Viktor Orban niezbyt przejmuje się tym, że Węgrzy coraz chętniej emigrują. Bo większość z nich to przecież niezadowoleni z rządów Fideszu.
Viktor Orban niezbyt przejmuje się tym, że Węgrzy coraz chętniej emigrują. Bo większość z nich to przecież niezadowoleni z rządów Fideszu. Fot. Wojciech Olkuśnik / Agencja Gazeta

Reżimy, które Europa pożegnała ledwo ćwierć wieku temu, przyzwyczaiły nas do myślenia, że taka władza za wszelką cenę chce trzymać obywateli w granicach państwa. Ludzie tkwili więc w ojczyźnie, tylko kumulując w sobie gniew, który wreszcie władzę obalił. Nowe wschodnioeuropejskie autorytaryzmy tego błędu nie popełnią. Bo tego, że emigracja pomaga rozwiązać problemy z niezadowolonym społeczeństwem, świetnie uczy Viktor Orbán.

REKLAMA
Emigracja to szansa...
– Biedni imigranci szkodzą Europie – grzmiał węgierski premier, gdy inicjował swoją krucjatę przeciwko uciekinierom z Bliskiego Wschodu i Afryki. Viktor Orbán wiedział, co mówi, bo sam od lat jest "producentem" imigrantów. Tyle, że uciekający z ojczyzny Węgrzy to często ludzie całkiem zamożni i dobrze wykształceni, których na Zachodzie przyjmują z otwartymi ramionami.
Węgrzy najczęściej nowego domu szukają dziś w Niemczech, Austrii lub Wielkiej Brytanii. Z ostatnich danych o skali emigracji znad Balatonu wynika, że w latach 2012-2014, gdy Fidesz wziął się najmocniej za swoją narodowo-chrześcijańską rewolucję, liczba uciekających przed życiem w państwie Orbána bardzo mocno wzrosła.
Wiadomo, że co najmniej 80 tys. Węgrów wybrało życie w Niemczech, 69 tys. woli mieszkać w Austrii, a 55 tys. obywateli Węgier wyemigrowało na Wyspy Brytyjskie. Kilkaset tysięcy kolejnych to imigranci rozsiani mniejszymi grupami w innych państwach na całym świecie, gdzie przeciętnym Węgrom trochę trudniej się odnaleźć.
Jednak polscy fani Viktora Orbána lubią operować tymi danymi, by udowodniać, że z Węgier wyemigrowało znacznie mniej ludzi niż z Polski rządzonej przez Donalda Tuska. Problem tylko w tym, że Węgrzy to naród ponad trzy razy mniejszy od Polaków. Dlatego w Budapeszcie o "dramatycznej skali emigracji" mówi się już przy liczbach idących w dziesiątki tysięcy.
"Bo życie masz tylko jedno"
Dotąd była jeszcze jedna znacząca różnica między emigracją Polaków i Węgrów. Z nad Wisły ucieka się oczywiście narzekając na biurokrację i brak "normalności". Jednak Polakami przede wszystkim kierowała chęć walki o jak najlepszą pracę i płacę. Natomiast wielu Węgrów ojczyznę opuściło głównie ze względów politycznych. Wyemigrowali dlatego, że po prostu nie zdzierżyli życia w kraju, w którym tępione są wszelkie przejawy inności, a karierę trudno zrobić nie wchodząc w światek Fideszu.
Węgierskich emigrantów jest dziś już więcej, niż po dwóch wojnach światowych z XX wieku. Mniej ludzi uciekało z ojczyzny nawet po krwawo stłumionym powstaniu przeciwko sowieckiej okupacji z 1956 roku, gdy emigracja była dla wielu jedynym ratunkiem przez więzieniem i torturami. Wtedy poza ojczyzną żyło ok. 300 tys. Węgrów. Obecnie madziarskich imigrantów jest na całym świecie już ponad pół miliona.
– Zmienia się władza i najpierw myślisz, że w twoim życiu nic się nie zmieni. Potem zaczyna ci się nie podobać, ale jakoś to jeszcze akceptujesz. Aż w końcu bierze cię cholera i szukasz normalności, spokoju i pozytywnej przyszłości. Bo przypominasz sobie, że życie masz tylko jedno – stwierdza Nóra, 28-latka pochodząca z Miszkolca, która już przed trzema laty wyprowadziła się do Austrii. Jak podkreśla, nie jest tam imigrantką zarobkową. Wraz z mężem i dwójką dzieci wynieśli się z "Orbanország", bo mieli dość panującej w kraju atmosfery.
Nóra
wyemigrowała z Węgier w 2013 roku

Węgrzy są do ojczyzny przywiązani równie mocno, co Polacy, ale są granice wytrzymałości. Dla nas przekroczeniem ich było to, co rząd nazwał "rewolucją moralną". No i pogłębiające się upartyjnienie absolutnie wszystkiego. Ja jestem PR-owcem, a mój mąż przedsiębiorcą i na Węgrzech na robienie normalnej kariery nie mielibyśmy dziś szans bez przymilania się do ludzi z Fideszu. Woleliśmy więc zacząć prawie od zera w Innsbrucku.

