
Po latach korpożycia wymarzyli sobie sielską wieś, kucyka, spacery do lasu i nasiadówki u sąsiadów. Tymczasem wyobrażony obrazek odbiega od rzeczywistości. Wieś to nie tylko stada owiec na stokach, ale przed wszystkim ludzie, z którymi oprócz miejsca zamieszkania, niewiele łączy. A właściwie nowi to dla niektórych okazja do zarobku czy "skrojenia". I nie daj Boże wejść miejscowemu w drogę!
Marysia zaś wymarzyła sobie kawę na tarasie, z którego będzie widok na piaskownicę dzieci. Wraz z mężem kupiła działkę w okolicy Warszawy.
Nawet mieszkańcy wsi mają problem z powrotem w rodzinne strony. Miasto zmieniło mentalność, upodobania, zerwało więzy. Po powrocie słoiki popadają nawet w depresje.
Oswoiłem się z miastem, zaczęło mi się tam bardzo podobać, znalazłem sobie tam znajomych, można powiedzieć, że powoli zacząłem przenosić tam swoje życie w nadziei, że na wieś nigdy nie wrócę. Los jednak chciał inaczej.
Adam Ulbrych przez lata pracował za granicą. Przed 12 laty wrócił jednak w strony rodzinne i kupił gospodarstwo w Komorznie. W okolicy wszyscy na niego mówią - ekolog. Był również doradcą wojewody do sprawy mikroretencji wód, przywracania małych stawów.
Zmiany na wsiach nie umknęły uwadze socjologów wsi. Prof. Maria Halamska w wywiadzie dla „Dziennika” komentowała, jaka jest wieś:
– Wcale nie jest sielska, anielska – taka wieś nie istnieje. Mieszkanie na niej ma swoje ogromne zalety (...) Ale wieś to nie jest żadna harmonijna, życzliwa człowiekowi wspólnota. Mieszkają tam żywi ludzie z krwi i kości, którzy często zazdroszczą, nienawidzą, którzy bywają złośliwi, nie akceptują przybyszy, są podejrzliwi. Dlatego okropnie mnie denerwuje taka wszechobecna narracja o sielankowym życiu na prowincji.
Napisz do autora: wlodzimierz.szczepanski@natemat.pl
