Aktor Jacek Kałucki namawia dziennikarzy PiS-owskich mediów do bojkotu. "Miałem kiedyś podobne dylematy"
Aktor Jacek Kałucki namawia dziennikarzy PiS-owskich mediów do bojkotu. "Miałem kiedyś podobne dylematy"

Do redakcji naTemat przyszedł list od Jacka Kałuckiego. Aktor przeczytał nasz artykuł o dziennikarzach, którzy wciąż pracują w mediach publicznych, mimo iż władza zwalnia ich kolegów z przyczyn politycznych. Wspomina, że kiedyś też stanął przed podobnym dylematem. – Z jednej strony chęć wykonywania swojego wymarzonego zawodu, a z drugiej moralność, etyka, solidarność... Wybrałem – pisze Kałucki.

REKLAMA

LIST JACKA KAŁUCKIEGO DO NATEMAT:

Przeczytałem Pana artykuł "PiS wyrzuca ich kolegów, oni pracują dalej. Dziennikarze TVP i PR zostają, więc godzą się na zmiany?" z zainteresowaniem i jakby... czas nagle się cofnął. Miałem kiedyś podobne dylematy, które dzisiaj dręczą dziennikarzy - fakt że czasy i sytuacja była inna.

Zaledwie trzy lata przed wprowadzeniem stanu wojennego ukończyłem Szkołę Teatralną. Zostałem zaangażowany do jednego ze stołecznych teatrów. Zagrałem tam kilka znaczących ról. Pojawiły się pierwsze propozycje z filmu. Pracowałem przy realizacji teatru telewizji. Zaczynałem być często zapraszany do słuchowisk i innych programów Polskiego Radia. A tu nagle protest! Wiedziałem, że to oznacza zahamowanie mojej kariery. Stanąłem przed wyborem. Z jednej strony chęć wykonywania swojego wymarzonego zawodu, a z drugiej moralność, etyka, solidarność...

Wybrałem.

Trudno było się z tym pogodzić, że z ekranu telewizora wylewały się pomyje komunistycznej propagandy, a zaraz po tym miały pojawiać się twarze artystów, którzy przez sam fakt występu podpisywali się pod tymi ohydnymi kłamstwami.

Była to akcja spontaniczna, która rozprzestrzeniała się na zasadzie: „jedna pani drugiej pani”. Wprawdzie historycy próbują dokładnie umiejscowić to w czasie i twierdzą, że początek bojkotu miał miejsce na spotkaniu, które odbyło się 18 lub 19 grudnia 1981 r. w Warszawie. Byli na nim przedstawiciele zawieszonego wówczas ZASP-u. Ponoć była tam mowa o owej akcji protestacyjnej, a jednym z jego inspiratorów był dyrektor Teatru Powszechnego w Warszawie Zygmunt Huebner.

Być może tak było. Ja wiem tylko jedno i chce to z całym naciskiem podkreślić, że był to najdłuższy strajk w PRL, a kto wie czy nie na świecie! Oficjalnie trwał od ogłoszenia stanu wojennego czyli 13 grudnia 1981 do końca 1982 roku. Ale większość artystów, kontynuowało go nadal.

W przypadku bojkotu aktorów protest był cichy. Polegał na milczeniu. Na niepokazywaniu się. Krótko mówiąc – nie ma nas! Niedawno ktoś mnie zapytał: czy taki bojkot miałby powodzenie dzisiaj? Jestem przekonany że nie. Wtedy polaryzacja była oczywista – my i oni. Byli wprawdzie i tacy którzy lubili siedzieć na dwóch stołkach. Ale egzystowali w zdecydowanej mniejszości i stanowili margines – dosłowny i w przenośni.

Mówiąc o bojkocie chcę z całym naciskiem podkreślić, że powodzenie jego było głównie zasługą setek młodych i bezimiennych aktorów, którzy przystąpili do strajku. Niestety niewiele się o tym dzisiaj mówi, gdyż nie jest to medialne i nie przyciąga uwagi ogółu. Pokazanie twarzy Mikołajskiej, Holoubka, Łapickiego czy Szczepkowskiego – którzy bez wątpienia odegrali wtedy olbrzymią role – nadaje wydarzeniu większą rangę. Ale to przede wszystkim młodzi położyli na szalach: pracę i karierę oraz twarz i honor. Robili to po to, aby być w zgodzie ze swoim sumieniem i przyzwoitością. Widzieli bowiem, co się wokół dzieje.

Przystąpiłem do bojkotu, bo nie wyobrażałem sobie innej opcji. Dla mnie nie było alternatywy. Dzisiaj zrobiłbym dokładnie tak samo!

My niegrzeczni mieliśmy świadomość, że władza podejmuje próby zastąpienia nas. Przy Komitecie Centralnym tow. Waldemar Świrgoń kierował specjalną komórką do lansowania nowych, młodych gwiazd. Pompowano w ten projekt spore fundusze. Wybierano zdolnych, ale politycznie obojętnych, bez jakiegokolwiek światopoglądu. Kilka takich osób znaleźli, lecz wylansować ich się nie dało.

Aktorzy byli narzędziami propagandy, jednak wydarzenia stanu wojennego sprawiły, że stali się świadomi swojej roli i bardziej niezależni.

Może dzisiaj czas na dziennikarzy?