"Niech ktoś po nas przyjedzie! Jest ciemno!", czyli jak setka turystów utknęła w Święta na drodze do Morskiego Oka

Turyści powinni pamiętać, że po zmroku fiakrzy już raczej nie pracują.
Turyści powinni pamiętać, że po zmroku fiakrzy już raczej nie pracują. Fot. Marek Podmokły / Agencja Gazeta
Było już ciemno, dobrze po godzinie 18-ej w drugi dzień Świąt, gdy na komendzie policji w Zakopanem, a także w Straży Pożarnej, TOPR i paru innych instytucjach, nagle rozdzwoniły się telefony. To wściekli turyści, którzy poszli na wycieczkę do Morskiego Oka i nie mieli jak wrócić, domagali się pomocy. To znaczy mieli – oczywiście na nogach, ale to najwyraźniej nie przyszło im do głowy. Oni chcieli wozami, a tych po zmroku już pod Morskim Okiem nie było... Bezmyślność, głupota, czy brak wyobraźni? Ile już podobnych historii słyszeliśmy? Ale fakt, ta historia jest wyjątkowa. W końcu nie jeden, dwóch turystów żądało pomocy, ale cała setka!


Turyści domagali się transportu na dół. – Mówili, że są na Włosienicy, jest już ciemno i robi się zimno, a nie ma ani jednego wozu konnego, którym mogliby zjechać na dół – cytuje "Gazeta Krakowska" rzecznika zakopiańskiej policji Romana Wieczorka.


Ale policja to tylko jedna z instytucji, którą zaalarmowali spanikowani turyści. Bo dzwonili praktycznie wszędzie, łącznie z Wojewódzkim Centrum Zarządzania Kryzysowego. Wszystkie służby musiały mieć przy tym niezły ubaw. Albo przerażenie w oczach. Tym bardziej, że – jak mówił rzecznik policji – nikomu z tych osób nic się nie stało. Wszyscy byli w dobrym stanie fizycznym i generalnie o własnych siłach byli w stanie zejść na dół.


Oto, jak zdarzenie relacjonuje portal Tatromaniak:

Do kuriozalnej sytuacji doszło wczoraj w godzinach popołudniowych. Do Wojewódzkiego Centrum Zarządzania Kryzysowego oraz innych służb zaczęli wydzwaniać turyści z prośbą o zorganizowanie transportu do Zakopanego i okolicznych miejscowości. Część osób utknęła na Polanie Włosienica niedaleko Morskiego Oka, licząc być może na powrót fasiągami konnymi, które o tej porze już nie jeździły. W ciemnościach turyści nie potrafili poradzić sobie z powrotem oblodzoną asfaltową drogą. Czytaj więcej

Kilkadziesiąt osób utknęło też przy Palenicy Białczańskiej, czyli tuż przy dolnym parkingu w drodze do Morskiego Oka. Tu, z kolei, było już za późno na busy, które zimową porą o tej godzinie kursują raczej rzadko. Dlaczego nikt z setki osób wcześniej tego nie sprawdził? Liczyli na to, że przystanek – niczym w mieście – działa całą dobę?


Zbłąkanym turystom ostatecznie pomogli ratownicy TOPR, choć – jak pisze "Gazeta Krakowska" – głównie starszym oraz takim, którzy wybrali się na wycieczkę z rocznym dzieckiem. Tym, którzy czekali na dole – pomogła straż pożarna z Bukowiny Tatrzańskiej.

Przykłady nieodpowiedzialności polskich turystów w górach można mnożyć. I zimą, i latem, o każdej porze roku. Pisaliśmy już o tym w naTemat nie raz – jak wybierają się na szlaki w japonkach czy sandałach albo jak dopuszczają się aktów wandalizmu.

Również tym razem internauci nie zostawiają na nich suchej nitki. ”Mogli wezwać taksówki", "Tam gdzie za akcję ratowniczą trzeba zapłacić kilka tysięcy euro, takie numery nie występują" – to tylko niektóre z komentarzy.

źródło:"Gazeta Krakowska"

napisz do autora:katarzyna.zuchowicz@natemat.pl