
Dzisiejszy świat mówi: "Pokaż wszystko. Selfie u dentysty, kolację w modnej knajpie, nowe buty". Smartfon w dłoń i można zacząć dzień, „lajk” tu, „lajk” tam. Niełatwo się z tego wyłamać, szczególnie, gdy żyje się na świeczniku. Okładka, ścianka, Instagram i Facebook – tak dziś funkcjonują gwiazdy i celebryci. Łatwiej wskazać tych, którzy otwierają drzwi na oścież i mówią: "Zapraszam!", niż tych zamykających je z hukiem. A jednak ci ostatni istnieją i mają się dobrze.
Studio programu Ellen Show, na scenę wychodzą Sia i Maddie Ziegler. Pierwsza staje tyłem do widowni, druga – w blond peruce przyjmuje pozę. Gdy rozbrzmiewają pierwsze takty „Chandelier”, Sia zaczyna śpiewać, a Ziegler tańczyć. Publiczność bije brawa, artystka kłania się jej, choć niewiele widzi.
Aktorka Kasia Warnke pojawia się na premierach filmowych i chętnie pozuje na tzw. ściankach. Z równą chęcią bierze udział w pokazach mody, promocjach ubrań czy kosmetyków. Sama jest zresztą ambasadorką marki Obagi. Od jakiegoś czasu interesują się nią również media plotkarskie, a to za sprawą związku z Piotrem Stramowskim. Ten z dnia na dzień stał się znany dzięki roli w filmie „Pitbull. Nowe porządki” Patryka Vegi. Co myśli o ściankach? - „Ścianki” to takie hasło, które mrozi krew w żyłach, ale one istnieją i są formą promocji, pokazując się na nich można zyskać publikę w gazetach czy na portalach plotkarskich - mówi. - A kiedy nie było jeszcze
tego typu mediów, popularność i tak była istotna. Zawsze byli ludzie, którzy jej unikali i ci, którzy jej łaknęli. Dlatego sądzę, że to bardzo indywidualna kwestia, jak również tego, jak to chce żyć - dodaje.
Uważa, że bycie popularnym wiele ułatwia. - Dużo bardziej lubimy, gdy coś za tym stoi, choć zdarza się często, że wcale tak nie jest - tłumaczy - W showbiznesie brakuje mi artystów, którzy mają osobowość, dorobek, mają coś do powiedzenia i niekreowany, własny styl.
Za celebrytów nie uznaje się choćby Marcina Dorocińskiego, Agaty Kuleszy, Magdaleny Cieleckiej i Krystyny Jandy. Nie wyskakują z lodówki, choć od czasu do czasu dadzą namówić się na wywiad. Tyko w ich przypadku prywatne tematy zostają właściwie nietknięte. Nawet jeśli coś zdradzają, robią to z klasą i wyczuciem. Wiadomo, że na co dzień są partnerami, rodzicami, robią zakupy w osiedlowym sklepie, ale większe znaczenie mają ich dokonania.
Kulesza zatańczyła w "Tańcu z Gwiazdami", a Janda ostatnio wyprodukowała krem. To nie są ludzie nieobecni zupełnie w mediach, ani tacy, którzy się nie otarli o komercję. Ale przede wszystkim są to artyści, którzy postawili na sztukę i oddają się jej, dzięki czemu możemy oglądać wartościowe kino i teatr. Dokonali takiego wyboru, że w mediach funkcjonują tylko w kontekście swojej pracy. I to budzi szacunek i jakąś sympatię.
O konsekwencji świadczy fakt, że w prasie trudno szukać obrazków z codziennego życia wymienionych artystów. Redakcje po prostu nie wyślą za nimi paparazzi chyba, że chcą płacić odszkodowanie. I dzieje się tak z dwóch powodów: albo szanują gwiazdy albo dostają ostrzeżenie od ich prawników. – Jak się chce, można swoje negocjować albo wyrwać z gardła – tłumaczy Korwin Piotrowska. Na to stać jednak małą grupę osób. Pozostałe radzą sobie inaczej, dogadując się z tabloidami. – Bez tego by ich nie było – mówi dziennikarka. Inaczej patrzy na to Warnke. Podaje przykład Andy'ego Warhola, który z jednej strony był celebrytą, z drugiej artystą przez duże A. - Eksperymentował ze sławą, produkował dzieła sztuki, jak w fabryce, stworzył sukces The Velvet Underground, stworzył pismo, był wizjonerem współczesności - uważa aktorka.- Show-biznes sam w sobie jest ciekawym zjawiskiem i artysta ma prawo z niego korzystać.
Napisz do autorki: karolina.blaszkiewicz@natemat.pl
