
Co jakiś czas pojawiają się niepokojące informacje o tym, że uchodźcy przekraczają polską granicę. Już parę razy okazało się, że podobne doniesienia to spekulacje, umiejętnie podgrzewane przez media i lokalną społeczność, która obawia się napływu obcokrajowców. Właśnie mieliśmy do czynienia z kolejną taką sytuacją. W województwie dolnośląskim i lubuskim miało dochodzić do incydentów z udziałem uchodźców przebywających na stałe na terenie Niemiec. Mieli chodzić w 5-osobowych bandach, hałasować i zaczepiać mieszkańców. Sprawdziliśmy, ile w tych informacjach jest prawdy i czy mieszkańcy wymienionych terenów mogą mieć uzasadnione obawy.
Wszystko zaczęło się od Zgorzelca. Wiadomość o uchodźcy pochodzenia arabskiego, który nielegalnie przekroczył naszą granicę i przebywał na terenie miasta, piorunem obiegła wszystkie media i zelektryzowała lokalną społeczność. Sprawa zrobiła się głośna nie tylko z powodu obcokrajowca, ale również okoliczności, w jakich został zatrzymany.
Jak informowaliśmy, mężczyzna został zatrzymany przez pracowników firmy ochroniarskiej ze Zgorzelca, którzy swoim "bohaterskim" czynem pochwalili się na jednym z portali społecznościowych. Schwytanego cudzoziemca przekazali w ręce Straży Granicznej, która po wylegitymowaniu mężczyzny uznała, że jest on legalnym migrantem z Niemiec. Syryjczyk, bo właśnie takiej narodowości był pojmany obcokrajowiec, od roku mieszka za naszą zachodnią granicą, a do Polski przyjechał najprawdopodobniej na zakupy. Zaś naszą granicę przekroczył bez pogwałcenia prawa.
Pogłoska o uchodźcy wałęsającym się po ulicach polskiego miasta wystarczyła jednak, żeby na nowo podgrzać atmosferę wokół problemu związanego z falą migrantów z Bliskiego Wschodu, a ze Zgorzelca uczynić zagrożone miasto, w którym dochodzi do incydentów z uchodźcami. Sprawa trafiła na podatny grunt. Polska jest przecież w przededniu przyjęcia pierwszych uchodźców – mają się pojawić w Polsce na początku marca. Oliwy do ognia dodaje fakt, że ostatnimi czasy o uchodźcach słyszy się tylko w kontekście negatywnych wydarzeń – takich jak choćby sprawa gwałtów i molestowanych w noc sylwestrową kobiet na terenie kilku państw europejskich, w tym u naszego zachodniego sąsiada. W takich okolicznościach wystarczy iskra, żeby wywołać ogólne poruszenie.
Do tego doszły jeszcze wiadomości o grupach uchodźców grasujących nie tylko na terenie województwa dolnośląskiego, ale również sąsiadującego z nim województwa lubuskiego, co mogłoby już oznaczać, że nasza zachodnia granica nie jest tak szczelna, jak mogłoby się wydawać. Obydwie informacje wywołały więc lawinę komentarzy i wątpliwości. A ile w tym prawdy?
Zgorzelec: nic takiego u nas się nie dzieje! Zgorzelec jest miastem przygranicznym i ważnym węzłem komunikacyjnym. Decydują o tym przejścia graniczne łączące tą dolnośląską miejscowość z sąsiadującym niemieckim Görlitz. W tym niemieckim mieście z kolei władze prowadzą otwartą politykę wobec obcokrajowców. Do tej pory w Görlitz schronienie znalazło 148 rodzin z 17 krajów, co daje w przybliżeniu blisko 640 osób – połowę z tej liczby stanowią dzieci. Być może m.in. to zadecydowało o tym, że sprawa zatrzymanego w Zgorzelcu uchodźcy urosła do takich rozmiarów. Renata Burdosz, rzeczniczka prasowa Urzędu Miasta stanowczo dementuje pogłoski o tym, że w mieście w związku z cudzoziemcami dochodzi do niepokojących zdarzeń.
– Nie mamy żadnych niepokojących sygnałów. W Zgorzelcu nie dochodziło też do incydentów, w które uwikłani byliby uchodźcy z Niemiec. Nie mam też takich informacji, żeby przekraczali granicę i byli przyczyną jakichkolwiek problemów. Nie napływały również do nas nigdy informacje o tym, że ktokolwiek zagraża mieszkańcom – mówi stanowczo Burdosz. Rzecznika przyznaje jednoczenie, że fikcyjne doniesienia i plotki są na porządku dziennym.
Renata Burdosz, rzecznika prasowa Urzędu Miasta w Zgorzelcu
Burdosz podkreśla również, że mieszkańcy Zgorzelca byli zdumieni, kiedy się dowiedzieli o niefortunnym zatrzymaniu Syryjczyka na terenie miasta. Zgorzelec jest miastem przygranicznym i otwartym, również na obcokrajowców. Bywają tutaj i nikt się temu nadmiernie nie dziwi. Co więcej, sąsiednie Görlitz i to jak tamtejsze władze radzą sobie z obcokrajowcami i ich asymilacją, oceniają bardzo dobrze. Do tego stopnia, że nigdy nie mieli z takim właśnie sąsiedztwem problemu. – Już nie wspominając o tym, że ocenianie kogoś na podstawie odcienia skóry jest tak dalece nie na miejscu, że w ogóle nie powinno się tego komentować – dodaje Burdosz.
