
W czwartek we Wrocławiu mogło dojść do tragedii. W koszu na śmieci na jednym z przystanków eksplodował podejrzany pakunek, wyniesiony chwilę wcześniej z autobusu przez jego kierowcę. Jak ustaliła "Gazeta Wrocławska", wcześniej ktoś żądał od policjantów 30 kilogramów złota, dzwoniąc na linię 112.
REKLAMA
Słuchajcie uważnie, bo nie będę powtarzał. Na Krakowską 71 macie dostarczyć 30 kilogramów złota w sztabkach. Jeśli nie, we Wrocławiu będą wybuchały bomby. Czytaj więcej
"Gazeta Wrocławska"
Na komendzie policji we Wrocławiu telefon alarmowy miał zadzwonić ok. 6 rano. Ktoś żądał sztabek złota i groził eksplozją bomby przy ul. Krakowskiej. Tymczasem do wybuchu doszło osiem godzin później, ok. 14 i to w innym miejscu, bo na skrzyżowaniu ulic Kościuszki i Dworcowej.
Policja ustala, czy oba fakty mają ze sobą cokolwiek wspólnego i czy za szantażem stoją terroryści. Jak nieoficjalnie ustalili jednak dziennikarze, dzwoniący na komisariat został zatrzymany tego samego dnia po południu, niezwłocznie po eksplozji. Według informacji gazety, funkcjonariusze nie widzą związku pomiędzy anonimowym szantażystą a człowiekiem, który zostawił pakunek w autobusie.
Jak pisaliśmy w naTemat, do tej pory policja nie ujęła niedoszłego zamachowca, który podłożył bombę wyprodukowaną z saletry, śrub i metalowych nakrętek, umieszczonych w trzylitrowym garnku.
Źródło: "Gazeta Wrocławska"
