Sława z dala od fleszy jest naprawdę możliwa?
Sława z dala od fleszy jest naprawdę możliwa? Fot. Shutterstock

Dzisiejszy świat mówi: "Pokaż wszystko. Selfie u dentysty, kolację w modnej knajpie, nowe buty". Smartfon w dłoń i można zacząć dzień, „lajk” tu, „lajk” tam. Niełatwo się z tego wyłamać, szczególnie, gdy żyje się na świeczniku. Okładka, ścianka, Instagram i Facebook – tak dziś funkcjonują gwiazdy i celebryci. Łatwiej wskazać tych, którzy otwierają drzwi na oścież i mówią: "Zapraszam!", niż tych zamykających je z hukiem. A jednak ci ostatni istnieją i mają się dobrze.

REKLAMA

Gwiazda mówi: Nie Studio programu Ellen Show, na scenę wychodzą Sia i Maddie Ziegler. Pierwsza staje tyłem do widowni, druga – w blond peruce przyjmuje pozę. Gdy rozbrzmiewają pierwsze takty „Chandelier”, Sia zaczyna śpiewać, a Ziegler tańczyć. Publiczność bije brawa, artystka kłania się jej, choć niewiele widzi.

Zakrywa twarz, mimo że jeszcze parę lat temu patrzyła prosto w obiektywy aparatów. Uśmiechała się do fanów podczas koncertów i chętnie robiła to, co inne gwiazdy jej pokroju. Aż któregoś dnia powiedziała „dość”. – Gdyby ktokolwiek wiedział, czym jest popularność, nigdy by się na nią nie zgodził – tłumaczy. – Ludzie chcą wiedzieć o tobie wszystko i wydaje im się, że mają do tego prawo. Dzień w dzień depczą cię i oceniają każde twoje posunięcie. To chore – przekonuje. Australijka tak źle znosiła cudzą uwagę, że wpadła w depresję, sięgnęła też po alkohol i narkotyki. Rozpoznawalność niemal ją zniszczyła. Poszła na odwyk, w trakcie którego doszła do wniosku, że tylko kontrola nad wizerunkiem ochroni ją jako artystkę.

Sia nie pokazuje twarzy i zdobywa artystyczne szczyty
Sia nie pokazuje twarzy i zdobywa artystyczne szczyty Fot. Facebook.com/Sia

Tak powstaje Sia 2.0 – talent udowodniony nie liczbą okładek kolorowych pism, lecz także ciężką pracą. O nowej płycie „1000 forms of fear” piszą wszyscy. Promuje go szczery do bólu „Chandelier”, najpierw w wersji audio. Niedługo później pojawia się teledysk, a w nim 13-letnia Maddie, reprezentująca zagubioną Się. Młodziutka tancerka trafiła jeszcze na plan wideoklipów teledysków „Elastic Heart” i „Big Girls”, towarzyszyła również artystce na czerwonych dywanach. Obie noszą peruki, z tą różnicą, że dla drugiej to znak protestu. – Nie chcę być sławna ani rozpoznawalna – powtarza. Być może jednak międzynarodowej gwieździe wolno mówić coś takiego?

Słowo na P Aktorka Kasia Warnke pojawia się na premierach filmowych i chętnie pozuje na tzw. ściankach. Z równą chęcią bierze udział w pokazach mody, promocjach ubrań czy kosmetyków. Sama jest zresztą ambasadorką marki Obagi. Od jakiegoś czasu interesują się nią również media plotkarskie, a to za sprawą związku z Piotrem Stramowskim. Ten z dnia na dzień stał się znany dzięki roli w filmie „Pitbull. Nowe porządki” Patryka Vegi. Co myśli o ściankach? - „Ścianki” to takie hasło, które mrozi krew w żyłach, ale one istnieją i są formą promocji, pokazując się na nich można zyskać publikę w gazetach czy na portalach plotkarskich - mówi. - A kiedy nie było jeszcze tego typu mediów, popularność i tak była istotna. Zawsze byli ludzie, którzy jej unikali i ci, którzy jej łaknęli. Dlatego sądzę, że to bardzo indywidualna kwestia, jak również tego, jak to chce żyć - dodaje.

Uważa, że bycie popularnym wiele ułatwia. - Dużo bardziej lubimy, gdy coś za tym stoi, choć zdarza się często, że wcale tak nie jest - tłumaczy - W showbiznesie brakuje mi artystów, którzy mają osobowość, dorobek, mają coś do powiedzenia i niekreowany, własny styl.

Kasia Warnke nie ma nic przeciwko ściankom - chciałaby jednak, by pojawiały się na nich osoby, które mają coś do powiedzenia
Kasia Warnke nie ma nic przeciwko ściankom - chciałaby jednak, by pojawiały się na nich osoby, które mają coś do powiedzenia Fot. Sławomir Kamiński / AG

Mediom łatwiej jest jednak postawić na kogoś, kto często bywa, co przekłada się też na zawodowe propozycje w komercyjnych projektach. - W moim przypadku rozpoznawalność, istnienie w mediach, w świecie mody, niewiele ma wspólnego z moją artystyczną drogą - słyszę od Warnke - Nie da się tego połączyć: pracując w teatrze z Lupą, Jarzyną, Korczakowską, pisząc dramaty, reżyserując, grając w filmie, czy teatrze TV, a ostatnio tworząc muzykę, przebywam w przestrzeni dla mnie najważniejszej, to na niej skupiam się przez całe życie i to jej poświęciłam najwięcej uwagi. Show- biznes i moda to dla mnie tylko zabawa, jakaś forma przygody.