Uchodźcy przychodzą na tanie zakupy, a nie szukać zaczepki Ostatnimi czasy pogłoski o obcokrajowcach przekraczających nielegalnie granice pojawiły się jeszcze w kontekście kilku lubuskich gmin. Sam lubuski wojewoda na łamach prasy miał potwierdzić, że coś jest na rzeczy, a w województwie dochodzi do alarmujących sytuacji.
Władysław Dajczak, wojewoda lubuski
Aleksandra Chmielińska-Ciepły, rzeczniczka wojewody w rozmowie z nami potwierdziła słowa wojewody. Wskazała też trzy miejsca, z których płyną niepokojące doniesienia. – To są Słubice, Gubin i Łęknica. Żadnych zdarzeń o charakterze kryminalnym nie odnotowaliśmy, ale mieszkańcy właśnie tych trzech miejscowości zgłaszali uwagi odnośnie zachowania obcokrajowców. Według ich relacji, cudzoziemcy przekraczający granicę polską przemieszczają się w grupach i głośno się zachowują – opowiada rzeczniczka.
Dlaczego obcokrajowcy – najpewniej uchodźcy, przyjeżdżają do Polski? Powód jest prozaiczny - chodzi o tańsze zakupy. – Wpadają do nas, bo tu jest dużo taniej – przyznaje Chmielińska-Ciepły.
Problem w tym, że z tak zarysowaną sytuacją nie zgadzają się włodarze trzech wymienionych powyżej miejsc. W Słubicach położonych na terenie województwa lubuskiego słyszymy, że niektórzy mieszkańcy rzeczywiście poczuli się zagrożeni w związku z bliskim sąsiedztwem obozu dla uchodźców we Frankfurcie. Tyle tylko, że i w tym przypadku mowa jest o niepokojach, które nie są poparte żadnymi konkretnymi wydarzeniami. Żeby uspokoić nastroje, policja już zwiększyła liczbę patroli w okolicach mostu granicznego.
Beata Bielecka, rzeczniczka Urzędu Miasta w Słubicach
Na liście zagrożonych miejsc znalazła się też Łęknica. Miejscowość również sąsiaduje z Niemcami, a lokalna społeczność od wielu lat żyje z obcokrajowcami w znakomitej symbiozie. Wszystko dzięki przygranicznemu bazarkowi, który od 25 lat łączy Niemców, Polaków i inne nacje, w tym szczególnie Bułgarów romskiego pochodzenia. Taki kulturowy miks od wielu lat jest więc dla Polaków zamieszkujących te tereny czymś normalnym, naturalnym i nie poddawanym przez nikogo w wątpliwość. Ale wiadomo, co innego cudzoziemcy "oswojeni", którzy na dodatek płacą za dzierżawę gruntu na bazarku, a co innego uchodźcy.
Czy kiedykolwiek pojawiły się tutaj niepokojące incydenty, w których brali udział uchodźcy? Piotr Kuliniak, burmistrz Łęknicy nie potrzebuje do namysłu ani sekundy. – Nigdy nie mieliśmy takich incydentów! Uchodźcy po niemieckiej stronie znajdują się 15 km od Łęknicy i jak dotąd nie sprawiali nigdy żadnych problemów. Mam dzisiaj telefony od 7. 30. Ktoś źle odebrał te pogłoski i fama poszła w świat. Nic złego się nie dzieje. Policja dla spokoju od jakiegoś czasu jest bardziej wyczulona na takie doniesienia i pilniej je monitoruje, ale jak na razie za wiele roboty z tej przyczyny nie mieli. Jeśli jednak zaszłaby potrzeba interwencji i coś zaczęłoby się dziać, jesteśmy na to w pełni przygotowani. Podejrzewam, że słowa pana wojewody zostały trochę przeinaczone i źle zinterpretowane, ale dobrze wiedzieć, że trzyma rękę na pulsie – uspokaja.
Od paru miesięcy policja i straż graniczna wysyła więcej funkcjonariuszy w potencjalnie zagrożone miejsca na terenie przygranicznych województw. Irena Skuliniec, rzeczniczka prasowa Nadodrzańskiego Oddziału Straży Granicznej również tonuje emocje. – Owszem, zdarzają się pojedyncze przypadki, gdzie zatrzymujemy uchodźcę z Niemiec, który nielegalnie przekroczył granicę i przebywał na terenie naszego kraju, ale to są zjawiska marginalne. Od listopada ubiegłego roku było kilkanaście takich przypadków. Pora uspokoić emocje. My mamy wyostrzoną czujność – na bieżąco monitorujemy sytuację. Na razie możemy czuć się bezpieczni – kwituje.
Napisz do autora: dominika.majewska@natemat.pl
