Rzuć wszystko i wyjedź w Bieszczady! Przez pół roku możesz pracować w „Chacie Wędrowca”

Przez pół roku chętni i wykwalifikowani mogą pracować w prestiżowej bieszczadzkiej karczmie.
Przez pół roku chętni i wykwalifikowani mogą pracować w prestiżowej bieszczadzkiej karczmie. Fot. Agnieszka Rodowicz/ Chata Wędrowca
– Przyjacielu, skończ tę nowennę i po prostu wyjedź w Bieszczady! Tak jak rano jedzie się do biura. Pluj na bajki, pluj na ballady, tylko męska literatura! – śpiewał Wojciech Młynarski. Taki wyjazd jest marzeniem wielu ludzi, szczególnie tych, których przerasta męcząca codzienność w wielkim mieście. Wypalenie zawodowe, niepowodzenia albo po prostu nuda – jeśli masz tego dość, to rzuć wszystko i w kwietniu wyjedź do … Wetliny!


Nie na stałe, nie na rok, ale chociaż na pół roku. Teraz taka perspektywa nie wydaje się być szaleństwem. Bieszczadzka karczma „Chata Wędrowca”, prowadzona od 2003 roku przez Ewę i Roberta Żechowskich, rozpoczęła rekrutację na pracowników sezonowych. Poszukiwany jest kucharz, pomoc kuchenna, osoba sprzątająca i zmywająca, kelnerka.
Oczywiście wymagane jest doświadczenie zdobyte na podobnych stanowiskach, ale jeśli spełniacie te warunki, to zamiast szukać pracy w zatłoczonym i niespokojnym mieście – zgłoście się do pracy w Wetlińskiej „Chacie Wędrowca”! Tegoroczne lato – od 26 kwietnia do 30 października – możecie spędzić pracując w jednym z najpiękniejszych miejsc w Polsce.


Pani Ewa i pan Robert po kilku latach pracy w bieszczadzkich schroniskach PTTK, w 2003 roku założyli karczmę marzeń. Pan Robert jest docenianym szefem kuchni. W 2015 i w 2016 roku został wyróżniony "czapką" prestiżowego przewodnika Gault&Millau. Małżeństwo prowadzi miejsce piękne, w którym czuć pasję i miłość do Bieszczad. Każdy, kto spełnia wymagania właścicieli „Chaty Wędrowca” i zdecyduje się na porzucenie na pół roku swojego dotychczasowego życia – może być częścią tego domu. Z panią Ewą rozmawiamy o życiu i pracy w tym rejonie Polski.

Czy pracę w „Chacie Wędrowca” może dostać uciekinier z miasta?

Dla nas każdy pracownik jest wartościowy, może przyjechać z każdej części Polski, ze wsi, z miasta, skądkolwiek. Od osób chętnych do pracy nie oczekujemy niczego, oprócz doświadczenia i odpowiedzialności. To może być osoba z dużego miasta i w zasadzie tak jest, że od lat pracują u nas osoby z polskich miast, tych największych jak i tych mniejszych. To będzie nasz 24. sezon pracy w Bieszczadach. Od 1993 roku, z naszego regionu, pracowało u nas tylko kilka osób. Najbardziej chętne osoby do pracy pochodzą z innych części Polski. Przyjeżdżają z różnych powodów.


Często zachęcam ludzi, którzy marzą o tym, żeby przyjechać tu na stałe, żeby najpierw popracowały sześć miesięcy, żeby zorientowały się w sytuacji i dopiero potem podjęły decyzję czy to miejsce jest dla nich. Obserwując od wielu lat różne osoby, które się tutaj pojawiają, nie tylko wśród naszych pracowników, zauważam, że wyobrażenia o życiu tutaj mocno mijają się z rzeczywistością.

Okazuje się, że wizja życia w Bieszczadach odbiega od realiów. Ktoś przyjeżdża tu na wakacje, kiedy jest pięknie, ciepło, słonecznie, kiedy jest dużo ludzi i sielska atmosfera. A po sezonie następuje zderzenie z rzeczywistością – robi się pusto, głucho i dla niektórych zbyt spokojnie.

Dla większości osób tu mieszkających i pracujących w turystyce przychodzi czas bezrobocia. Znikają kolory, przychodzi zima, wcześnie robi się ciemno, za oknem nie błyszczą światła latarni. I trwa to wszystko długo, kilka miesięcy. Dla niektórych zbyt długo, a głucha cisza i niewiarygodny spokój nie są dla każdego. Niektórzy wracają do miasta. Dobrze, jak mają do czego.
Wy zamieszkaliście w Bieszczadach 30 lat temu, czy również uciekliście tu z miasta?

Mąż przyjechał w Bieszczady już w 1985 roku. Jest starszy ode mnie o 15 lat i mieszkał tu już dość długo, zanim się tutaj przeprowadziłam. Jest z pochodzenia krakusem. W latach 80-tych prowadził Schronisko pod Małą Rawką, później wyjechał i kiedy wrócił w 1993 roku – został tu na stałe. Ja dojechałam do niego w 1993 roku, a na stałe przeprowadziłam się w 1995.