Węgry to znaczy Fidesz
Na zrównanie przez Viktora Orbána pojęć partia i państwo utyskuje w rozmowie z naTemat także 35-letni Zalán – rodowity budapesztańczyk, ale od 4 lat mieszkaniec Niemiec. – Proszę zwrócić uwagę na to, gdzie są dzisiaj węgierskie elity. I nie mam tu na myśli elit państwowych, tylko twórców, publicystów, czy naukowców. Niby obracają się w węgierskiej sferze publicznej, ale tak naprawdę większość dawno uciekła do Wiednia lub Berlina – stwierdza z rozgoryczeniem.
Zalán podziela nasilające się wśród krytyków węgierskiej prawicy przekonanie, że nie są najmilej widziani w ojczyźnie. – Wiem, że w Polsce przez lata była wielka walka o to, by ściągnąć waszych rodaków z Wielkiej Brytanii. Jeżeli jednak nowy rząd w Warszawie rzeczywiście tak mocno wzoruje się na Orbánie, to skończy się co najwyżej na pustych wezwaniach do powrotu. Fidesz posiadł w tym najwyższe zdolności. Kilka razy w roku odgrzebują temat emigracji, oficjalnie zachęcają do powrotu i pokazują, że bezrobocie się zmniejsza. Tyle, że zmniejsza się między innymi dlatego, że kolejni ludzie stracili nerwy i wyjechali. I rząd nawet nie chciał ich zatrzymać... – tłumaczy Węgier.
Od Zalána słyszę też to samo, co Węgrzy mówili mi we wrześniu, gdy w naTemat sprawdzaliśmy, co czeka Polskę po ziszczeniu się wyborczej obietnicy PiS o "Budapeszcie w Warszawie". Czyli, że znaczną część społeczeństwa przed emigracją powstrzymuje jedynie brak znajomości języków obcych.
Zalán
węgierski imigrant w Niemczech

Edukacja tutaj leży od lat. W Polsce ludzie mogą uciekać masowo, bo macie miliony osób z wyższym wykształceniem. Na Węgrzech tak nie jest. Poza Budapesztem i kilkoma miejscowościami turystycznymi niezbyt powszechny jest angielski. Prędzej ludzie mówią trochę po niemiecku, który gdzieś tam się wciąż obraca w naszych domach. To dlatego mimo wszystko tak "mało" Węgrów w Wielkiej Brytanii, czy Irlandii...

Fala imigracji znad Balatonu dopiero się zbiera
W państwie, które polscy rządzący co chwila przywołują za wzór do naśladowania, nie chce się dłużej żyć nie tylko Nórze, Zalánowi i reszcie z ponad 500 tys. Węgrów żyjących już na emigracji. PKB wzrasta, bezrobocie spada, a Viktor Orbán dzielnie walczy z islamizacją Europy. Pomimo tego, ostatnie dane na temat gotowości Węgrów do emigracji pokazują, że między 2014 a 2015 rokiem odsetek myślących o ucieczce z kraju podwoił się.
Co więcej, z badania instytutu Tarki wynika, że na poważnie do przeprowadzki za granicę przymierza się już 10 proc. tego 10-mln społeczeństwa. Gdyby wszyscy rozważający wyjazd naprawdę się na to zdecydowali, byłoby więc tak, jakby całkowicie wyludniły się Debreczyn, Segedyn, Miszkolc, Pecz, Győr i Nyíregyháza, czyli 6 z 10 najbardziej ludnych miast Węgier. Albo jakby zniknęli mieszkańcy ponad połowy Budapesztu.
Ale rządowi Orbána to wszystko nie przeszkadza. Zdaje się mu to być raczej na rękę. Bo może i wyjeżdżają dobrze wykształceni. Może i znikają ludzie z kapitałem. Ale jeżeli nie należą do Fideszu, to przecież nie są władzy do niczego potrzebni...

Napisz do autora: jakub.noch@natemat.pl