Pracując w sklepie trzeba mieć oczy dookoła głowy.
Pracując w sklepie trzeba mieć oczy dookoła głowy. Fot. metamiz/Pixabay

Nie marzyłam o pracy w sklepie z ubraniami. Nie jest też tak, że nie mam wykształcenia i dlatego muszę tam pracować. Po prostu tak wyszło i nawet to lubię. W domu nie muszę myśleć o sklepie, mogę się zrelaksować - opowiada anonimowa pracownica w rozmowie z naTemat.

REKLAMA

Praca od kuchni

Ruszamy z nowym cyklem. Wysłuchujemy anonimowych przedstawicieli różnych zawodów. Nasi bohaterowie opowiadają nam o swojej pracy. Jak wygląda naprawdę, co w niej lubią, a o czym wolą nie myśleć po godzinach?

Dwa lata temu szukałam pracy na wakacje i sklep z ubraniami, do którego wysłałam swoje CV, odezwał się jako pierwszy. Nie miałam doświadczenia, przedtem w ogóle nigdzie nie pracowałam, mimo że miałam już 20 lat. Ale studia zawsze były na pierwszym miejscu. Teraz wiem, że potrafię łączyć je z pracą.
Nie musiałam pracować, bo mieszkałam z rodzicami. Ale doszłam do wniosku, że mimo że nie muszę płacić za mieszkanie i jedzenie, chcę mieć większe kieszonkowe. Poszłam na dzień próbny i od razu przydzielono mi odpowiedzialne zadanie. Jak bardzo było ważne dowiedziałam się dopiero później.
Miałam dopasować do ubrań metki z ceną, po nazwie, która znajdowała się na metce wszytej w ciuch. Zawsze byłam spostrzegawcza, miałam dobry refleks, poszło mi szybko i sprawnie. Ten dzień próbny trwał tylko godzinę, więc martwiłam się, że coś zrobiłam nie tak. Jak się okazało, po mnie na kolejną godzinę przyszło jeszcze kilka innych dziewczyn. Dostałam się, bo z zadaniem poradziłam sobie po mistrzowsku. Kto by się spodziewał, że praca w sklepie z ciuchami to taki wyścig szczurów?
Pracuję w systemie zmianowym. Raz w miesiącu, w niedzielę, wszystkie mamy być na inwentaryzacji, nawet jeśli tego dnia pracowałyśmy. I tego najbardziej nie lubię. Bo to zawsze jest stres. Jak któraś się pomyli, to potem trzeba zliczać wszystko od nowa. Wtedy też okazuje się, ile jest strat i zaczyna się szukanie winnego.
Nie wiem, jaki jest pogląd społeczeństwa na osoby pracujące w sklepie z ubraniami. Mój sklep nie jest duży i nie ma w nim tylu klientów, co w H&M-ie, ale to wciąż sieciówka. Wydaje mi się, patrząc po niektórych klientkach, że mogą myśleć, że się obijamy i jesteśmy krnąbrne. Ale to raczej nie jest prawda, bo jak ktoś kręci nosem, to nie pracuje w takim miejscu zbyt długo.
W pracy lubię to, że często ludzie liczą się z moim zdaniem i doceniają mnie za drobnostki. Tak jak z tą błahą umiejętnością odnalezienia w stosie ubrania po jego nazwie z metki. Albo kiedy przyjdzie klientka, która nie wie do końca czego chce i jest chętna do tego, żebym jej doradziła. Wtedy mogę mówić, że lepiej jej w jasnym kolorze, albo uprzejmie zasugerować inny fason, a ona wie, że szczerze chcę żeby wyglądała bardzo dobrze, bo wtedy to ubranie kupi.
Fajne jest też to, że to nie jest praca bardzo mechaniczna. Można pochwalić się swoją kreatywnością - na przykład przy „układaniu ścian”. Chodzi o to, że co jakiś czas przychodzą z góry ustalone instrukcje dotyczące wystroju sklepu i sposobu promocji kolekcji, ale jest spora dowolność przy ubieraniu manekinów i komponowaniu zawartości wieszaków. Lubię też prasować ubrania bezdotykowym żelazkiem na parę. To przyjemne.
Są jednak momenty, kiedy mam wszystkiego dość. Każdego ranka trzeba sklep posprzątać - odkurzyć, umyć lustra, uporządkować wieszaki, sprawdzić, czy na każdym ubraniu są klipsy. Kiedy człowiek jest zaaferowany, trudniej jest mieć oczy dookoła głowy. Wtedy zdarza się najwięcej kradzieży. Niektóre są bezczelne.
