
Prawie 200 mln amerykańskich wyborców może mieć powody do niepokoju. Ich dane obejmujące m.in. adres zamieszkania i numer telefonu znalazły się w internecie z dostępem dla każdego. Powód? Zła konfiguracja systemu.
REKLAMA
– Z powodu złej konfiguracji oprogramowania dane osobowe niemal 191 mln wyborców w USA są ogólnie dostępne w internecie – twierdzi niezależny analityk systemów bezpieczeństwa komputerowego Chris Vickery. Jak do tego doszło, że tak ogromna liczba drażliwych danych była skumulowana w jednym miejscu?
Vickery odkrył dostępność do tych danych przypadkowo i natychmiast nagłośnił sprawę i powiadomił FBI, która obecnie bada przyczyny przecieku. Dzięki oprogramowaniu udostępnionemu przez strony internetowe CSO Online oraz Databreaches.net udało się mu ustalić, że dane pochodzą ze stanowych list wyborczych.
Problem tkwi w tym, że ochrona danych wyborców nie mieści się w jurysdykcji Komisji Wyborczej, a regulacje prawne obowiązujące w poszczególnych stanach różnią się od siebie. Informatyk twierdzi, że wyciek takich danych do gratka dla środowisk przestępczych. Zdaniem dyrektora waszyngtońskiego Center for Digital Democracy Jeffa Chestera masowe udostępnienie danych osobowych, w tym takich, które pozwalają zrekonstruować obraz politycznych preferencji i poglądów danej osoby,co powinno pozostać sprawą prywatną.
Jak już pisaliśmy w naTemat władze lubią wiedzieć więcej o obywatelach. Nasza rodzima partia rządząca może mieć ochotę na zwiększenie zakresu inwigilacji obywateli – tak przynajmniej twierdzi lider .Nowoczesnej Ryszard Petru. O tym, jak ważna jest dyskrecja przy preferencjach wyborczych nie trzeba nikogo przekonywać.
źródło: Reuter
Napisz do autorki: kalina.chojnacka@natemat.pl