Między światami Za celebrytów nie uznaje się choćby Marcina Dorocińskiego, Agaty Kuleszy, Magdaleny Cieleckiej i Krystyny Jandy. Nie wyskakują z lodówki, choć od czasu do czasu dadzą namówić się na wywiad. Tyko w ich przypadku prywatne tematy zostają właściwie nietknięte. Nawet jeśli coś zdradzają, robią to z klasą i wyczuciem. Wiadomo, że na co dzień są partnerami, rodzicami, robią zakupy w osiedlowym sklepie, ale większe znaczenie mają ich dokonania.

Marcin Dorociński pokazuje się, gdy np. promuje film ze swoim udziałem
Marcin Dorociński pokazuje się, gdy np. promuje film ze swoim udziałem Fot . Dawid Chalimoniuk / Agencja Gazeta

Zachowują się tak, jakby po prostu dopisało im szczęście. Nagradzani za pracę, doceniani przez środowisko i widownię, wybierają życie z dala od czerwonych dywanów. Nawet jeśli czasem się po nich przejdą.

Kulesza zatańczyła w "Tańcu z Gwiazdami", a Janda ostatnio wyprodukowała krem. To nie są ludzie nieobecni zupełnie w mediach, ani tacy, którzy się nie otarli o komercję. Ale przede wszystkim są to artyści, którzy postawili na sztukę i oddają się jej, dzięki czemu możemy oglądać wartościowe kino i teatr. Dokonali takiego wyboru, że w mediach funkcjonują tylko w kontekście swojej pracy. I to budzi szacunek i jakąś sympatię.

Kasia Warnke, aktorka

Karolina Korwin Piotrowska "ściankę" nazywa "ścianą płaczu". W jej opinii zwykle ustawiają się przed nią osoby bez znaczących osiągnięć. – Największe gwiazdy, jak np. Meryl Streep czy Jennifer Lawrence, nie biorą udziału w promocji garnków, kremów czy tamponów, chyba że są twarzami jakiejś marki – zaznacza Piotrowska.

Jennifer Lawrence woli pokazywać efekty swojej pracy niż sprzedawać prywatność
Jennifer Lawrence woli pokazywać efekty swojej pracy niż sprzedawać prywatność Fot. Shutterstock

Oczywiście ścianka wchodzi w grę, gdy pokazuje się efekty swojej pracy – to ona lansuje gwiazdę. Dziennikarka uważa, że nie ma w tym nic nadzwyczajnego. – Jeżeli używa się mózgu nie tylko do pisania hasztagów na Instagramie – ironizuje. – Wiele osób, z którymi rozmawiam, mówi mi: to jest trochę tak, że media, jak się im nie pozwoli, nie wejdą głęboko. Trzeba tylko na starcie postawić granice. I być konsekwentnym – podkreśla.

Na własnych zasadach O konsekwencji świadczy fakt, że w prasie trudno szukać obrazków z codziennego życia wymienionych artystów. Redakcje po prostu nie wyślą za nimi paparazzi chyba, że chcą płacić odszkodowanie. I dzieje się tak z dwóch powodów: albo szanują gwiazdy albo dostają ostrzeżenie od ich prawników. – Jak się chce, można swoje negocjować albo wyrwać z gardła – tłumaczy Korwin Piotrowska. Na to stać jednak małą grupę osób. Pozostałe radzą sobie inaczej, dogadując się z tabloidami. – Bez tego by ich nie było – mówi dziennikarka. Inaczej patrzy na to Warnke. Podaje przykład Andy'ego Warhola, który z jednej strony był celebrytą, z drugiej artystą przez duże A. - Eksperymentował ze sławą, produkował dzieła sztuki, jak w fabryce, stworzył sukces The Velvet Underground, stworzył pismo, był wizjonerem współczesności - uważa aktorka.- Show-biznes sam w sobie jest ciekawym zjawiskiem i artysta ma prawo z niego korzystać.

Dziś odbywa się to też za pośrednictwem social mediów. Oficjalne konto na Facebooku czy Instagramie to norma. Gwiazda pokazuje tam, czego naprawdę chce – spokoju czy poklasku. I tak np. u Macieja Stuhra znajdziemy kąśliwe komentarze do aktualnych wydarzeń, rzadko jednak galerię selfie z partnerką. Na próżno szukać też osobistych wyznań na fanpage'u Małgorzaty Kożuchowskiej. Takie gwiazdy używają prywatności tylko w wyższym celu. Olga Frycz chwali się psem, by namówić fanów do adopcji porzuconych zwierząt. Marcin Dorociński jako ambasador WWF opowiada zaś o spotkaniu z gepardem.

Fot. Screen / Facebook Olgi Frycz

Wydaje się więc, że sława "po swojemu" jest absolutnie możliwa. – Najważniejsze jest to, by kreować tę rzeczywistość, a nie stać się uprzedmiotowioną pacynką, z którą media robią coś na swój użytek – przyznaje Kasia Warnke. Karolina Korwin Piotrowska dodaje, że aby sobie na to pozwolić, "trzeba mieć wywalone". – I absolutną pewność, że można żyć bez tabloidów – dodaje.

Napisz do autorki: karolina.blaszkiewicz@natemat.pl