Mieszkałam wcześniej w Łowiczu, tam się urodziłam i tam skończyłam szkołę średnią. Na studia wyjechałam do Wrocławia i gdy byłam na pierwszym roku – zaczęliśmy być razem. Zaczęłam kursować między Wrocławiem a Bieszczadami, a od drugiego roku studiowałam zaocznie i dojeżdżałam jeszcze przez 4,5 roku na studia pokonując co drugi tydzień prawie 700 km w jedną stronę.

Traktowała to pani jak przygodę czy jak ucieczkę z miasta?

Od zawsze moim marzeniem było wyjechać w góry. Jako licealistka chodziłam po górach, nie tylko po Bieszczadach. Przyjeżdżałam tu na obozy harcerskie. Wtedy marzyła mi się taka sytuacja, w jakiej obecnie jestem. Potem nastąpiło idealne połączenie – góry plus miłość mojego życia. Roberta poznałam w schronisku. On był wtedy gospodarzem, ja przyjechałam na wakacje, pomagałam no i to tak się zaczęło. Spełniło się moje największe marzenie a ja wciąż cieszę się tym jak dziecko, tak samo jak 21 lat temu.
Co sprawia, że Bieszczady są polskim końcem świata, do którego ludzie chcą uciec?

Dzika przyroda jest w wielu zakątkach Polski, ale decydująca jest tutaj odległość. Poza Suwalszczyzną, nie ma chyba, takiego drugiego regionu w Polsce, który jest tak daleko od każdego dużego miasta. Do Warszawy jest 500 kilometrów, do Krakowa 300 a nawet do Rzeszowa, do którego jeździmy na zakupy, jest 160. Polska ma inne piękne góry, kotliny czy wyżyny, cudowne krajobrazy, ale, moim zdaniem, wszystkie one są na wyciągnięcie ręki.

Wydaje mi się, że to, że Bieszczady nie są blisko, jest ich olbrzymią zaletą. To powoduje, że ludzie marzą o tej krainie bardziej niż o innych miejscach, żeby na chwilę wyrwać się tutaj, prawie jak na dalekie wakacje. Dla wielu osób, Bieszczady są na tyle daleko, że zaczyna to pachnieć dość egzotycznie. Nie można tu dojechać w 2 godziny. Z wielu miast czas dojazdu to 8 czy 10 godzin, a ze Szczecina czy Gdańska jeszcze dłużej. To jak lot do Tokio z Warszawy.

Drugim powodem, dla którego Bieszczady kojarzą się z ucieczką jest to, że Bieszczady są puste. Słaba infrastruktura, oddalone od siebie wioski, hektary lasów powodują, że można się tu poczuć jak na dzikim zachodzie. Nie mamy tutaj żadnych dużych hoteli i wielkich ośrodków. Mówię oczywiście o Bieszczadach Wysokich, bo na przykład oddalona od gór Solina to już trochę inna historia. Tam jest już bardziej tłoczno. Tu, w Wysokich jest jeszcze spokojnie i wbrew opiniom niektórych osób, do jakiejkolwiek komercji jeszcze tu daleko.

Tu przyjeżdża się po oddech od wszystkiego, po przestrzeń i ciszę. Wystarczy omijać długie weekendy i szczyt wakacyjnych urlopów. Podróżując po różnych zakątkach świata, widzimy z Robertem, jak jeszcze piękne i dzikie są nasze Bieszczady. Świat się rozwija, wszystko pędzi, więc i Bieszczady próbują truchtać i nadgonić choć odrobinę ale ciągle jest to jeszcze miejsce z sercem i duszą pozbawione konsumpcyjnego charakteru. Liczba usług turystycznych jest jeszcze naprawdę bardzo mała, tak naprawdę znikoma w porównaniu z resztą świata. I moim zdaniem to jest plusem i wielką zaletą. Nie ma parków rozrywki. Tu się chodzi po górach i cieszy przestrzenią.
Bieszczady są wyjątkowym miejscem pod wieloma względami. Będąc na szlaku, trzeba pokonywać długie dystanse, być przygotowanym na większy wysiłek, być rasowym turystą. Ze szczytów rozciągają się widoki po horyzont. Nie ma wiosek w zasięgu wzroku, miasteczek i fabryk. Wchodząc na jedną czy drugą Połoninę, w zasięgu wzroku jest tylko bezkresna przestrzeń, łąki i lasy. Mimo że mieszkamy już tutaj bardzo długo, to wszystko o czym mówię, wciąż nas cieszy. Ale bieszczadzkie życie to nie są wieczne wakacje. Mieszkanie tu i życie na co dzień to, przede wszystkim, pomysł na siebie. Osoby, które marzą o życiu tutaj, powinny wiedzieć co chcą tu robić, gdzie pracować, jak zarabiać pieniądze.

