To nie jest kraj dla pomysłowych ludzi. Jak wielki handel zniszczył „paluszkowego biznesmena”

Od 9 lat próbuje zarobić pierwszy milion.
Od 9 lat próbuje zarobić pierwszy milion. YouTube.com / tv.fachowcy.pl
Miał wszystko, co potrzebne by zostać milionerem. Zabawny pomysł i światowy patent na produkcję podwójnych paluszków. Wygrał konkurs biznesowy zyskując poparcie i kapitał milionera Mariana Owerki. Niestety, przez 5 lat wielki handel wpaja mu, że nie powinien brać się za biznes.


Bartosz Głodowski, prezes Beer Fingers przyznaje, że realizacja snu o własnej firmie okazała się trudna. Choć ogłoszono go milionerem ma jeszcze do spłaty stary kredyt, zaciągnięty na rozwój firmy, opuścił go wspólnik, a za 2015 rok miał stratę. Same paluszki nie trafiły do masowej sprzedaży.

– Markety chciały opłat półkowych, albo żebym swoim towarem kredytował im handel przez 2-3 miesiące. Tak się nie da. Nie mam tu worka z pieniędzmi – mówi wskazując na stare drewniane biurko. Nowe mieści się w piwnicy bloku osiedla na Mokotowie. Akurat mrozy, więc ilekroć na górze ktoś otwiera drzwi do piwnicy, ciągnie chłodem. Biznesmen siedzi w grubym swetrze i pije gorącą herbatę. Mija już 9. rok, jak marzy o zarobieniu pierwszego miliona.

W gabinecie stoi tani metalowy regał, a na nim wydrukowane materiały reklamowe podwójnych paluszków. Też po taniości (w promocji serwisu ulotki.net). Czasy świetności, gdy o Głodowskim mówiła cała Polska, przypomina zdjęcie z brytyjskim księciem Karolem, liczne dyplomy i wielki tekturowy czek na 10 tys. złotych od marszałka Mazowsza Adama Struzika.


Dlaczego to nie poszło
- Myślałem, że wystarczy jak przygotuję uczciwą ofertę, taką która każdemu pozwoli zarobić, to sprzedaż sama się rozkręci. Byłem naiwny - przyznaje. Koszt produkcji paczki paluszków to 30 groszy za paczkę. Głodowski chciał sprzedawać je do handlu po 80 groszy, góra po złotówce. Na półce marketu paluszki Lajkonik z Grupy Bahlsen kosztują 2 zł. Jest więc z czego zarabiać, nawet przy niższej cenie.

Pierwsza sieć marketów zgodziła się przyjąć towar do dystrybucji jednak zażądała, aby biznesmen zapłacił 20 tys. rocznie za usługi marketingowe. - Pokażemy paluszki w gazetce i ludzie będą kupować - tłumaczył handlowiec.
- Paluszki to produkt impulsowy. To nie jest tanie masło czy promocja na kiełbaski, dla których klient gotowy jest z gazetką zwiedzać cały market. Nie zgodziłem się, bo to wyrzucanie pieniędzy w błoto - tłumaczy dziś prezes.
Duża regionalna hurtownia. Handlowiec pochwalił chrupkość i smak podwójnych paluszków.
- 4 tys. i wprowadzimy je do naszej sieci. 1000 handlowców będzie je promowało! - zachęcał przedstawiciel.
- Ale ja myślałem, że wy z tej swojej marży będziecie zarabiać - odpowiadał.
- 4 tys. albo kończymy rozmowę - odparł. Skończyli.

Paluszki ulokował też w sklepach Czerwona Torebka. Nie zapłacili w terminie. Głodowski ledwo wywalczył płatność. Dziś te sklepy są w likwidacji. Rozważał jeszcze współpracę z dużą siecią handlową. Chcieli TIR-a paluszków na kredyt. Pierwsza płatność po 60-90 dniach. Gdyby nie zapłacili, a Głodowski musiał zagwarantować ciągłość dostaw kolejnych TIR-ów, to nie tylko sam by zbankrutował, ale jeszcze pociągnąłby na dno współpracującą z nim fabrykę.

– Może jestem zbyt uczciwy. Nie wezmę takiego ryzyka na siebie i innych. Zrozumiałem, że w branży handlowej jestem dla wszystkich typowym gościem do skrojenia - opowiada. I tak wilki z handlu rozszarpały „paluszkowego innowatora” zanim jeszcze udało mu się rozwinąć skrzydła.
I ty możesz zostać milionerem?
Kilka lat temu jego historię publikowano w każdej biznesowej gazecie. Głodowski był studentem, dorabiał pracując w agencji ochrony. Poszedł na piwo, zagryzał paluszkami. Z paczki wyciągnął podwójnego paluszka. Fart. Dlaczego paluszki muszą być pojedyncze? Może warto specjalnie robić podwójne - zastanawiał się. Tak powstała firma Beer Fingers, producent podwójnych paluszków.