Pamiętam, że na początku mojej pracy przychodził taki facet z torbą na prezent. Chodził, rozglądał się i wychodził. Wyglądał podejrzanie, ale przecież nie mogłam podejść do niego i powiedzieć, że wydaje mi się, że kradnie. Ale kiedyś faktycznie coś ukradł, koleżanka to zauważyła, a on uciekł. Miał długie nogi, więc szybko biegał.
Są ludzie, którzy nie zdają sobie nawet sprawy z tego, jak bardzo wystawiają się na podejrzenia. Jeśli ktoś przychodzi do sklepu z torbą termiczną albo z taką czarno - złotą reklamówką, to według legendy krążącej po sklepach od lat, może mieć w środku kradzione rzeczy. Bo przez te torby bramki ponoć nie wykrywają klipsów.
Są momenty, w których robi się niedobrze. Kiedyś jakaś kobieta przyszła do sklepu chyba tylko po to, żeby wymienić sobie podpaskę w przymierzalni. Wzięła tam cokolwiek, a potem jak robiłam obchód, żeby sprawdzić, czy coś tam zostało, zobaczyłam zakrwawioną podpaskę leżącą na podłodze. Do tej pory nie mieści mi się w głowie, jak można zrobić coś takiego.
Przez jakiś czas przychodziła do nas pani, od której śmierdziało przetrawionym alkoholem i tym, że prawdopodobnie nie myła się od kilku tygodni. Zawsze na dowód tego, że chce coś kupić, pokazywała mi plik pieniędzy, a ja nie miałam serca jej wyprosić. Bo niby dlaczego? Może chciała kupić sobie nowe ubrania, potem pójść się gdzieś umyć i zacząć życie od nowa?
Pomagałam jej założyć różnego rodzaju marynarki, bo sama nie dawała rady. I tak przez kilka dni, ani razu nic nie kupiła. Chyba chciała, żeby ktoś po prostu się nią zajął. Na szczęście mimo nieprzyjemnego zapachu miała czyste ubrania. Ale radzę zaraz po zakupie najpierw uprać ciuchy, chyba że widzimy, że sprzedawczyni przyniosła je prosto z magazynu.
Nie wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że na sklepie panują zasady, których nie można łamać. Przede wszystkim - nigdy nie można siadać. Spostrzegawczy wiedzą, że w sklepie nie ma krzeseł. Sprzedawca musi ciągle chodzić, nie może też bezczynnie stać za kasą i patrzeć się w przestrzeń. Jeśli stoi, to musi chociaż zakładać klipsy na ubrania, przyklejać ceny, skanować kody kreskowe do systemu. Po takich ośmiu godzinach trudno się chodzi. Przerwę mamy tylko raz - pół godziny na zjedzenie obiadu.
Zawsze trzeba mieć na oku kasę i klientów, dlatego jeśli macie wrażenie, że jesteście obserwowani - macie rację. Po drugie, nie musicie odpowiadać, kiedy sprzedawca podchodzi i pyta, czy może w czymś pomóc. To jego błąd, to pytanie zakazane. Możemy zagadać tylko wtedy, kiedy widzimy, że ktoś jest czymś zainteresowany. Wtedy można zapytać, czy możemy mu przynieść jakiś rozmiar.
Praca w sklepie z ubraniami nie jest bardzo ciężka, ale nie jest też tak błaha, jak się wielu wydaje. Trzeba ogarniać klientów, sprawdzać metki, czy na każdej jest dobra cena, czy na ubraniach są klipsy. Poza tym trzeba pracować w magazynie - selekcjonować ubrania do odsyłki, przyjmować nowe dostawy i przygotowywać je do wystawienia na sklep.
Na koniec dnia trzeba podliczyć dzień i wysłać raport do centrali. Na początku to jest trudne, ja nawet do dzisiaj czasem korzystam ze ściągi. Oprócz tego jest wiele sytuacji stresujących, bo do sklepu może przecież wejść każdy. Płaca nie jest taka niska, zaczyna się od około 8 złotych za godzinę, ale z miesiąca na miesiąc, w miarę zaangażowania w pracę, stawka się zwiększa. Zdaję sobie sprawę z tego, że nie jest to szczyt ambicji, ale na razie nie mam zamiaru szukać czegoś nowego.
Wysłuchała i przeredagowała Barbara Kaczmarczyk

Napisz do autorki: barbara.kaczmarczyk@natemat.pl