Jakie „niespodzianki” czekają na ludzi, którzy zdecydują się rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady?

Moim zdaniem mieszkanie na wsi jest droższe niż w mieście. To jest luksus. Trzeba utrzymać dom, co często bywa droższe niż utrzymanie mieszkania w bloku. Ciepła woda w kranie i gorące grzejniki to nie jest oczywistość. Musisz palić w piecu. Ale zanim to zrobisz musisz kupić ciężarówkę drewna, musisz je pociąć a potem nosić kilka razy dziennie, by wrzucić do pieca czy kominka. Albo robisz to sam ale płacisz dużo pieniędzy za taką usługę. I tak jest z wieloma czynnościami. Do miasta jest daleko. Najbliższy sklep, do którego możemy pojechać na większe zakupy, znajduje się 50 kilometrów od domu. Basen - 50 kilometrów. Dodatkowe zajęcia dla dzieci – również co najmniej 50 kilometrów.

Trzeba mieć niezawodne auto i dość sporą gotówkę na paliwo. Tak naprawdę, na każdym kroku pojawiają się koszty, których miastowi nie mają. Mają inne, na pewno też duże. Ale tu jeszcze wszystko zabiera dodatkowo dużo czasu, bo wyjazd na basen to jest pół dnia a przegląd samochodu – cały dzień. Warto wiele takich aspektów przeanalizować zanim wkopie się łopatę pod fundamenty domu w Wetlinie czy Cisnej. Ludzie z miasta przyzwyczajeni są do tego, że kaloryfer jest ciepły i woda w kranie jest gorąca.
Zaczynać od zera, w dzisiejszych czasach, a szczególnie młodym ludziom, nie jest łatwo. Ale jest to możliwe. Trzeba pokochać to miejsce i wtedy desperacja pozwala na szalone kroki. Zakup działki to duży koszt, ale jeśli masz nadmiar gotówki, dostałeś spadek lub masz dobrze płatną zdalną pracę – wszystko jest możliwe. Potem zaczyna się zwykła rzeczywistość. Albo pracujesz w jakiejś instytucji państwowej, albo w turystyce. Trzeba się liczyć z tym, że sezon jest bardzo krótki i większość osób musi zarobić pieniądze w bardzo krótkim czasie, na bardzo długi okres posezonowego przestoju.

Czym różni się praca w bieszczadzkiej „Chacie Wędrowca” od tej w restauracji w dużym mieście?

W takiej restauracji jak nasza, czyli takiej, która uzurpuje sobie prawo do bycia miejscem prestiżowym, potencjalny kelner czy kucharz nie odczuje dużej różnicy. Będzie musiał pracować tak samo ciężko, jak w warszawskiej restauracji. Praca wygląda dokładnie tak samo. Wartością dodaną jest to, że w dni wolne, jeśli ktoś ma jakieś pasje, na przykład kocha biegać, jeździć na rowerze albo chodzić po górach, może swobodnie z tego korzystać. To może być takie połączenie relaksu z pracą, jednak z większym naciskiem na pracę.

Inaczej się pracuje kiedy człowiek wychodzi sobie na zewnątrz i ma piękny widok, ciszę, spokój a wkoło ćwierkają ptaki. Jest to jakościowa różnica w stosunku, na przykład, do lokalu w sercu tętniącego życiem miasta. Szkoda, że możemy zaoferować tylko sześć miesięcy pracy, a nie cały rok. Niestety, ale od listopada do kwietnia nie możemy sobie pozwolić na utrzymanie lokalu, przy zachowaniu wysokiej jakości potraw. Turystów jest wówczas, naprawdę, bardzo niewielu.
Oczekiwania w stosunku do pracowników mamy podobne jak szefowie znanych i lubianych restauracji w innych częściach kraju, płacąc przy okazji tyle samo, co w cenionych warszawskich miejscach. Dlatego może i ceny mamy warszawskie – co często jest, w stosunku do nas, zarzutem. Dobra jakość idzie w parze z wysoką ceną a na koszt dania nie składa się tylko cena zakupionego produktu. Tych składowych jest z roku na rok coraz więcej.

Krótki sezon podbija niestety stawkę. My stawiamy w pierwszej kolejności na jakość. I jak widać – wielu gości, od tych 24 lat, jest w stanie to docenić. Przyjazd do pracy, w Bieszczady, łączy się z pewnym wyrzeczeniem. Jest to 6 miesięcy intensywnej pracy z dala od miejsca zamieszkania. Dlatego tylko maleńka garstka ludzi podejmuje taką decyzję. I właśnie na takie osoby czekamy. Tu w Wetlinie, w sercu Bieszczad.

Napisz do autorki: barbara.kaczmarczyk@natemat.pl

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...
0 0Pisał o "tęczowej zarazie". Stał się męczennikiem na prawicy
0 0Dlaczego wierzę Jarosławowi Kaczyńskiemu