest odważny, bo przecież pracuje z tymi paniami. Ale dowody były bardzo mocne. A zeznania sędzi, które występowały w charakterze świadków, wzajemnie się wykluczały. Na moją korzyść zeznawała też dziewczyna, która została zatrudniona, ale okazało się, że z powodu atmosfery pracy, odeszła – mów pani Barbara.
Jakie to dowody? Choćby pismo, które skierowała do sądu pracy – z pytaniem, czy taka sytuacja rzeczywiście miała miejsce. I sąd pracy odpisał, że...tak! – Dowiedzieliśmy się, że pytania były po to, by zrelaksować kandydatkę, gdyż była mocno zestresowana – mówi Zofia Jabłońska.
Sąd nie komentuje
Sprawa jest świeża i – jak się okazuje – sąd nie jest jeszcze gotów ją skomentować. Maila takiej treści otrzymaliśmy od rzeczniczki Sądu Okręgowego, sędzi Katarzyny Kisiel.

”W dniu 10 grudnia 2015 roku wpłynął wniosek o sporządzenie uzasadnienia orzeczenia i dopiero po jego sporządzeniu będę mogła udzielić bardziej szczegółowych informacji na jakim etapie rekrutacji doszło do naruszenia przepisów prawa pracy. Ponadto uprzejmie informuję,  że obecnie również nie jestem w stanie odnieść się do tezy, czy rekrutacja była prowadzona na stanowisko w wydziale pracy, czy też w innym wydziale Sądu Rejonowego dla Warszawy - Żoliborza w Warszawie”.

– Ja pozwałam prezesa Sądu Rejonowego, ale za zachowanie kobiet, które prowadziły ze mną rozmowę w wydziale pracy. I z tego powodu sąd przyznał mi rację. W swoim orzeczeniu wziął głównie pod uwagę drugą rozmowę kwalifikacyjną uznając ją za skandaliczną i wchodzącą z butami w moje życie osobiste– mówi pani Barbara. Jak podkreśla, dowiedziała się z orzeczenia, że naruszono jej godność i ingerowano w jej życie prywatne.

napisz do autora:katarzyna.zuchowicz@natemat.pl