
Zastanawialiście się, po co właściciele wielkich firm wpisują sobie do umowy o pracę te bajońskie sumy w wynagrodzeniach? Przecież na dobrą sprawę już przy zarobkach rzędu jednego czy dwóch milionów złotych rocznie w Polsce trudno rozpuścić takie pieniądze. Samochodu nie zmienia się przecież co roku, a ile można wydać na garnitury, zatruwanie się cygarami i stuletnią whisky albo jedzenie w restauracjach.
REKLAMA
Odpowiedzi udziela prof. Janusz Filipiak, prezes i założyciel informatycznej firmy Comarch, jeden z najlepiej opłacanych menedżerów w Polsce. Tym razem, to dziennikarz magazynu Forbes zapytał go o wzbudzające sensację zarobki. – Jestem zmęczony tym tematem. Ostatnio Ryszard Bugaj powiedział mi, że za dużo zarabiam i jeszcze ten rolls-royce, zegarki. Mówię mu: po zastanowieniu to ma pan rację, tylko że ja mogę legalnie te pieniądze wziąć i trudno mi się oprzeć – odpowiada Filipiak.
A trzeba przyznać, że prezes Filipiak poległ w walce z nie byle jaką pokusą. Wypłacił z firmy 8,1 mln złotych – jako roczne wynagrodzenie. Trudno jednak nie przyznać mu racji. Skoro sam zakładał firmę, a dziś jako jej prezes jest autorem wielu jej sukcesów biznesowych to może korzystać z ich owoców.
– Przecież ma Pan już tyle pieniędzy, że mógłby Pan nic nie robić do końca życia – docieka dziennikarz.
– Nie znoszę stanu entropii. Zresztą co miałbym robić na wakacjach? Pojeżdżę dwie godziny na nartach i jestem zmęczony – odparł biznesmen dodając, że wciąż chce mu się jeszcze pracować.
– Nie znoszę stanu entropii. Zresztą co miałbym robić na wakacjach? Pojeżdżę dwie godziny na nartach i jestem zmęczony – odparł biznesmen dodając, że wciąż chce mu się jeszcze pracować.
Na tym temat można by zakończyć. Comarch to prywatna firma, do tego notowana na giełdzie. Prezes może robić to, na co pozwalają mu akcjonariusze (sam jest największym), gdyby nie ciekawy szczegół. Tak naprawdę wynagrodzenie prezesa Filipiaka uzgadnia i akceptuje jego żona Elżbieta, która jest przewodniczącą rady nadzorczej w spółce.
Milionowe zarobki prezesów największych giełdowych spółek rozpalają wyobraźnię tych, którzy zarabiają średnio lub mało. Zwłaszcza, gdy okazuje się, że ktoś zarabia w jeden dzień tyle, co inni przez cały rok. I tu Filipiak ma ciekawe przemyślenia. Twierdzi, że 32 tys. złotych za dzień pracy to akurat mało, kiedy zarządza się firmą wycenianą na miliard złotych. Informatycznych kontraktów prezes szuka na na całym świecie – ostatnio najczęściej w Ameryce Południowej. W podróżach spędza większość czasu życia. Odbiera 60 strategicznych maili dziennie, w godzinach od 6 rano do 22.
Jak to jest i ile czasu pozostaje milionerom na rozrywki? Więcej o jego zwykłym dniu pracy przeczytacie tutaj.
Napisz do autora: tomasz.molga@natemat.pl