Jej założyciel poprosił o pomoc rzecznika patentowego. Ten przyznał, że takiego patentu nie ma na świecie. No to już jest i należy do Polaka. Głodowski znalazł producenta, razem ze wspólnikiem zebrali od rodziny i znajomych 24 tys. złotych. Zaczęli biznes. Towar wrzucali do starego VW Golfa. Jeździli po sklepach. Paluszki zyskały pierwszych klientów. Pieniędzy wielkich nie było, ale biznes się rozwijał.

– Usłyszałem o programie Dragon’s Den, to konkurs dla przedsiębiorców poszukujących inwestorów. Wiedziałem, że to dla mnie - opowiada Głodowski. Podtytuł show brzmi „jak zostać milionerem”. Głodowski wiedział, więc castingi przeszedł ja burza. Stanął przed jurorami. Znane nazwiska w biznesie: Marian Owerko, założyciel i wówczas prezes Bakallandu. Grzegorz Hajdarowicz, wydawca prasy m.in. "Rzeczpospolitej". Maciej Kaczmarski, windykator z Inkasso. Anna Garwolińska i Krzysztof Golonka z firm doradczo-inwestycyjnych.
Szef Bakallandu wyłożył 400 tys. za ponad połowę udziałów w firmie i zaoferował milion złotych w gwarancjach bankowych. Bartosz Głodowski dostał biurko w Bakallandzie, mógł korzystać ze wsparcia ich handlowców i marketingu. - Dużo się tam nauczyłem. Za pieniądze inwestora zrobiłem rebranding paluszków i ulepszyłem recepturę. Nie było nam jednak po drodze. Bakalland chciał promować zdrową żywność. W tym samym czasie przejął producenta płatków śniadaniowych. Odkupiłem od prezesa swoje udziały i ruszyłem w drogę samodzielnie - opowiada.

Hit czy kit?
Czy pomysł na podwójne paluszki jest potrzebny? Niektórzy powiedzą, że jest idiotyczny, bo jaka wartość dodana kryje się w podwójnych paluszkach? Głodowski odpowiada: - Tak, to nie jest lek na raka. Jednak byłem na kilku niemieckich imprezach targowych o żywności. Wszystkie koncerny poszukują intrygującej nowości w przekąskach. Jeśli są grube albo pofalowane chipsy to jest też miejsce dla podwójnych paluszków. Zaczął je produkować Maspex, muszę się z nimi procesować - opowiada biznesmen.

Miewał okresy zwątpienia. Nie pamięta ile razy dawano mu rady „rzuć ta firmę i znajdź porządną robotę”. Przecież jest ojcem dwójki dzieci. Kiedy z pieniędzmi było krucho wracał do etatowej pracy w Solid Security. Był tam przedstawicielem handlowym. Wiadomo, ma gadane.

- Ludzie chcą kupować podwójne paluszki. Bawi ich ten pomysł. Mam już plan jak ominąć wielki handel. Zamówię rowery. Tysiąc rowerów. Sprzedawcy będą dowozić przekąski bezpośrednio do klienta. Siedzisz sobie w parku albo na plaży, klikasz na aplikację i rower z paluszkami przywozi ci przekąski. Do tego woda, oraz lody - opowiada z ogniem w oczach. I pokazuje działającą już aplikację na smartfony. Co z tego. Głodowski bębni palcami w stół.: - Gdybym ja miał pieniądze na tysiąc rowerów. Stworzyłbym nowy kanał dystrybucji. Bezpośrednio do klienta. Ale nie mam. Muszę małymi kroczkami rozwijać biznes - zwierza się.

Pomysł z rowerami już przetestował osobiście. Podczas wakacji pedałował po nadmorskim deptaku w Mielnie, Kołobrzegu i Sarbinowie. Zainwestował w sześć rowerów. Ostatnie duże pieniądze wydał na promocję na targach żywnościowych w Niemczech. Jeździł rowerem między stoiskami. Złapał go za rękę kupiec z niewielkiej sieci handlowej. Skosztował. – Podwójne paluszki? Bomba! Proszę produkować w wersji niemieckiej - powiedział zamawiając TIRa. Niemcy przysłali przedpłatę, produkcja w toku. Jeśli w Polsce nie dane mu było zarobić miliona, to może uda się w Niemczech?

Napisz do autora: tomasz.molga@natemat.pl

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...